Adelaide. Australia

Adelaide

Co zobaczyć w Adelaide? Jak korzystać z transportu w mieście i dokąd udać się po wyjechaniu z niego? Sprawdź!

Adelaide w Australii

Adelaide (wym. [ˈædəleɪd], Adelajda), nasz kolejny cel podróży, to stolica stanu Australia Południowa. Jest położona nad Oceanem Indyjskim u ujścia rzeki Torrens. Nazwa miasta Adelaide pochodzi od – ciekawostka – imienia żony Wilhelma IV Hanowerskiego królowej Adelajdy. Piąte co do wielkości miasto w Australii z liczbą ludności wynoszącą 1,35 mln mieszkańców leży w strefie klimatu subtropikalnego typu śródziemnomorskiego.

Pierwsi mieszkańcy terenów na których później powstała Adelaide to byli oczywiście Aborygeni, którzy nazywali ten region „Tandanya” (krainą czerwonych kangurów). Brytyjscy osadnicy utworzyli prowincję pod nazwą Australia Południowa w 1836 roku. Adelaide została zaplanowana jako miejsce nowo powstającej kolonii dla wolnych emigrantów z Europy (a nie jak w przypadku pozostałych stanów Australii dla zesłańców z Anglii). Gwarantowano przyszłym osadnikom wolności religijne i obywatelskie. Z tych powodów w Południowej Australii osiedliło się wówczas wielu uchodźców z Niemiec (przypadkowym zbiegiem okoliczności słowo „adelaide” oznacza w języku niemieckim „szlachetne oblicze”).

Miasto wygląda jak wielkie country town. Stosunkowo niewielkie city otoczone jest dzielnicami parterowych, a czasem jednopiętrowych domów z ogrodami. Jedyna, obok city, dzielnica z wysokimi budynkami to Glenelg (hotele, apartamentowce). W Adelaide i jej okolicach mieszka obecnie około 20 tysięcy osób polskiego pochodzenia.

Co zobaczyć w Adelaide?

Atrakcje Adelaide są dość ograniczone. W Centrum Adelajdy warto przejść się deptakiem Rundle Mall z licznymi sklepami, kafejkami i restauracjami, odwiedzić Ogród Botaniczny z tropikalnym pawilonem (Queenslandzka dżungla odtworzona w wielkiej cieplarni), małe ale ciekawe Chinatown (fajne restauracje i chińskie sklepy), Central Market – ogromne targowisko w wielkiej hali z niesamowitą atmosferą gdzie można kupić tropikalne owoce jak i polskie barszcze, dżemy, śledzie i kiełbasy o nazwie „krakowska”, „toruńska” itp. Podobno warto odwiedzić Muzeum Narodowe z ciekawymi wystawami o Aborygenach i Australii.

W okolicach miasta ze szczytu Mount Lofty – na który niestety nie mieliśmy okazji pojechać – rozciąga się spektakularna panorama miasta. Jedną z największych atrakcji Adelaide jest park przyrodniczy Cleland Wildlife Park, gdzie można zawrzeć znajomość z oswojonymi kangurami, koalami, strusiami emu i zobaczyć inne australijskie zwierzaki jak wombaty, diabły tasmańskie, dingo i wiele innych.

Adelaide: Dzień pierwszy

Obudziłem się, trochę zdezorientowany zmianą czasu, o 9:00. Zapomniałem o tej różnicy czasu pomiędzy Perth i Adelaide (wynoszącej 3 godziny). W pułapkę czasu w Adelaide wpadła również moja żona. Była przekonana, że jest dopiero 7:00 rano – Jej zegarek w telefonie się nie przestawił.

Po wyjściu z hotelu od razu pierwsze fajne estetyczne wrażenie dotyczące lotniska w Adelaide i otoczenia. Plac przed terminalem podobny do tego przed warszawską Arkadią, z jednej strony zamknięty budynkiem terminala połączonego z naszym hotelem, z pozostałych ograniczony parkingiem i łącznikiem pomiędzy terminalem a parkingiem. Nie widać było spieszących się ludzi. Jak napisałem wyżej, plac bardziej przypominał otoczenie centrum handlowego w niedzielne przedpołudnie niż lotnisko.

Jako doświadczeni australijscy turyści, w sklepie kupiliśmy dwie karty na autobus (plastikowe, po 25 AUD sztuka) i pojechaliśmy do miasta. Zjedliśmy śniadanko, prawie w centrum, za 30 dolców (w hotelu chcieli 28 za jedna osobę) i poszliśmy zwiedzać! Opisywane wyżej: Central Market (koncepcyjnie zbliżony do marketów z Barcelony czy Madrytu, Rundle Street – klimatyczna ulica i cała okolica), Ogród Botaniczny i Katedra Świętego Franciszka, o której jeszcze nie wspominałem. Miedzy nami – dwoma turystami  – wyniknął spór, który ogród botaniczny jest ładniejszy, czy ten w Sydney czy w Adelaide? Spór świadczył o poziomie, na jakim utrzymane są każde z nich. Na marginesie dodam, że nigdy nie przypuszczałem, że będę zachwycał się kiedykolwiek jakimś ogrodem botanicznym.

Ciekawe, że w odróżnieniu od Perth nie ma w Adelaide much. Na początku pobytu w Perth byłem ich ilością wręcz przerażony, ale na szczęście – podczas naszego pobytu – nie były takim problemem jakiego się obawialiśmy. Postanowiliśmy, że zwiedzanie ZOO w Adelaide  zostawimy sobie na następny dzień, natomiast pojechaliśmy jeszcze nad morze.

Wsiedliśmy w tramwaj (bo w autobusie przegapiłem przystanek na którym trzeba wysiąść) i pojechaliśmy do Glenelg. „Śmieszny” tramwaj. W mieście traktowany w infrastrukturze komunikacyjnej jak tramwaj, a na obrzeżach jak pociąg ze wszystkimi dodatkami (zapory, światła, szlabany). Dojechaliśmy do kolejnego australijskiego Sopotu. Trudno byłoby te obejrzane dotąd „Sopoty” zliczyć, a przecież to nie jest koniec naszej australijskiej przygody. Ładnie tutaj. Wiem – powtarzam się.

Zjedliśmy całkiem dobry obiadek tuz przy plaży, ukryci przed porywistym wiatrem. Z tego co zauważyliśmy (już o tym wspominałem) lokalizacja typowej restauracji (nie wiem jak jest w hotelach) nie ma wpływu na cenę posiłku. Nie zauważyłem, żeby ktokolwiek zostawiał kelnerom lub przy barze napiwki. Podobnie nie widziałem (w zasadzie to widziałem dziś pierwszy raz jednego) pijanych. Bezdomni, owszem, zdarzają się. Pijani nie. Palący jak „wyjęci spod prawa” – wszędzie są zakazy palenia i człowiek z papierosem jest widokiem mało powszechnym.

Zrobiliśmy w Glenelg zakupy i ruszyliśmy z powrotem do hotelu. Tak naprawdę to nie za bardzo potrafię opisać co się później wydarzyło. Na przystanek podjechał autobus, którego kierowca twierdził, że nie jedzie w stronę lotniska (dokąd chcieliśmy jechać), ale po chwili kazał nam wsiadać. Według mnie, porozumiał się z kolegą, który nieopodal czekał na przystanku i miał odjeżdżać w kierunku lotniska, więc „nasz” kierowca (ten, który nam kazał wsiadać do autobusu) zrobił z nami kółko po mieście, żeby podwieźć nas do czekającego autobusu (tego drugiego) i po wysadzeniu nas na przystanku, pokazaniu palcem w jaki autobus mamy wsiąść, pojechał tam, dokąd miał wcześniej jechać. A jego kumpel zabrał nas w kierunku lotniska. Dziwny kraj…..

Adelaide: Dzień drugi

Rano, mimo, że obudziliśmy się dość późno, pojechaliśmy do kościoła na 11:30 (mi się wcześniej wydawało, że msza będzie o 11:15). Z powodu naszego pośpiechu, siedzieliśmy przed kościołem już o 10:50 obserwując żałobników z pogrzebu, który – jak się okazało – był celebrowany parę chwil wcześniej. Siedząc w porannym słonku na ławce rozmyślałem, że kiedyś w najskrytszych marzeniach nie wyobrażałem sobie chwili, którą właśnie przeżywaliśmy. Podczas studiów w latach osiemdziesiątych, odlotowym wydarzeniem było pojechać do Bułgarii, Rumunii, NRD. Australia była wtedy dla mnie w tej samej strefie geograficznej i czasowej co Księżyc i Wenus…

Lubię uczestniczyć w mszach celebrowanych w obcych krajach. Nieznajomość bądź gorsza znajomość języka powoduje, że człowiek więcej skupia się na gestach niż na słowach. Dla nas w Adelaide nieznanym dotąd był chociażby udział wiernego – jednego z uczestniczących we mszy – w celebracji komunii. Każdorazowo po wręczeniu przez księdza podczas komunii opłatka, dawał do picia – przyjmującemu komunię – wino z kielicha. Sporo ludzi brało – biorąc pod uwagą porę dnia i dzień tygodnia ( sobota) – udział we mszy.

Po mszy poszliśmy do Central Marketu. Należy przyznać – był imponujący. Sądzę, że większy zarówno od tego w Barcelonie przy Rambli, a już na pewno od tego w Madrycie. Co do polskich akcentów, znaleźliśmy na straganie nawet kiełbasę toruńską. W knajpce w markecie zjedliśmy śniadanie / lunch i pojechaliśmy do zoo.

W porównaniu z warszawskim, zoo w Adelaide było niewielkie, ale miało swój klimat. No i generalnie w zoo były zwierzęta w większości żyjące wyłącznie na Antypodach (dla nas ciekawe, bo niektóre widziałem pierwszy raz w życiu). Poznałem się z koalą, pandą (chińska), pogłaskałem kangura i w ogóle było miło. Fajne klimaty. Byliśmy w zoo świadkami udzielanego ślubu (dla nas, środkowo europejskich parweniuszy, było to wydarzeniem).

Potem, podobnie jak poprzedniego dnia, pojechaliśmy do Glenelg. Była piękna, bezwietrzna pogoda, więc mogliśmy wreszcie pójść na molo i porobić fotki. A potem poszliśmy na jedzonko do baru po przeciwnej stronie ulicy, przy której była knajpka gdzie jedliśmy poprzednim razem. Mieliśmy tym razem miejsce z widokiem na plażę. Zamówiłem burgera z kangura. Mięso trochę słodkie, ja nie jestem fanem słodkich mięs. Ale znowu udowodniłem w ten sposób – gdyby zapytała – naszej córce, że jestem otwarty ma inne kuchnie świata! Zdecydowanie jednak kangury wolę oglądać niż jeść!

Transport w Adelaide

Sympatyczna kelnerka porobiła nam sporo zdjęć i wyrwaliśmy do autobusu. Ponieważ następnego dnia rano mieliśmy stąd (z Adelaide) wyjechać, przyszedł więc czas na kolejne podsumowanie. Tym razem o autobusach. W Sydney jeździliśmy metrem (dwa razy autobusem „z” i „na” lotnisko oraz raz na Coogee, więc trudno o nich cokolwiek pisać.

W Perth już jeździliśmy trochę więcej i nie mogę napisać, że wszystko przebiegało gładko. Do momentu przyjazdu do Adelaide nigdzie wewnątrz w autobusie nie spotkaliśmy nawet namiastki informacji, jaki numer ma autobus i dokąd jedzie. W Perth na przystankach albo był podany numer linii i rozkład jazdy albo tylko numer linii albo po prostu nic (numer przystanku). Z pomocą informacji udzielanej przez kierowcę i znajomości numeru, który posiadał każdy przystanek, można było jakoś podróżować. Ale w Adelaide…. nie jestem najgorszy z kojarzenia faktów i definiowania istniejących, nawet nieznanych mi wcześniej reguł, ale w Adelaide się poddałem.

W Glenelg na pętli (myślę, że to była pętla autobusowa) zażartowałem, że kierowca dopiero za chwilę (podczas oczekiwania na moment odjazdu) dowie się dokąd jedzie. W tym samym momencie wyświetlany dotychczasowy numer autobusu 300 zmienił się na J2 i mogliśmy jechać (to była nasza linia). Po prostu ręce opadły. Dwa przystanki po obydwu stronach ulicy o takiej samej nazwie, to żaden wyjątek.  Ale tak, jak wcześniej pisałem, życzę wszystkim mieszkańcom (a w zasadzie wszystkim podróżującym) takiej życzliwości kierowców autobusów jak w Australii.

Kolejnego dnia mam zamiar zdobyć kolejną sprawność – weźmiemy z wypożyczalni samochód i w drogę….. Jakby ktoś zapytał dokąd – jeszcze nie wiemy.

Adelaide: Dzień trzeci

Nadeszła trzecia niedziela podczas naszej podróży po Antypodach, która była o tyle wyjątkową niedzielą, że skończył się nasz precyzyjnie rozpisany plan pobytu, a zaczęła się improwizacja. Był w zasadzie tylko jeden pewnik co do kierunku dalszej podróży – za tydzień w sobotę powinniśmy być w Melbourne. Po przebudzeniu, „o suchym chlebie” (tak naprawdę z żółtym serem) zaczęliśmy się szykować do opuszczenia Adelaide. Przed 11:00 tą byliśmy gotowi. Zjechaliśmy windą na dół i przeszliśmy do terminala gdzie znajdowało się biuro wypożyczalni samochodów. Jak się okazało, niepotrzebnie „zwiedzaliśmy” lotnisko gdyż właściwe biuro znajdowało się na parkingu obok hotelu.

Odebranie auta przebiegło bardzo sprawnie i o 11:15 wyjechaliśmy z lotniska. Miałem mały stres związany z ruchem lewostronnym. Ale jakoś udało mi się wyjechać z Adelaide. Nadal nie wiedziałem dokąd jedziemy.

Wiedziałem, że wokół Adelaide znajdują się trzy wielkie rejony winnic: Barossa Valley, McLarren Vale i Clare Valley z setkami pięknych winnic, z których pochodzą znane też i w Polsce wina. Kusiły – według przewodników – pięknymi widokami, możliwością degustacji wina. Mogliśmy też udać się w kierunku Półwyspu Yorke – „zagłębia” pszennego Południowej Australii z licznymi malowniczymi miasteczkami, ruinami starych kopalni, pięknymi plażami niezliczonymi spichlerzami zbożowymi. Burra – stare historyczne miasteczko z ruinami starych osad, więzienia i kompleksem kopalni – kusiła również.

Kolejnymi ciekawymi miejscami wokół Adelajdy były: Victor Harbour z piękną Granitową wyspą (pingwiny, foki) na którą, po długim moście, jeździ tramwaj konny; Port Elliott – ze śliczną zatoką Horseshoe Bay. Czytałem, że warto przejść około 6 kilometrów plażą pomiędzy tymi miejscowościami – można podczas spaceru zobaczyć majestatyczne wieloryby (ale chyba nie o tej porze roku, podczas której podróżowaliśmy), a także foki i delfiny.

Ruch więc był lewostronny, stres z nim związany niemały, a mi dodatkowo po głowie błądziły nazwy miejscowości Victot Harbor, Cape Jervis. W końcu zdecydowałem się pojechać do Cape Jervis, sprawdzić kiedy promy odpływają na Kangaroo Island, ale widziałem, że moja Druga Połowa miała rozterki czy wydać kasę na prom, czy tez być w Rzymie i Papieża nie widzieć.

Widoki podczas jazdy z Adelaide do Cape Jervis były chwilami bajeczne. Dojechaliśmy do przystani promowej, gdzie samodzielnie, samorządnie podjąłem decyzję i kupiłem powrotny (we wtorek z powrotem) bilet na Kangaroo Island…

Nie załapaliśmy się na pierwszy prom, który przybył do przystani, ale na ten właściwy (ten na który mieliśmy bilet) już tak. Zdobyłem kolejną sprawność w Australii pod nazwą: „przeprawa promem samochodowym”. Ze szczególnym uwzględnieniem nabrania umiejętności wjeżdżania w jakieś dziury na promie, by zaparkować autem z kierownicą z prawej strony. Gdyby załoga promu wiedziała jak ona bardzo ryzykuje…

Widoki z promu znowu bajeczne. Po prostu cudnie, a to że zdrowo buja uatrakcyjniało podróż. Trwała 50 minut. Kolejna zdobyta sprawność, tym razem dotycząca zjeżdżania z promu w Penneshaw. Następnie zakupy w pobliskim sklepie i pojechaliśmy do „naszego domku” wynajętego na booking.com podczas oczekiwania na prom w przystani.

Dojechaliśmy do jakichś śmiesznych bungalowów, około 10 kilometrów od przystani, a tam na drzwiach jednego z nich napis „Welcome Peter”. Wpakowaliśmy się więc do środka, po czym pojechaliśmy wykorzystać ostatnie chwile dnia, na pobieżne chociaż obejrzenie naszych najbliższych okolic na wyspie. Po jakiś 50 minutach zadzwonił mój telefon, ale nic nie rozumiałem z tego, co do mnie mówią – po pierwsze, a po drugie dzwonili za grubą kasę na numer polski. Zasada, że jak kocha, to się dodzwoni, sprawdziła się. Gospodarz bungalowu napisał SMSa, że zajęliśmy nie swój domek. Nawet mnie to nie zestresowało specjalnie, co najwyżej rozśmieszyło jak w kolejnym SMSie napisał, że nie jestem Peter tylko Piotr. Doprawdy?

Wróciliśmy do domku (i tak należało to zrobić bo się ściemniało) gdzie okazało się, że zostaliśmy już przeprowadzeni do właściwego domku. Tym lepiej. Przeprosiliśmy gości, którym zajęliśmy domek, ale gospodarza jeszcze nie widzieliśmy.

Musiałem przyznać, że na powitanie, wyspa zaprezentowała się nam bardzo ciekawie. Niedobre wrażenie robiły leżące na poboczach dróg rozjechane przez samochody kangury. Widzieliśmy już rezerwat pelikanów i plażę oddaloną z 50 metrów od naszego bungalowu. Będąc na plaży, widzieliśmy w oddali dziwne zjawisko. Albo to były nisko wiszące chmury albo daleko wysunięty półwysep pocięty był zbiornikami wodnymi. Przede mną edukacja w dziedzinie geografii i atrakcji wyspy Kangaroo.

Czytaj dalej: Wyspa Kangurów w Australii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *