Perth Australia

Perth. Australia

Opublikowany Autor RedakcjaDodaj komentarz

Perth w Australii

Perth to miasto w Australii będące stolicą stanu Australia Zachodnia. Położone jest przy ujściu rzeki Swan (Łabędziej) do Oceanu Indyjskiego, u podnóża gór Darling. Centrum miasta i większość przedmieść położone są na piaszczystym i stosunkowo płaskim terenie. Cała aglomeracja rozciąga się na długości ok. 125 km wzdłuż wybrzeża oraz do ok. 50 km w głąb lądu. Perth jest najbardziej odosobnioną metropolią świata. Od najbliższego dużego miasta – Adelaide – dzieli je 2845 km. Do Sydney jest stąd dalej, niż choćby do Dżakarty. Jest czwartym miastem Australii pod względem populacji, zamieszkuje je ponad 2 mln mieszkańców. Perth założone zostało w 1829 r (w 1856 królowa Wiktoria nadała Perth prawa miejskie). Zostało tak nazwane przez Jamesa Stirlinga na cześć miasta w Szkocji o tej samej nazwie.

W drodze do Perth…

Więc rozpoczynaliśmy podróż na kraniec Australii! 5:45 pobudka! Chyba nikt nie lubi przeprowadzek. My na pewno. Powoli mogliśmy zacząć przywykać. O 7:24 autobus linii 400 zabrał nas na lotnisko. Po pierwsze nie byliśmy pewni, z którego terminala lecimy – w Sydney jest oddzielny terminal dla lotów krajowych i oddzielny dla międzynarodowych i są one znacznie oddalone od siebie. Po drugie absolutnie nie mieliśmy pojęcia jak wygląda odprawa na lotnisku, po trzecie mieliśmy na pewno nadbagaż. No i po raz kolejny okazało się, że wyobraźni nie należy nadużywać. Dopłata 50 AUD spowodowała, że cała odprawa trwała 3 minuty. A kontrola bagażu w porównaniu z Polską wyglądała naprawdę „lajtowo”.

Lecąc samolotem miałem świadomość, że minął 8 dzień od naszego wylotu z Polski i 7 dzień  pobytu w Australii, więc mogłem pokusić się o jakieś pierwsze spostrzeżenia.

Miasta w Australii? Uderza porządek, brak bałaganu. Jak coś jest rozkopane to znaczy, że coś budują lub remontują. Jak droga zamknięta to znaczy, że coś będzie remontowane. Nie jest brudno. Nie ma walających się na ulicach śmieci, stert gruzu, rupieci. Schludnie. Duże miasta przypominają oglądane w Kanadzie (piszę to wszystko po pobycie w Sydney), zwarte wysokie City i niskie przedmieścia. Małe miasta w Australii? Byłem po wrażeniem Leury w Górach Błękitnych. Miasteczko wyglądało jak z pocztówki.

Transport w Australii? Bez efektu „wow”. Poprawnie. Autobusy punktualne, ale w porównaniu z Warszawą trudno określić dokąd naprawdę jadą, zwłaszcza jak się jest wewnątrz. Pociągi z zewnątrz sprawiają mało estetyczne wrażenie, ale w środku czysto. I wszystko punktualnie. Za to konia z rzędem temu, kto wie ile kosztuje konkretna podróż autobusem (karta opal skądinąd fajna ma nieznany mi system rabatowy).

Podobnie jak u nas, mnóstwo marketów. Na tym polu możemy konkurować z Sydney. Markety na poziomie takim jak u nas. Czyli wysokim. Jedzenie w Australii? Najchętniej bym nic nie pisał. Pewnie w hotelu dostałbym przysłowiowego schabowego z kością, ale na ulicach – dających przecież informacje o tym, co tak naprawdę jedzą miejscowi – burgery, chipsy, parówki i chińszczyzna (plus sushi), które nie działają nadzwyczajnie na nasze kubki smakowe. Wybór generalnie jest niezależny od pory dnia. Ciekawostka: ceny jedzenia w Australii są wszędzie podobne (nie zależą zbytnio od lokalizacji). Jedliśmy w barach o podobnym do siebie standardzie, to nie wiem czy ceny zależą od standardu.

Fajnie byłoby móc odpowiedzieć jacy są Australijczycy. Ale którzy? Anglosasi, czy może Azjaci. Aborygeni, czy może Indonezyjczycy? Na pewno wszyscy są uprzejmi. Nie nadskakujący, ale uprzejmi. Gdy pytaliśmy o cokolwiek, to pomagali, ale nie spotkaliśmy się – w odróżnieniu od Londynu czy Chicago – żeby Australijczyk sam z siebie podszedł i zapytał czy może pomóc. Generalnie widać pewien podział – nazwijmy to „klasowy”. W sklepach pracują przede wszystkim Azjaci (ja nie odróżniam dobrze ras, więc się nie mądrze z jakich krajów). W restauracjach różnie. Na lotniskach, w miejscach publicznych przede wszystkim Anglosasi. Co się rzuca w oczy? Wszyscy bez przerwy korzystają z telefonów komórkowych; według moich obserwacji w środkach komunikacji, w przestrzeni publicznej, ok. 70% albo i więcej gapi się w telefon lub gada przez telefon nic sobie nie robiąc z obecności otoczenia. Nierzadko gadając przez zestaw głośnomówiący. Moja Małżonka zwróciła uwagę na fakt, że Australijczycy generalnie nie są wysocy, przynajmniej na razie ci w Sydney. Wiec i ja tutaj w Australii wyglądam na pewno trochę inaczej. Jestem kawał przystojnego mężczyzny.

Sydney będę wspominał z zadowoleniem, bo bez zbytniego pospiechu i wysiłku zobaczyliśmy chyba wszystko, co wymagało zwiedzenia (poza Sydney Tower Eye) i nasze wrażenia są super. A teraz przygód ciąg dalszy. Po starcie do Perth zrobiłem kilka zdjęć Sydney, bo wyglądało fajnie, potem już tylko koncentrowałem się jak tu przetrwać pozostałe 4 godziny lotu.

Lotnisko w Perth

Loty samolotem nie robią już na mnie wielkiego wrażenia, ale pilot podchodząc do lądowania w Perth przesadził. Zmniejszenie prędkości z jednoczesnym ostrym skrętem w lewo sprawiło wrażenie „przeciągnięcia” tak, że Boening 737 jakby zawisł, by za chwilę spaść. Uczucie…. jak na kolejce górskiej, gdy znajduje się na górze by za chwilę runąć w dół.

Na razie zdobyliśmy doświadczenia, że w Australii na lotnisku wszystko dzieje się błyskawicznie. Po 30 minutach od lądowania byliśmy na przystanku autobusowym. Teoretycznie wyglądająca na skomplikowaną podróż (2 przesiadki) do naszego apartamentu, przebiegła super sprawnie. Stało się to, przede wszystkim, dzięki kierowcy autobusu, który najpierw zapytał dokąd finalnie jedziemy, zadzwonił do centrali, sprzedał nam bilet na całą trasę i wytłumaczył jak, po wyjściu z jego autobusu, dalej jechać. Bez problemu dotarliśmy więc na oddalone o 28 km od lotniska miejsce naszego pobytu w Perth.

Apartament znowu był bez zastrzeżeń, mimo że nie udało mi się ustawić internetu i TV. Do morza (tak naprawdę jest to Ocean Indyjski) mieliśmy ze 300 – 400 metrów. Wszystko wyglądało bajkowo. Poszliśmy na spacer do sklepu (gospodyni chciała nas podwieźć) i na własne oczy mogliśmy zobaczyć taką nasza Rewę w wydaniu australijskim… Wszystko na mocną piątkę (choć lokalne centrum handlowe mogłoby być okazalsze). Dociera do mnie ze Australia jest chyba bogatym krajem… Zrobiliśmy zakupy, wróciliśmy do domu i dosłownie padłem. Znowu ścięło mnie ze zmęczenia z nóg….. usypiając nie miałem siły odebrać dzwoniącego telefonu.

Czas w Perth. Która godzina?

Czas w Perth różni się o 7 godzin od czasu w Polsce. Warto wiedzieć, że nie ma tu zmiany czasu z letniego na zimowy. W moim przypadku różnica czasu pomiędzy Sydney i Perth, która wynosi trzy godziny, w pierwszego dnia po przylocie do miasta była bezcenna. Tylko dzięki temu zregenerowałem się jako tako i około 10:30 mogliśmy wyjść z domu. WiFi nadal nie działało, internet „zdechł”, więc pojechaliśmy w ciemno (bez żadnych planów) do miasta.

Perth: Dzień pierwszy

Najpierw łaziliśmy po – wyludnionym – City, potem poszliśmy spacer w stronę rzeki. Przeraźliwy wiatr nie pozwolił nam w pełni rozkoszować się pięknymi widokami. Parki w Australii są piękne. W ogóle – bez nadmiernego koloryzowania – kraj ten z każdym dniem zyskiwał w naszych oczach. Widać wprawdzie nielicznych bezdomnych na ulicach ale raczej tu jest dość bogato. I wszędzie – jak już chyba pisałem – porządek. Z wieży The Bell Tower mogliśmy podziwiać panoramę Perth. Spacerkiem w stronę stacji, zahaczyliśmy o bar, gdzie zamiast kotleta z kurczaka moja Druga Połowa dostała hamburgera z kurczaka. Powoli wracaliśmy do miejsca naszego zamieszkania kupując po drodze bułki. Drogę ze sklepu do apartamentu pokonaliśmy promenadą nadmorską. Gospodyni próbowała pomóc ustawić mi internet i włączyła telewizor. Sympatyczna kobieta. Szkoda tylko, że nie rozumiem wszystkiego co do mnie mówi.

Próba włączenia internetu jednak się nie powiodła, więc ponowię ją kiedy indziej. Potrzeba snu nie dająca odciągnąć czasu pójścia do łóżka, stała się w Australii normalnym stanem naszych organizmów każdego wieczora. Znowu dzień spędziliśmy chyba dość intensywnie.

Perth: Dzień drugi

Rano pojechaliśmy do Fremantle. Jet to dzielnica (miasto) i port wchodzący w skład aglomeracji Perth. Fremantle położone jest przy ujściu Rzeki Łabędziej do Oceanu Indyjskiego. Uznawane jest jako centrum gastronomiczne w okolicy Perth i obfituje licznymi kawiarniami i restauracjami. To jest niby oddzielna dzielnica, ale tak naprawdę wygląda jakby była innym miastem niż Perth.

Port we Fremantle

Fremantle zostało założone w maju 1829 roku przez Charlesa FreMantle’a, początkowo jako Kolonia Rzeki Łabędziej. W 1886 otwarte zostało więzienie w Fremantle. Port we Fremantle został otwarty w 1897 r. Oddalone było od City Perth – bardziej niż myślałem – ale już pierwsze wrażenie było dobre. Pomijam fakt, że ze względu na portowy charakter miasta (największy australijski port nad Oceanem Indyjskim), mijaliśmy urządzenia portowe i rozładowywane statki. Te operacje jak startujące samoloty mogę zawsze obserwować godzinami. Zabudowa miejscami przypominająca (widziałem w TV) zabudowę Nowego Orleanu. Słowem miejsce to ma własny charakter i klimat. Łaziliśmy chyba do 14:00, po czym poszliśmy coś zjeść do – równie jak miasto – klimatycznej restauracji. Zabytków jak wszędzie w Australii mało, więc prawdziwą perłą był budynek z 1831 roku zwany okrągłym domem. Wróciliśmy do Perth tak, jak przyjechaliśmy czyli pociągiem, ale tym razem wysiedliśmy na wcześniejszej stacji od tej, na której niż wsiedliśmy jadąc do Fremantle. A to dlatego że chcieliśmy zobaczyć miejscowy ogród botaniczny King’s Park.

Po ponad kilometrowym męczącym spacerze od stacji pociągu, do parku – męczącym ze względu na pogodę w Perth, gdyż było ciepło – zostaliśmy totalnie zaskoczeni faktem, że zamiast pięknie przystrzyżonej trawy i wspaniałych drzew, gąszcz jak w buszu. I tak właśnie wyglądało pierwsze 1,5 km w ogrodzie. Gdy doszliśmy do cywilizowanego otoczenia byliśmy – delikatne mówiąc – zmęczeni. Mi się marzyła już tylko kanapa w domu, ale w moją Żonę wstąpiła nowa energia. Zapragnęła obejrzeć baobaba (dodatkowo co najmniej 2 km), który gdzieś tam rósł. Dotarliśmy bowiem po drodze do pomnika weteranów wojen gdzie poprzedniego dnia odbywały się uroczystości z okazji zakończenia Wielkiej Wojny czyli I wojny światowej. Przepięknie. Przepiękna okolica, wspaniały park no i ten baobab. Warto było!

Trudno mi było jednak wyobrazić sobie jak z parku – z góry (co najmniej duże wzniesienie) – dotrzemy pieszo na stację kolejową. Wydawało się komunikacyjnie – pieszo – mało możliwe. Pod autostradami, obok autostrad, przebiliśmy się do stacji metra, na którym zdobyłem nową sprawność w Perth – doładowanie karty Tranperth (to taka karta „Opal” w Perth). Byłem prawdziwym zuchem!

Perth: Dzień trzeci

Czy dziś jest wtorek? Znak zapytania po przebudzeniu nie był postawiony w mojej głowie bez przyczyny, gdyż zacząłem mieć problem z ustaleniem jaki mamy dzień tygodnia. Wstawanie rano zaczęło być zabawne, gdyż podobnie jak ofiara wypadku samochodowego próbowałem
zlokalizować źródła bólu i przypomnieć sobie co się poprzedniego dnia stało. Miałem ciało obolałe w sposób ogólny, który to stan trwa mniej więcej do 45 minut po przebudzeniu.. Zapomniałbym dodać, że obudziliśmy się już (sic!) o 8:20, co świadczy niewątpliwie o – trwającym dość intensywnie – wypoczynku. A mowa tu przecież o facecie (o mnie), który jeszcze niedawno brał środki na sen i o kobiecie (moja Żona), która nie mogła spać po nocach. Po śniadaniu ruszyliśmy do Armadale.

Na podstawie przeczytanych w internecie informacji, że jest to jedna z malowniczych miejscowości u podnóża wzgórz dokoła Perth, ze znajdującymi się nieopodal jeziorami, ogrodem botanicznym itp., postanowiliśmy zwiedzić okolice Armadale. Przejechaliśmy pociągiem przez półtorej godziny chyba z 50 km i… porażka. Brak jakiejkolwiek możliwości dojechania z Armadale dokądkolwiek. Mimo, że nieopodal parki Wungong Regional Park czy Banyowla Regional Park. Wypiliśmy kawę i zjedliśmy ciastko w miejscowym MacDonaldzie i postanowiliśmy wracać w kierunku naszego domu.

Postanowienie, a wykonanie dzieli wielka różnica, gdyż po drodze zauważyłem gdzieś w przewodniku, że na planowaną wycieczkę na Rottnest Island zamiast z Fremantle możemy popłynąć z – oddalonego od naszego apartamentu o 6 km – Hillarys Boat Harbour Beach (czy jakoś podobnie) – postanowiliśmy udać się właśnie tam. A sama wyprawa do Armadale też nie była do końca bez sensu, gdyż mieliśmy okazję zobaczyć biedniejsze rejony Perth. Jak to słusznie zauważyła moja Druga Połowa widać było skromniejsze ubrania, bardziej ogorzałe twarze….. ech życie.

Do Harbour Hillarys, czy jak to się nazywa, dotarliśmy dość szybko. Bardzo fajne miejsce. Kupiliśmy bilety na wycieczkę na Rottnest Island na następny dzień. Stwierdziliśmy, że wracamy do domu na piechotę. Dobrze, tym bardziej że akurat rozpoczęła się operacja naszej córci w Warszawie (podobno nic poważnego, ale…) więc lepiej iść i myśleć, niż siedzieć i myśleć. Jak doszliśmy do naszego sklepu (nieopodal domu) to nasza druga latorośl zameldowała, że wszystko w porządku. Bogu dzięki. Nie powiem, końcówka wycieczki dla naszych nóg nie była porywająca. Trzeba jednak płacić cenę za możliwość wypoczynku. W końcu po dojściu do apartamentu Małżonka zrobiła pyszny obiad z australijskich produktów (naprawdę nie najgorszy). Ja zaś potem zastanawiałem się, czy chciałbym się żywić w Australii. Oj – nadal chyba nie.

Zobacz też:

Ostatni dzień w Perth…

Znowu wyruszyliśmy w podróż. Ale wyjątkowo, przed wyruszeniem na lotnisko, po wstępnym spakowaniu poszliśmy na spacer nad morze. Po raz ostatni stwierdziliśmy, że naprawdę było tu ładnie. Mimo tego, że był środek tygodnia i mimo tego, że to dopiero australijska wiosna, na deptaku, w barach znajdowało się mnóstwo ludzi. Na ścieżkach, na rowerach, z psami, na plaży. Mnóstwo. Jakby nikt nic nie miał do roboty. Zrobiliśmy sobie krótki – niespełna 3 kilometrowy – spacerek, posiedzieliśmy w kawiarni nad morzem i wróciliśmy do naszego apartamentu.

Nasza gospodyni przyszła się pożegnać. Zawsze w takich sytuacjach zastanawiam się na ile ludzie są spontaniczni, a na ile mają wyuczone cechy u naszych rodaków z resztą rzadko znane. Pewnie nigdy się nie dowiem. To jest po prostu inny krąg kulturowy. Pożegnanie było naprawdę miłe. Ale w Perth poniosłem sromotna osobistą porażkę. Nie nauczyłem się obsługiwać u nas w apartamencie telewizora. W tym przypadku technika mnie pokonała. Za to zrobiłem pierwsze zdjęcie tablicy rejestracyjnej pojazdu w Australii. Tutaj – podobnie do Ameryki Północnej – każdy stan ma swoje „motto” które w Perth brzmi „Western Australia”.

Zabraliśmy nasz dobytek i ruszyliśmy. Podobnie jak do apartamentu po naszym przyjeździe, tak i teraz podróż na lotnisko odbyła się bez jakichkolwiek komplikacji. Kolejne nadanie bagażu z zapłaceniem za nadbagaż i mogliśmy spokojnie zjeść część kanapek przygotowanych na drogę. Do odlotu do Adelaide pozostało 45 minut, a ja mogłem spisywać naszą australijską historię dla wiedzy potomnych.

W samolocie nadszedł czas na kolejne podsumowanie. Skończył się drugi etap naszej wyprawy na Antypody. Najpierw sprostowanie poprzedniego podsumowania. Australijczycy nie są niscy (w Sydney chyba nie ma statystycznej próbki i Małżonka wprowadziła mnie w błąd). Bardzo żałuję, bo w Sydney musiałem być dla Żony przystojniejszy.

A na poważnie: dobrze że zabłądziliśmy do Armadale. Inaczej do chwili obecnej bylibyśmy przeświadczeni, że cała Australia jest krajem bogatych ludzi. A tak zobaczyliśmy pierwsze rysy w wizerunku kraju, który chcieliśmy sobie wyobrazić….. Należy więc dalej obserwować. Symptomatyczna była wypowiedź naszej gospodyni Keiry, że w centrum Perth ludzie są inni….. tacy brrr……. Skąd ja znam stawianie takich ocen ludziom? Jej oceny nie wytrzymują na razie – w naszej opinii – w konfrontacji z rzeczywistością.

Parę godzin temu, facet (pasażer) wyszedł z autobusu, żeby pomóc mi wnieść walizkę. Na trzy mijane grupki z psami, idąc od apartamentu na plażę, aż dwa razy usłyszeliśmy dzień dobry. Nawet jeśli to jest wyuczone, to było miłe. Naprawdę dziwny kraj…. Kraj ludzi, którzy zdają się ubierać chyba wedle zasady „założę to, na co mam ochotę”, ani nie będzie to ładne, ani wygodnie. I wcale nie budzi już mojego zdziwienia fecet w pociągu z rowerkiem, ubrany cały na błękitnie – niebiesko (łącznie z leginsami) z zaplecioną brodą do klatki piersiowej, z kolczykami w uszach, z niebieską czapeczką. Po chwili jadący na swoim niebieskim rowerku (tylna opona szeroka niczym nasza od terenowego Audi). Wyszedł po prostu z metra, wsiadł na rower i pomknął.

I mnóstwo uwagi poświęca się niepełnosprawnym. Kraj przyjazny dla „innych” co by to nie miało oznaczać. Czekamy co będzie dalej…

Dolecieliśmy z opóźnieniem. Ale za to dalsza cześć przebiegła ekspresowo. Od wyjścia z samolotu do wyjścia z lotniska nie upłynęło 20 minut. Hotel zamiast 800 m od lotniska był po prostu obok – można było wejść z holu lotniska. Po chwili więc byliśmy zameldowani w bardzo przyzwoitym pokoju…

Czytaj dalej: Adelaide w Australii

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *