Tajlandia: wycieczka objazdowa [Gdzie jechać? Co zobaczyć?]

wakacje w Tajlandii

O tym, jak przygotować się na wyjazd i kiedy najlepiej jechać do Tajlandii już pisaliśmy TUTAJ. Jesteście ciekawi, jak dalej wyglądała nasza podróż? Zabierzcie się z nami na wycieczkę po Tajlandii!

Chiang Mai, Tajlandia

Chiang Mai to największe miasto w północnej Tajlandii, nad rzeką Ping (dopływ Menamu), trzecie co do wielkości miasto tego kraju. Stare miasto z ruinami wielu XIII–XIV-wiecznych watów znajduje się na zachodnim brzegu rzeki – na wschodnim rozrosło się miasto współczesne. W XIII w. w konsekwencji najazdu mongolskiego, plemiona tajskie przeniosły się na te tereny z południowych Chin. Ich władca – Mangrai (1239–1311) – założył w roku 1296 miasto Chiang Mai (pol. dosł. „nowe miasto”) jako nową stolicę królestwa Lanna (pol. dosł. „królestwo miliona pól ryżowych”).

Pixabay

Umocnione miasto wzniesiono na planie czworoboku, prawie kwadratu, z symbolicznym odzwierciedleniem postaci człowieka (z głową, plecami, brzuchem, rękami i nogami), oddając symboliczne połączenie człowieka z naturą. Według legendy, miasto zbudowało prawie 100 tysięcy robotników w 4 miesiące. Mangrai rządził królestwem przez kolejne 20 lat, aż do swojej śmierci od uderzenia pioruna, do której doszło w samym centrum miasta. Od tego czasu mieszkańcy wierzyli, że Mangrai stał się „aniołem stróżem” miasta mieszkającym w miejscu, gdzie uderzył piorun i gdzie stoi świątynia Wat Sadue Muang (pol. dosł. „świątynia pępka miasta”). Według innej wersji Mangrai zachorował i przeniósł się do Wiang Kum Kam, gdzie zmarł. Królestwo Lanna przeżywało swój rozkwit w latach 1355–1385, a potem 1441–1487. W 1558 roku Chiang Mai zostało zdobyte przez Birmańczyków i pozostawało pod ich kontrolą przez 200 lat. W tym okresie miasto podupadło. W 1775 roku grupa książąt z Lanny zbuntowała się przeciwko Birmańczykom i wsparła militarną kampanię Syjamu, by wyprzeć Birmańczyków. Walki trwały przez prawie 20 lat, a Chiang Mai – pomiędzy Syjamem, a Birmą – przez większość czasu znajdowało się na linii frontu. W końcu jego mieszkańcy ewakuowali się w bezpieczniejsze okolice, a opuszczone miasto uległo zniszczeniu. Po wygranej Syjamu, w 1796 roku książę Kawila przy wsparciu z Bangkoku odbudował Chiang Mai, które stało się głównym ośrodkiem Lanny.

W 1824 roku Birmą zaczęli rządzić Brytyjczycy, którzy po wygranej II wojnie brytyjsko-birmańskiej zajęli Dolną Birmę w 1852 roku. Chiang Mai przyłączyło się do polityki „otwartych drzwi” Bangkoku, otwierając się na kontakty handlowe i kulturowe z zagranicą. Po reformie administracyjnej w 1884 roku, Chiang Mai stało się siedzibą specjalnego komisarza Północy. W okresie tym usprawniono komunikację z Syjamem – w 1888 roku Chiang Mai i Bangkok połączyła pierwsza linia telegraficzna, a w 1919 roku linia kolejowa. Po reformie administracyjnej i wprowadzeniu demokracji w 1932 roku, monarcha Chiang Mai został zastąpiony przez rząd nominowany przez rząd centralny.

Podróż do Chiang Mai była ostatnim etapem naszej samochodowej wyprawy. Wstaliśmy około 7-ej żeby w miarę wcześnie wyjechać. Wprawdzie google pokazywało, że podróż powinna trwać 3 h 15 min, ale apartament w Chiang Mai mieliśmy wynajęty od 15-tej.
Po drodze chciałem zajechać do wioski „Długich Szyj”. Wprawdzie niektórzy mówią, że są atrakcje w Tajlandii, z których nigdy by nie skorzystali takie jak: tygrysie “sanktuaria”, w których odurzone dzikie koty pozują do zdjęć z uśmiechniętymi turystami, albo miejsce, w których zmusza się słonie do malowania obrazków i jeżdżenia na rowerach. Uważają – i pewnie słusznie – iż masowa turystyka zniesmacza, ale także dlatego, że pewne rzeczy wywołują u nich poczucie winy i zasmucają. Sytuacja plemienia Karen („Długich Szyj”) może być widziana jako jedna z takich atrakcji. Mimo wszystko postanowiliśmy tam pojechać.

Podróż przebiegała bez żadnych problemów. Droga była urozmaicona, częściowo ciągnęła się wśród gór przypominających nasze Bieszczady (wysokość, ukształtowanie). Nie było specjalne potrzeby zatrzymywać się po drodze, ale na którejś ze stacji zatankowaliśmy i odrobinę przetarliśmy z brudu (zwłaszcza drzwi kierowcy) samochód, wypiliśmy kawę i ruszyliśmy dalej w drogę. W pewnym momencie przejeżdżaliśmy obok gorących źródeł, („hot springs”) gdzie ze względu na ciekawą zabudowę dokoła zatrzymaliśmy się na chwilę. Sprawdziłem, woda naprawdę parzyła.

I pewnie nie byłoby co wspominać jeśli chodzi o drogę, ale gdzieś w połowie podróży rozpoczęły się roboty drogowe. W sumie byłoby mi to obojętne gdyby nie oderwana guma ochronna w podwoziu. Chciałem uniknąć nieprzyjemnych, dobiegających na nierównościach dźwiękach od spodu samochodu.

Dojeżdżając do Chiang Mai odbiliśmy w prawo, w celu zrealizowania dzisiejszego zamierzonego przez nas eventu, czyli wycieczki do „Długich Szyj”. Po parudziesięciu minutach, po 13-tej dojechaliśmy do naszego celu.

„Długie Szyje”

Pierwsze zaskoczenie. Bilety wstępu były po 500 bahtów. Do tej pory tak drogo płaciliśmy wyłącznie za wejście do królewskiej siedziby w Bangkoku. Zgodnie z zasadą, że skoro aż tu dotarliśmy, to już wejdziemy – weszliśmy. Drugie zaskoczenie: „Długie Szyje” to tylko część wydarzenia. Wioskę zamieszkują przedstawiciele licznych mniejszości, między innymi „Długie Szyje”. Wioska bardziej przypominała mi skansen wypełniony różnorakimi straganami niż miejsce do życia dla kogokolwiek. Nie mogłem oprzeć się myśli, czy po codziennym natłoku turystów, po zamknięciu do zwiedzania, dziewczyny ubrane cały czas w stroje swojego plemienia, zrzucają „robocze kiecki” 😊. Po czym zakładają dżinsy i jadą na dyskotekę do najbliższego miasta. Ale trzeba oddać prawdzie rację, że „Długie Szyje” to nie tylko folklor. To tradycja, której widocznym efektem są zniekształcone postacie dziewcząt, a zwłaszcza starszych kobiet. Pierwszą złotą obręcz zakłada się dziewczynkom w wieku 5 lat i dokłada się po jednej obręczy do 21-go roku życia. Kobiety zdejmują je tylko raz w roku na 3-4 godziny. Ich szyje bowiem są bardzo delikatne i po dłuższym czasie po prostu by się złamały. Moment ściągania obręczy to prywatna ceremonia, na którą nie wpuszcza się obcych. Karen uważają, że im dłuższa szyja tym piękniejsza kobieta.

Jest to plemię, które do Tajlandii przybyło z Birmy po ucieczce przed wojną domową i prześladowaniami. Kiedy przedstawiciele tajskiego rządu zobaczyli na swoich progach kolorowo ubrane kobiety ze złotymi obręczami, od razu wywietrzyli biznes. Przyznano więc Karenom wizy i pozwolenia na pracę, dorzucono także w dzierżawie ziemię, zrobiono im parę ładnych zdjęć na tle bambusowych chatek, po czym wstawiono te zdjęcia do turystycznych broszur, reklamujących północny region Tajlandii i kazano (w szczególności kobietom) ładnie uśmiechać się do wszystkich, którzy zapłacą za przywilej zobaczenia czegoś innego i egzotycznego. Wioski „Długich Szyi” stały się więc niejako swoistym zoo, gdzie za 500 bahtów można zrobić sobie zdjęcie z kobietą ubraną w tradycyjny strój i szyją tak wydłużoną, że jej głowa wygląda prawie jak kolorowa makówka.

W skansenie – bo jak inaczej nazwać to miejsce – wydaliśmy trochę kasy na pamiątki, zjedliśmy obiad w restauracji i ruszyliśmy na powrót do samochodu. Po drodze zaskoczenie. Na końcu drogi dostrzegliśmy kaplicę katolicką całkiem słusznych rozmiarów. Weszliśmy na chwilę do środka by stwierdzić, że najpewniej jest to kaplica działająca.

Podróż do Chiang Mai, do naszego Condo Hotel w przebiegła szybciutko. Check in był bardzo sprawny, pokój okazał się duży i dobrze wyposażony. W pokoju żona nastawiła pranie, potem kolejne (bo mieliśmy wreszcie pralkę) i wyszliśmy na zewnątrz poszukać sklepu i zrobić zakupy. Po raz pierwszy od przyjazdu do Tajlandii nie mieliśmy wykupionych śniadań, mieliśmy za to bardzo dobrze wyposażoną kuchnię. W pobliskim „Seven Eleven” kupiliśmy pieczywo, jajka, parówki, żółty ser, chleb, dżem no i oczywiście napoje. Tak mieliśmy gotowe produkty na następny dzień rano.

Tajski boks

Wróciliśmy po zakupach do pokoju i czekaliśmy na akcent końcowy mijającego dnia – mieliśmy przecież bilety na tajski boks. Kilka dni temu wymyśliłem ten boks. Jakże być w Tajlandii i nie widzieć walki bokserskiej. Udaliśmy się więc autem w poszukiwaniu miejsca do parkowania w pobliżu międzynarodowego stadionu pięściarskiego – Loi Kroh Boxing Stadium.

Zrobiliśmy jedno kółko szukając miejsca do zaparkowania i wynikło z tego tylko to, że samochód zostawiliśmy ponad 800 m od stadionu. Nasze pierwsze wrażenia podczas spaceru ulicą….. Restauracje, puby, kawiarnie wypełnione ludźmi o rysach europejskich, niespieszne rozmowy przy piwie lub lampce wina….. Jakby to nie byli turyści, tylko miejscowi, którzy wyszli z domu pogadać. Gdzieniegdzie panienki, ale nie narzucające się nikomu.

Przyglądając się barom i zerkając na mapy google nie zauważyliśmy zrazu wejścia na stadion. Nietrudno było przegapić, gdyż bardziej przypominało wejście do teatru (podobnego do np. klubu komediowego w Warszawie) niż na stadion. Stadionem był plac bardziej przypominający bazar niż stadion bokserski. Pośrodku stał ring. Dokoła ringu były trzy typy siedzeń i „pakamera” Vipowska. Wtedy dopiero zobaczyłem za co miałbym dopłacić odpowiednio 50 % lub ponad 100% do kupionego biletu. Dobrze, ze kupiłem bilety zwykłe. 😊
Pełny „wypas”, Taj odprowadził nas do naszego miejsca, natychmiast przyszła Tajka z menu i mogliśmy zamówić dwa małe piwa.

Walk miało być sześć, wszystkie w niskich wagach. Czekaliśmy na ich rozpoczęcie. Oczywiście wszystko się opóźniało. O 21:15 wyszli pierwsi zawodnicy. Wyglądali jak dzieci (może to były dzieci?) i występowali w wadze do 105 lb (około 50 kg). Pierwsza walka skończyła się błyskawicznie – przez nokaut, może po 30 – 45 sekundach. Nokaut udało mi się nagrać.

Na początku myślałem, że obejrzymy ze 3 – 4 walki. Ale gdy zobaczyłem, że oglądanie wciąga żonę, po zrobieniu nam zdjęć ze wszystkimi zwycięzcami z naszego (czerwonego) narożnika, dopiero zauważyłem, że minęła 23:00.

Nie wiem co napisać o tajskim boksie bo nie wiem, na ile to – co oglądaliśmy – było na poważnie. Reasumując – tajski boks jest dyscypliną, gdzie bardzo łatwo o nokaut i zakończenie walki przed czasem. A w ogóle to nasze negatywne nastawienie do boksu tego wieczoru prysło.

Znowu na własnych nogach…

Wstaliśmy dość wcześnie bo mieliśmy oddać rano samochód do wypożyczalni. Byłem ciekaw jak procedura zwrotu auta wygląda w Tajlandii. W innych krajach była to z reguły prosta 3 – 5 minutowa formalność, gdzie najwięcej czasu zawsze zajmuje znalezienie parkingu.
Samochód powinien być zwrócony według otrzymanej rozpiski do godziny 9:26. Przedtem musieliśmy go jeszcze zatankować. Mimo nie najlepszego oznaczenia parkingu, na terminalu byliśmy przed 9 tą. I tak musiałem przed lotniskiem – z powodu pomyłki – zrobić kółeczko. Pracownik wypożyczalni w ogóle nie był zainteresowany oderwaną osłoną pod podwoziem. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na licznik, żeby zapamiętać, że samochodem przebyliśmy 1800 kilometrów.

Jeszcze przed przyjazdem na lotnisko zdecydowałem, że spróbuję dokupić nadbagaż na zbliżający się lot. Dla żony najbardziej stresującą częścią podróży lotniczej była odprawa bagażu i odpowiedź na pytanie czy trzeba dokupić nadbagaż. Wcześniej sprawdziłem u pośrednika, gdzie kupiliśmy bilety lotniczej, ile byśmy zapłacili za dokupienie bagażu u niego. 90 złotych za dokupienie i drugie 90 złotych opłaty manipulacyjnej.

Trudno zrazu było nam wejść do terminala. Wejście związane było z kontrolą bezpieczeństwa, w związku z czym nie przez wszystkie drzwi można było wejść. Bez trudu znaleźliśmy stanowisko Air Asia, gdzie okazało się, że kilogram nadbagażu kosztuje 250 bahtów (około 35 złotych), a dokupienie 15 kilogramów bagażu 450 bahtów (około 65 zł). Więc dokupiłem dodatkowy bagaż na lot do Phuket i po stresie.
Za to sam sobie sprokurowałem niepotrzebne nerwy, gdy jadąc schodami ruchomymi na górę, nagle zauważyłem brak telefonu. Okazało się, że zostawiłem go na stoliku w terminalu, gdy robiłem porządek z dokumentami.

Z powrotem do miasta. Taksówki nie braliśmy pod uwagę. Za tuk-tuka kierowca za zażądał 300 bahtów więc postanowiliśmy pojechać (sic!) autobusem. Do tej pory nie korzystaliśmy w Tajlandii ze środków komunikacji miejskiej. Dwa bilety kosztowały 60 bahtów. Autobus z lotniska do znajdującego się w naszych okolicach Night Bazaru miał 31 przystanków (!). Nie były to dziesiątki kilometrów, a raczej przystanki były blisko siebie. Mapka otrzymana od kierowcy oraz trasa na tablicy w autobusie, pozwalały dość dobrze orientować się gdzie byliśmy i dokąd zmierzamy.

Po drodze – przeglądając mapkę – wpadłem na pomysł, że wysiądziemy w okolicach starego miasta i ostatnie 2,5 kilometra przejdziemy pieszo. Pogoda w Chiang Mai sprzyja rano takim decyzjom. Około 8 rano zwykle 20 stopni ciepła, do południa temperatura powoli wzrasta aby osiągnąć blisko 28 – 30 stopni. Powietrze było czyste i przyjemne. Wysiedliśmy z autobusu gdzieś w okolicach centrum kultury Chiang Mai. Zlokalizowane przy przystanku do jakiejś świątyni (nazwy nie pamiętam), tłumnie odwiedzanej przez Tajów.

Nie skusiła nas jednak do wejścia do środka, bo świątyń to my się już naoglądaliśmy. Po paruset metrach spaceru zaszliśmy do kawiarni, gdzie napiliśmy się kawy, porozmawialiśmy przez telefon z młodszą córcią i odbyliśmy naradę, z której wynikło, że spacerem zmierzamy dalej do hotelu. Bez pospiechu, zaglądając do mijanych sklepów, zmierzaliśmy w stronę miejsca naszego noclegu. Żona kupiła jakąś kieckę, a ja przy zakupie utargowałem 40 bahtów. Spacerkiem, dotarliśmy do ulicy, przy której był „międzynarodowy stadion bokserski” – miejsce, gdzie spędziliśmy ostatni wieczór. Zrobiło się gorąco, głodno i byliśmy trochę zmęczeni. W napotkanej knajpie zjedliśmy jakiś niezbyt wyszukany lunch, który przynajmniej nasycił nasze żołądki. Przy okazji sprawdziłem, ile kosztuje miejsce w hostelu, który był obok restauracji Za 18 metrową dwójkę trzeba było zapłacić około 70 – 80 złotych więc dla młodzieży cena jak najbardziej do przyjęcia.

Tak jak wcześniej napisałem, centrum Chiang Mai leży w obrębie murów starego miasta, dodatkowo otoczonego fosą. Trudno więc pomylić, gdzie jest jego początek i koniec. Mnóstwo knajpek, restauracji, w tym dużo nie azjatyckich (amerykańskich? brytyjskich?). Patrząc na przechodzących ludzi, nierzadko starszych facetów o rysach europejskich – moim zdaniem – miejscowych, na mieszane pary, na samotne turystki i turystów, jawi się Chiang Mai trochę hipstersko.

Ceny umiarkowane na tyle, że nie warto nam było szukać street foddów, gdyż w restauracjach nierzadko płaciliśmy tyle co w Bangkoku w street foodzie. Postrzeganie przez nas Chiang Mai odbiegało od tego, co do tej pory (no może poza Chiang Rai ) oglądaliśmy w Tajlandii. Brak bałaganu, śmieci, obrazów tak często widzianych po wyjeździe z Bangkoku. Ludzie mili, spokojni, nie narzucający się.

Po powrocie do hotelu żona postanowiła wykonać prace przywracającą urodę, natomiast ja udałem się na dach hotelu, na basen. Upał to mało powiedziane co się działo. Na początku nie miałem leżaka, więc mniej więcej godzinę siedziałem na stołku lub moczyłem się w wodzie. Basen fajny, ale za płytki. Jednak i tak był wybawieniem. Po dwóch godzinach przyszła do mnie żona, ale po chwili uciekła do pokoju. Ja po kilkunastu minutach ruszyłem jej śladem. Mój leżak natychmiast znalazł nowych lokatorów.

Nocny bazar

W hotelowym apartamencie temperatura w pokoju była ukojeniem, po upale na zewnątrz. Ale przecież nie mogliśmy zakończyć w ten sposób dnia – siedząc w hotelu. Ruszyliśmy na poszukiwanie Night Bazaru, bo ten, który do tej pory uważaliśmy za niego, z pewnością nie był Night Bazarem.

Powolny, wieczorny spacer….. Żona szukająca prezentów zaciągnęła mnie do dużego ciucholandu, który pokazywała mi rano. Tajowie są fajni. 😊 Sklep ze 200 – 300 metrów, przy wejściu bawił się mały chłopiec, w oddalonej części kobieta coś szyła na maszynie w ogóle nie zwracając na nas uwagi. U nas w Polsce – boję się – wszystko by wynieśli złodzieje.

Paręset metrów dalej były pierwsze kramiki z różnym „badziewiem.” Wreszcie bazar. Olbrzymi. Pięknie oświetlony. Ciuchy! Stragany z owocami, kawiarnie i restauracje. Zdecydowaliśmy się coś zjeść. Żona zamówiła kaczkę ja natomiast wziąłem – jak zwykle – coś pod wpływem impulsu. Nawet dobre, tylko nie mogłem się połapać ile zapłaciłem. Ale rachunek nie rzucił mnie na kolana, ot ze 450 bahtów.
Kupiliśmy jakieś pierdoły, magnesiki, bluzeczkę dla wnusia i dla wnusi. Wracając nie było tak gorąco jak w dzień, ale jednak na tyle, że legliśmy wykończeni na łóżku.

Tylko, że odwiedzony bazar wcale nie był tym szukanym Night Bazarem lecz to był „Chiangmai fight gear anusarn market”.

Czym się różni słoń indyjski od afrykańskiego?

  • Słoń indyjski jest mniejszy i ma bardziej zaokrągloną sylwetkę niż słoń afrykański.
  • Indyjskiego charakteryzują m.in.: długość ciała: 5,5-6,4 metrów; długość ogona: do 1,5 metrów; wysokość w kłębie: do 3,1 metrów; masa ciała: do 5 ton.
  • Głowa duża, czoło płaskie, nad oczami po obydwu stronach dwa półokrągłe guzy kostne, uszy znacznie mniejsze niż u słonia afrykańskiego, ciosy niewielkich stosunkowo rozmiarów występują u większości samców, u samic rzadko spotykane (największe ciosy słoni indyjskich miały długość 3,02 m i masę 39 kg).
  • Trąba zakończona jest jednym wyrostkiem chwytnym.
  • Szyja krótka, tułów krępy, masywny, kończyny słupowate, zakończone szeroką, okrągłą stopą, zawierającą warstwę amortyzacyjną zbudowaną z tkanki chrzęstnej i tłuszczowej. Słonie chodzą na czubkach palców zakończonych pięcioma paznokciami w kończynach przednich, trzema lub czterema w tylnych.

Słonia Afrykańskiego charakteryzują m.in.: długość ciała (z trąbą): 6–7,5 metrów; wysokość (w kłębie): 3–4 metry; masa: 5-7,5 ton.
Uszy – sięgają do 1,5 m długości. Wykorzystywane są do termoregulacji (chłodzenia). Trąba – służy do oddychania, wąchania, picia i „kąpieli”, jak również do zbierania pożywienia i zrywania gałęzi z wyższych partii drzew. Jest zakończona dwoma palczastymi wyrostkami. Zęby – cztery łuki trzonowców, po jednym z każdej strony szczęki. Mają długości 30 centymetrów i każdy z nich składa się ze zrośniętych 4 zębów. Wraz ze ścieraniem się przednich zębów wyrastają od tyłu kolejno następne, które zastąpią zużyte. Mogą odrastać w całości nawet 6 razy. Ciosy – przedłużone siekacze, rosną w ciągu całego życia zwierzęcia

Tryb życia słonia indyjskiego, gatunku wyraźnie leśnego, jest podobny do stylu życia słonia afrykańskiego. Samica i młode tworzą małe stada, a samce żyją na uboczu. Zbliżają się do grup tylko w okresie aktywności płciowej, nazywanym „musth”. Musth, czyli aktywne poszukiwanie samic przez samce, może trwać 2-3 miesiące. Ciąża trwa 22 miesiące (615-668 dni, średnio 644 dni).
Masa urodzeniowa młodych może wahać się i wynosi 50-150 kg, średnio 108 kilogramów. Słoniątko indyjskie, podobnie jak afrykańskie już kilka godzin po urodzeniu wstaje i potrafi iść za matką. Mając dwa dni, umie trąbą chwycić jej ogon. Długo ssie mleko matki zanim zacznie jeść trawę. Młody słoń indyjski zaczyna pić wodę pyszczkiem, później nauczy się używać trąby.

Park słoni w Tajlandii

W niedzielę mieliśmy zaplanowaną wycieczkę do Elephant Park. Wstaliśmy o 5:35 aby zdążyć się umyć, zjeść śniadanie i wyjść przed hotel w oczekiwaniu na umówiony transfer, który powinien rozpocząć się o 6:40. Rano, przed hotelem nareszcie odpowiednia temperatura . Na termometrze około 20 stopni. Rześko. Transfer był spóźniony parę minut, ale w końcu ruszyliśmy zabierając po drodze kolejnych wycieczkowiczów. Z miasta ostatecznie wyjechaliśmy o 7:30. W samochodzie istna wieża Babel. Austriaczka, Niemka, Hiszpanka, Amerykanie i my. Na początku senność zamykała mi oczy, ale w końcu wziąłem się za odpisywanie na maile tak, że ledwo skończyłem przed dojazdem do parku.

W parku słoni lajtowo. Gdzieś tam łaziły sobie z przewodnikami zwierzęta, my piliśmy kawę i przyglądaliśmy się otaczającej przyrodzie. Sympatycznie. W końcu nasz przewodnik zabrał nas ze sobą i po założeniu przez nas jakiś ciuchów, które miały ochronić nasze własne przed zabrudzeniem, poszliśmy ciąć bambusa dla słoni. Słonie jedzą bambusy! Nie wiedzieliśmy o tym.

Jak się okazało my nic nie wiedzieliśmy o słoniach. Przede wszystkim nie mieliśmy pojęcia jakie to są łasuchy. Jedzą wszystko co słodkie. Banany, bambusy….

Najpierw karmimy dwa z nich: dużego i małego. Duży ważył pewnie z 5 ton. Jakie one były śmieszne. Delikatne brały banany na trąbę. Ale też mogą zrobić krzywdę przez nieuwagę. Mały słoń był rozpuszczony jak dziecko – wkładał trąbę do siatek z bananami. Myślałem, ze skóra słonia jest jak beton. Nic podobnego. Jest – jak na takie zwierzę – dość delikatna.

Po karmieniu bananami udaliśmy się w kolejne miejsce, do kolejnych słoni i karmiliśmy je bambusem. Robiliśmy fotki. No i poszliśmy do jakiegoś błotnistego bajora. W kolejnym stawie, wszyscy polewali słonie wodą po czym słonie tarzały się w piasku. Naprawdę fajne obrazki ale „pod spodem” jest widoczna czysta komercja. Zastanawiałem się, czy można prezentować taki park troszeczkę inaczej – mniej komercyjnie. Po 12 tej zjedliśmy wegetariański lunch (naprawdę dobry, a zwłaszcza banany w jakiejś panierce), potem prysznic i do domu.

Znowu oczy zamykały mi się same podczas jazdy. Wysiedliśmy wcześniej (na starym mieście) aby udać się na zakupy do sklepów które mijaliśmy poprzedniego dnia. O tej porze to dopiero był upał. Znaleźliśmy sklep z kieckami, w którym żona już robiła zakupy. Ja – obok tego sklepu – kupiłem sobie olbrzymie mango, którym zajadałem się w Chiang Mai nieprzytomnie.

Droga do hotelu miała około 3 kilometrów i dopiero podczas powrotu zobaczyliśmy gdzie właściwie znajduje się Night Bazar. Night Bazar znajduje się niedaleko „Chiangmai fight gear anusarn market” ale jest to targowisko położone od naszego hotelu paręset metrów dalej.
W hotelu żona podjęła kolejną próbę zrobienia z siebie Europejki z super fryzurą ale w tych warunkach klimatycznych nie miała na to szans. Ja ten czas znowu wykorzystałem, aby pójść na dach popływać (a raczej wymoczyć się) w basenie gdzie spędziłem ponad godzinę. Fajny ten basen. Oczywiście kosmopolityczny jak wszystko w Chiang Mai. Jedyny dysonans to cztery Polki („laski” z pretensjami około 40 ki) . Ich sposób wyrażania przypominał mi nasze Mielno czy inną Łebę. Ale to chyba jest mój problem, że nie mogę się przyzwyczaić do codzienności z wulgaryzmami. Na szczęście zaraz sobie poszły. Siedziałem na tym dachu poddając się rozmyślaniom, że właśnie tu w Chiang Mai, że właśnie my w Chiang Mai, że tak dziwnie potrafi się życie potoczyć.

Msza w Tajlandii

Wróciłem do pokoju i ruszyliśmy na wieczorną Mszę do Katedry. Uczestniczenie w Mszy Świętej za granicą, zwłaszcza w tak egzotycznych krajach to również sposób poznawania kraju i jego kultury.

Wszędzie było napisane, ze msza w języku tajskim będzie o 18:00, a faktycznie o tej godzinie ludzie zaczęli się schodzić jak na koncert rockowy, który miał się zacząć za kilka godzin.

Celebracja była przygotowana na dworze. Z rozmachem, trzeba przyznać. I po godzinie, o 19 tej wszystko się wyjaśniło. Najpierw okazało się, że ulotki leżące na krzesłach, po przetłumaczeniu (wow! – odkryłem, ze google tłumaczy tekst z kartki nawet jeśli to tekst w tajskim języku) to materiał informacyjny o błogosławionym Tajlandczyku. Potem na msze wyszedł cały poczet hierarchów kościelnych pod przewodnictwem biskupa i rozpoczęła się specjalna msza w intencji błogosławionego. Lubię taką egzotykę, ale 25 minutowe kazanie, nawet jeśli to było kazanie biskupa, było dla mnie za długie. Zwłaszcza, że – ponieważ było po tajsku – to nic nie zrozumiałem. 😊😊😊

Na tajskiej mszy nie klęka się, komunię przyjmuje się w tradycyjny sposób. Po mszy my dodatkowo dostaliśmy po soczku pomarańczowym i babeczce. Jak małe dzieci.

Ze mszy postanowiliśmy pójść na Night Bazar. Żonie się nie podobał, jedzenie też trafiliśmy gorsze niż poprzedniego wieczoru i dość drogie. Za to po raz kolejny moje ego zostało mile połechtane przez transwestytów, którym chyba wpadłem w oko. Zazdrosna moja Żona nie rozumiała, że mogę się komuś – oprócz niej – podobać. 😊😊😊

Powracając do hotelu ugruntowaliśmy nasze przeświadczenie, że Chiang Mai jest inne od pozostałych tajlandzkich miejscowości, które mieliśmy okazje zobaczyć. Liczni Europejczycy (może Australijczycy, Amerykanie – ludzie o europejskim wyglądzie), mnóstwo knajpek absolutnie nie mających nic wspólnego z tajską kuchnią. Samotni starsi mężczyźni (nie Tajowie) sprawiają wrażenie miejscowych.
Widać starsze pary Europejczyk – Azjatka, pary homo, samotne dziewczyny na wakacjach. To wszystko sprawia, ze jest tutaj taki trochę dziwny klimat – klimat przemijania – czas płynie niespiesznie acz nieubłaganie…….

Zaczynamy wakacje w Tajlandii! Phuket

Wstaliśmy po 7 mej. Samolot mieliśmy dopiero o 12:45, czyli z hotelu można było wyjechać około 10:30. Bez pośpiechu zjedliśmy przygotowane przez nas śniadanie i zakończyliśmy pakowanie. Żona dokonywała porannych „ablucji”, a ja udałem się do recepcji zamówić taxi na lotnisko. Oczywiście nie wziąłem ze sobą kasy, a okazało się, że trzeba zapłacić w momencie zamówienia. Musiałem jeszcze raz przejechać się windą. 😊 O 10:20 ruszyliśmy z pokoju. Jakież było moje zdziwienie gdy dziewczyna, która z recepcji zaprowadziła na do taksówki, otworzyła bagażnik i naszą walizkę – mniej więcej takiej wielkości jak ona – chciała wrzucić do bagażnika. Jak otworzyła drzwi samochodu, zrozumiałem, że to ona jest kierowcą. Podróż na lotnisko trwała z 15 minut ale po raz pierwszy widziałem (z jednym wyjątkiem, który dotyczył mnie obtrąbionego na autostradzie) że ktoś używał sygnałów dźwiękowych w stosunku do innych uczestników ruchu i do tego przepuszczał pieszych. Na marginesie dodam, ze przepuszczanie pieszych w Tajlandii jest dla pieszych skrajne niebezpieczne (istnieje niebezpieczeństwo, że pieszego ubije inny przejeżdżający samochód).

Odprawa przebiegła błyskawicznie więc po chwili stanąłem w kolejce, żeby wykupić dodatkowy bagaż – tym razem na podróż z Phuket do Bangkoku…..

Wystartowaliśmy prawie o czasie. Z ciekawostek warto odnotować, że pierwszy raz widziałem jak na pokład samolotu wpuszczają pasażerów w kolejności zależnej od numeru miejsca. W sumie dobry pomysł – według naszej oceny – znacznie skracający czas boardingu. Lot spokojny (może za wyjątkiem schodzenia do lądowania bo były turbulencje) i my czytaliśmy książki. A po wylądowaniu na Phuket – upał jak w rozpalonym piecu.

Phuket jest największą wyspą Tajlandii, położoną na Morzu Andamańskim przy zachodnim wybrzeżu Półwyspu Malajskiego. Największym miastem i stolicą prowincji jest miasto Phuket. Powierzchnia wyspy wynosi 542 km² (czyli mniej więcej dwa razy tyle, co Korcula czy Malta), a zamieszkuje ją 287,6 tys. mieszkańców (2004). Wnętrze wyspy jest górzyste, z najwyższym wzniesieniem sięgającym 529 m n.p.m. i pokryte lasami. Na zachodnim wybrzeżu znajdują się piaszczyste plaże, z których najbardziej znana jest Patong, ważny ośrodek turystyczny, tłumnie odwiedzany przez Europejczyków, szczególnie zimą.

Kiedyś, podstawowym źródłem dochodów wyspy było wydobycie cyny, które jednak straciło na znaczeniu wraz ze spadkiem cen na rynkach światowych. Obecnie podstawą gospodarki wyspy Phuket są plantacje kauczukowca oraz turystyka.
Tsunami, które wywołane zostało przez bardzo silne trzęsienie ziemi na Oceanie Indyjskim 26 grudnia 2004, zniszczyło w znacznym stopniu infrastrukturę turystyczną na wybrzeżu wyspy, powodując śmierć kilkuset osób, w tym wielu zagranicznych turystów. Tajowie, dla których turystyka jest głównym źródłem dochodu, szybko odbudowali zniszczoną zabudowę.
Port lotniczy Phuket jest bardzo dobrze bezpośrednio skomunikowany międzynarodowo i krajowo i obsługujące około 3 miliony pasażerów rocznie. Położony jest w północnej części wyspy, 32 kilometrów od centrum miasta Phuket.

Po wylądowaniu i wyjściu z terminala, bez trudu znaleźliśmy osobę odpowiedzialną za nasz transfer lotniskowy. Czekała w umówionym miejscu – po paru minutach podjechał bus i po kolejnych 10 minutach jazdy znaleźliśmy się w hotelu. Przyznam, że jadąc do hotelu miałem wrażenie, że znajduje się on trochę w „oddaleniu od cywilizacji”. Po głowie kołatały mi myśli, gdzie będziemy spędzać czas, gdzie będziemy robić zakupy czy też jeść posiłki.

Więc, miałem wątpliwości co do wyboru właściwego hotelu. Checking był bardzo sprawny i dostaliśmy do dyspozycji około 60 metrową willę. Może nie była nowa ale za to była przestronna, czysta, funkcjonalna…. słowem „jak w sam raz”. Co najważniejsze żona była zadowolona.
Po rozpakowaniu walizek, wyszliśmy na rekonesans pobliskiej okolicy. Wcześniej, oglądając mapki w internecie oraz widoki – tak jak wyżej pisałem – zza okien busa (który nas przywiózł), wydawało mi się, że to absolutne odludzie i do sklepu trzeba będzie jeździć taksówką.
Już z alejki przy naszym domku widać było znajdujący się nieopodal (może 100 metrów) ocean. Ale od oceanu oddzielała nas rzeczka i las. Przez rzeczkę – okazało się – przeprawiać się można było „promem”. Obsługiwał go Tajlandczyk przeciągając – dość prymitywną – tratwę, za pomocą linki rozpiętej pomiędzy brzegami.

Dalej drogą z 50 – 100 metrowym kawałkiem lasu (o dziwo nie zaśmieconym) i szeroka plaża. Pięknie. Akurat był odpływ. Spojrzeliśmy w prawo, w kierunku lotniska. Zdziwienie – nieopodal na plaży (z 500 metrów) widoczne parasole restauracji i street foodów. Jeszcze nie wiedzieliśmy dokładnie co to było. Czyli wbrew temu czego się obawiałem była „jakaś” cywilizacja!

Wiadomo, że lubimy spacerować brzegiem morza. Godzina 17 ta, było super. Doszliśmy do pierwszych parasoli i zaczęło mi świtać w głowie, że być może równoległa do plaży droga, którą widzieliśmy z plaży, to ta sama, o której mówili nasze dziecko z zięciem, spacerując tędy przed miesiącem. Potwierdza się to podczas naszej rozmowy telefonicznej, kiedy dodatkowo dowiaduję się gdzie są sklepy i gdzie knajpa z azjatycką wielbicielką naszej najmłodszej wnuczki – Zosi. Było gdzie zjeść – czyli wiedzieliśmy, że przeżyjemy.

Około 17:30 zasiedliśmy do stołu w restauracji Le Phen. Tej „ulubionej” naszych dzieci, z ulubioną kelnerką, której zdjęcia po chwili córcia nam przysłała. Po chwili zjawiła się i kelnerka – kolega powiedział jej, że mam w telefonie jej zdjęcie. Uśmiechom i grzecznościom nie było końca. Nawet pogadaliśmy wspólnie z córcią i Mew (tak miała na imię kelnerka) na whatsapp’ie.

Jedzenie pyszne. Tak naprawdę to nie wiem czy to głód miał wpływ na moja opinie o jedzeniu, czy jedzenie było naprawdę takie dobre, ale wrażenie pozostało super. O wielkim uroku spożywania kolacji na plaży, przy zachodzącym słońcu nie będę pisał.

Droga powrotna do hotelu wydawała nam się dłuższa. Zrobiliśmy zakupy i przez las (ciemny) z latarką przyczepioną do głowy (miałem swoją krajową) staraliśmy się nie zabłądzić. Nie bez drobnych problemów ale odszukaliśmy nasz „prom” i Tajlandczyk przeprawił nas przez rzeczkę do hotelu. Po paru minutach przebywania w strefie klimatyzatora było już na tyle znośnie w domku, że chciało się wyjść ponownie, na rekonesans hotelu.

Nagle jednak zaczęło lać jak z cebra. Myślałem, że popada parę minut. Jednak dopiero po dobrej godzinie ( było już po 21szej ) można było z parasolem pod ręką wyruszyć na zwiedzanie. Ale było strasznie parno po deszczu. Nie przyniósł on żadnej ulgi w powietrzu – wręcz odwrotnie – woda deszczowa zaczęła parować czyniąc oddychanie bardzo nieprzyjemnym.

Restauracja Le Phen

Fajny ten nasz hotelik. Cztery rzędy domków, budynek główny z recepcją, bardzo długi basen (a w zasadzie dwa baseny) z ciepła wodą, leżaki, bar na wodzie, restauracja. Wszystko to sprawiało wrażenie przytulne. Dokonany wybór naszego miejsca pobytu na Phuket był doskonały.
W domku – po powrocie ze spaceru – wzięliśmy w ręce nasze kindle i oddaliśmy się lekturze. Żona „straciła przytomność” koło północy, ja skończyłem swoją książkę chyba o 1:30. Zastanawiałem się, o której wstaniemy kolejnego dnia ……

Lepiej niż All Inclusive

Rano nie mogłem się podnieść z łóżka, udało mi się to zrobić dopiero po 8 mej. Mimo, że o tej porze temperatura była już wysoka, powietrze było jeszcze całkiem znośne. Śniadanie w hotelu może nie takie jak w Bangkoku (później, może poza Suhothai, nigdzie nie było tak dobre jak w Bangkoku) ale bardzo przyzwoite. Po raz kolejny podkreślam, że pomysł wykupywania śniadań w Tajlandii spełnił się wyśmienicie.
Od razu wyszliśmy na spacer. Jeśli miałbym określić „top 5” najfajniejszych form spędzania czasu, to na miejscu jednym z pierwszych znalazłby się spacer brzegiem morza. Tak po prostu. Po piaszczystej plaży. Mam przed oczyma najpiękniejsze plaże świata: na Cabo Verde, w Kenii, na Sri Lance, w Australii. Teraz piękna plaża w Tajlandii. Na każdej z tych plaż pamiętam linię brzegową, grubość piasku. W domu mamy przywieziony piasek z różnych miejsc świata! Spacerując – bardzo często w upale – nie przeszkadza mi nawet pot zalewający twarz, czasami straszliwe zmęczenie.

Nai Yang Beach poznałem dość dokładnie jeszcze przed wyjazdem z filmików na You Tubie. Więc jej widok niczym mnie nie zaskoczył może poza tym, że rano odpływ zmniejsza znacznie zalaną wodą powierzchnię zatoki, by wczesnym przedpołudniem napełnić ją wodą z przypływu. Poranny spacer, który chcieliśmy aby był wyważony jeśli chodzi o obciążenie, miał ponad 3 kilometry. Poznaliśmy – po drodze – sympatycznego Rosjanina. Chłopak przed 30ką, bez problemu rozmawiający po angielsku i był dumny z tego faktu. Trochę podcięty, nie ukrywał, że zazdrości nam iż możemy tak sobie podróżować. Gdy dowiedział się, że mam 60 lat, zaczął trochę opowiadać o swoich rodzicach (domyśliliśmy się, że są w naszym wieku) których życie było jakże odmienne od naszego.

Troszeczkę zakompleksiony mężczyzna, przystojny, bez cienia pretensjonalności. Rozbawił mnie gdy powiedział, że pierwszy raz w życiu spotkał osobę – nie Rosjanina – mówiącą po angielsku i rosyjsku.

Wczesnym popołudniem wróciliśmy do hotelu i poszliśmy na basen. Spodziewaliśmy się upału zatrzymującego oddech w piersiach. Jednak na basenie nie odczuliśmy tak bardzo tego upału. Ponad trzygodzinne leżakowanie, przerwane lunchem w hotelowej restauracji i dwukrotnym moczeniem się w wodzie, było fajnym pomysłem na spędzanie najgorętszych w ciągu dnia godzin.

Kierunkiem naszego popołudniowego spaceru było lotnisko. Przeszliśmy chyba 2/3 dystansu. Na tyle dużo, ze widzieliśmy jak samoloty siadały na pasie. Z tej odległości (ponad kilometr) wyglądało to imponująco. Ale zmęczeni postanowiliśmy zawrócić i resztę trasy pozostawić na jutro. Powracając drogą przez las byliśmy trochę zdziwieni, że wcale nie było bardzo duszno. Zrobiliśmy sobie małą przekąskę po drodze.

Żona zamówiła mango „sticky rice” a ja „noodle” z krewetkami. Było całkiem smacznie. Nie było zasadniczej różnicy w cenach w street food’ach i w restauracjach. Według mnie mniej niż 50% (oczywiście w restauracjach drożej). Wszędzie restauracje jak i street food’y oferowały stoliki z widokiem na morze. Czyli wrażenia estetyczne przy jedzeniu podobne.

W mijanych gabinetach masażu pytaliśmy o ceny masaży. Na ulicy zdecydowanie odbiegały od cen hotelowych….. my postanowiliśmy przełożyć masaż na później – może na następny dzień.

Dzień minął tak intensywnie, skłaniał nas wyłącznie do szybkiego udania się na wypoczynek. Inaczej moglibyśmy nie doczekać kolejnych dni……😊😊😊

Dzień drugi na Phuket

Drugi dzień na Phuket rozpoczęliśmy przed ósmą rano. Nareszcie się wyspałem. Spałem chyba ponad 9 godzin. Potem śniadanie, które – ku naszemu zdziwieniu – różniło się zdecydowanie od tego w dniu poprzednim. Moje menu „wyjazdowe” – w Polsce czy za granicą – było w zasadzie stałe: parówki, kawałek szynki na ciepło, jakiś miejscowy „wynalazek” (dziś był nim kurczak z warzywami) kromka tosta i bułka z dżemem, owoce no i soki. Żona była odważniejsza. Próbowała na śniadanie tajskie zupy, ryż i tym podobnie. Postanowiliśmy pójść na dłuższy spacer. Plażą w stronę lotniska. Lotnisko było oddalone od nas o około 4 kilometry. Widok niesamowity. Jedno wielkie Wow!

Większość fanów samolotów zna zapewne z telewizji– chyba najbardziej znane – lotnisko pasażerskie na karaibskiej wyspie Sint Maarten. Charakterystycznym elementem lotniska, co czyni je wyjątkowym w skali świata, jest jego lokalizacja. Pas startowy po obu stronach jest oddzielony od wody zaledwie kilkudziesięciometrowym pasem plaży. Od strony zachodniej – od wód Atlantyku, a od strony wschodniej – od wód zatoki Simpson Bay. Od strony zachodniej znajduje się słynny wśród fanów lotnictwa punkt, gdzie zbierają się entuzjaści z całego świata, by obserwować i fotografować samoloty podchodzące do lądowania na wysokości 10-20 metrów nad ziemią. Nie wiedziałem, że na Phuket jest w sumie podobnie. Olbrzymie maszyny lecące od morza „spadają” z nad morza na plażę, by po kilku sekundach wylądować na pasie za ogrodzeniem. Nie zawsze lądowanie kończyło się szczęśliwie, czego dowodem było lądowanie we wrześniu 2007, gdy rejsowy lot tajskich tanich linii lotniczych One-Two-GO Airlines, przylatujący z portu lotniczego Don Munag w Bangkoku, rozbił się podczas lądowania po mocnym przyziemieniu na drodze startowej, na silnym wietrze podczas ulewy tropikalnej. Samolot typu McDonnell Douglas MD-82 wpadł w poślizg i opuścił pole wzlotów, wpadając pomiędzy drzewa pobliskiej dżungli, rozbijając się na dwie części i stając w płomieniach. Ze 130 osób na pokładzie (123 pasażerów i 7 członków załogi) 89 zginęło i 41 zostało rannych.

Na naszej wycieczce nakręciliśmy sporo filmików i zrobiliśmy dziesiątki zdjęć. Przeszliśmy ponad 8 kilometrów w obie strony, tam i  z powrotem, zatrzymując się w Phen na kawę i piwo. Potem spacerkiem, już normalną drogą – ze względu na niebezpieczeństwo podpieczenia ciała. Kupiliśmy owoce, zjedliśmy – na spółkę –  pysznego pancake’a z bananem i około 14:00 „wylądowaliśmy” w naszej „willi”. I na basen.

Naprawdę basen był fajny. Podobnie jak poprzedniego dnia,  w upale ponad 33 stopni (odczuwalne pewnie 5 stopni więcej) nasze organizmy dawały sobie radę z tą szaloną temperaturą. Po 17 tej, wypoczęci zebraliśmy się najpierw w domku na kawę, by potem wyjść i „przespacerować” kolejne kilometry brzegiem morza. W końcu znowu do Phena. Tym razem na kolację. Zrobiliśmy powtórkę z przed dwóch dni, tylko żona zamiast soku wzięła Mohito. I znowu było pysznie. Do tego zachód słońca…. piękne widoki…….

Zaryzykowaliśmy powrót plażą bez użycia latarki. Doszliśmy do hotelu, czego dowodem są powyżej napisane przeze mnie słowa. Znowu spędziliśmy dzień lajtowo i pięknie.

Dzień trzeci prawdziwych wakacji w Tajlandii

Rano – po przebudzeniu – byłem wreszcie wypoczęty. Chwilkę posiedziałem na dworze, trochę zdziwiony (podobnie jak poprzedniego dnia), że mimo wysokiej temperatury (około 26 stopni) powietrze było w miarę rześkie. Być może ja się już po prostu przyzwyczaiłem do wysokich temperatur. Chociaż nie, na śniadaniu, które celebrowaliśmy bodajże do 9 tej, temperatura i ogólna „duchota” rosła.

W planach mieliśmy skuter. Zamówiłem dwa dni wcześniej wypożyczenie i ciekaw byłem, jak żona – tym razem – zniesie kolejny mój „wybryk”. No, była twarda. Założyła krótkie spodenki, bluzkę z rękawem, wysmarowała się czymś tłustym (myślę, że olejkiem do opalania) i była gotowa. Do tego wcale nie wtrącała „niemerytorycznych” złośliwości.  Ku mojemu zdziwieniu właściciel skutera miał przygotowany druk umowy, który dokładnie wypełnił. Czyli nie jak na przykład w Grecji. Język tajski „stawał się powoli moim drugim językiem” i podpisując papiery, oczywiście wiedziałem na co się zgadzam. 😊😊😊

Jakbym powiedział, że miałem plan dokąd pojedziemy, to minął bym się z prawdą o jakieś 100 kilometrów 😊. Znowu uratował mnie fakt, że na pytania dokąd (?), robiłem tajemniczą minę, z której wynikało, że wszystko jest obmyślone. A ja najpierw musiałem opanować „Bestię” (żeby nas nie zabić), co sprowadzało się do tego, że jechałem nie szybciej niż 30 kilometrów na godzinę, trzymałem rękę w gotowości do hamowania tylnym hamulcem. Wszystkie mięśnie spięte, gotowe do nadzwyczajnych działań.

Najpierw skręciłem w pierwszą drogę w prawo. I wydarzyło się coś, co w takich sytuacjach wydarza mi się dość często – po kilometrze droga się skończyła.

No to zawróciłem i minąwszy drogę prowadzącą do naszego hotelu, z której przed paroma minutami wyjechaliśmy, po około 1 kilometrze od tej drogi dojechaliśmy do jakiejś główniejszej drogi 😊 i skręciliśmy w prawo. A potem zaraz znowu w prawo.

Ktoś może zapytać dlaczego w prawo, i w prawo, i w prawo – jeśli przy ruchu lewostronnym skręt w lewo jest łatwiejszy. Odpowiedź jest prosta. Na Phutek jedyną rzeczą, którą wiedziałem o wyspie, to gdzie jest morze. Było ono po prawej i myślałem, że w ten sposób dotrę do pięknych plaż. I ku mojemu zdziwieniu zaraz dotarliśmy, a pierwszą była Nai Thang Beach położona w parku narodowym Sirnat.

Przepiękna zatoka, piękna plaża, bardzo fajny deptak, trochę dalej widok – z klifu – na piękną zatokę i w dole na druga plażę. Nie zatrzymaliśmy się, tylko dalej brnęliśmy po krętej – to wznoszącej się, to – po chwili – opadającej drodze naprawdę trudnej (a co dopiero dla początkującego skuterzysty jakim byłem ja).

Na jakimś drogowskazie zauważyłem napis Patong Beach i pomyślałem, że może pojedziemy na oddaloną – w tym momencie – od nas o jakieś 25 kilometrów jedną z najsłynniejszych plaż na Phuket. To takie Bondi w Tajlandii. Nie ma jedynie rekinów.

Nazwa Patong odnosi się zarówno do plaży jak i miasta na zachodnim wybrzeżu Phuket. Jest to główny ośrodek turystyczny na wyspie Phuket, a także centrum życia nocnego i sklepów w Phuket. Plaża stała się popularna wśród zachodnich turystów, zwłaszcza Europejczyków, pod koniec lat 80. Ma wiele hoteli, a obszar rozrósł się w miejsce turystyczne. Plaża Patong przebiega na całej długości zachodniej części Patong i ma długość 2850 metrów. Znana jest z życia nocnego. Można tutaj wieczorami oczywiście spotkać „panienki” choć prostytucja w Tajlandii jest niby nielegalna, ale jest tolerowana, jak ma to miejsce w Patong.

W dniu 26 grudnia 2004 r. Plaża Patong wraz z wieloma innymi obszarami wzdłuż zachodniego wybrzeża Phuket i Tajlandii została dotknięta tsunami spowodowanym trzęsieniem ziemi na Oceanie Indyjskim. Fala spowodowała ogromne zniszczenia na wybrzeżu i w głębi lądu. Patong był jednym z najciężej dotkniętych obszarów Phuket.

Wyjechaliśmy na szerszą i bardziej uczęszczaną drogę, kontynuując jazdę nie mającą żadnego uroku oprócz smrodu spalin z setek aut i skuterów. Ale za to był kolejny drogowskaz na Patong. Pomyliłem się i w pewnym momencie zamiast w prawo pojechałem w lewo. Parę chwil spędzonych przy kawie na stacji benzynowej pozwoliło mi znaleźć prawidłowy azymut dalszej podroży. Na szczęście musieliśmy zawrócić tylko kilometr.

Jeśli ktoś myśli, że jazda na skuterze jest dobrym antidotum na lejący się z nieba żar, to tylko częściowo ma rację. Słońce przedostaje się przez pęd powietrza, warstwę ubrań i wżera się głęboko w ciało tak, że jazda daje małą ulgę. Minęliśmy Patong Beach i pojechaliśmy dalej ciekawi dokąd nas ta droga zaprowadzi. W ten sposób dotarliśmy na przedmieścia Phuket. Jak zauważyłem, że mijamy olbrzymi market, postanowiłem zawrócić w kierunku Patong i bliżej przyjrzeć się sławnej plaży. Jadąc, starałem trzymać się linii brzegowej i uciekać z głównej drogi. Zatoka zrobiła na nas  olbrzymie wrażenie. W kształcie półkola, a może nawet więcej niż półkola, na swoich krańcach ma dwa wysokie klify. Piękna plaża, setki plażowiczów, skutery wodne, spadochrony, słowem „Sopot”. No i dominujący język, to język rosyjski.

Widok na plażę Patong

Serwis nie nadąża za rozwojem turystyki. Kiepskie knajpy, przypadkowi pracownicy, wszystko to budzi mieszane uczucia. Wypiliśmy dwa szejki, kupiliśmy mi dwie bluzki i po parudziesięciu minutach wyjechaliśmy z Patong. Niestety – znowu na główną drogę. Nagrodą było to, że kolejny odcinek drogi był bardzo malowniczy. Pierwsza nadarzająca się okazja do skrętu w lewo (to lewo – w powrotnej drodze – było kierunkiem w stronę plaż) i uciekliśmy z ciągnących się sznurów samochodów. Za kierownicą skutera czułem się też coraz pewniej. Dotarliśmy do kolejnej pięknej plaży Surin, którą podziwialiśmy z siodełka naszego skutera. Zatrzymaliśmy się dopiero przy lagunie, próbując znaleźć miejsce w restauracji (żona zażyczyła sobie posiłek z widokiem na morze). Bez powodzenia. Wszystkie stoliki były zajęte.

Próbowałem jeszcze namówić ją na pancake’a z bananem ale nie chciała dać się skusić, więc pojechaliśmy dalej. Żona dostrzegła, że to właśnie w tej przepięknej okolicy jest Hotel Dusit, w którym – przed miesiącem – były nasze dzieci. Było tam naprawdę super, z grzeczności więc po powrocie nie zamierzałem ich pytać ile kosztował.

Musiałem wykonać intelektualną pracę aby wybrać drogę, która nie zaprowadzi nas na manowce. Nie  chciałem abyśmy jechali w „tłumie” aut, w dymie z silników, chciałem zatankować przed powrotem do hotelu skuter, no i w końcu chcieliśmy cos zjeść.

To, że można w Tajlandii zatankować bez problemu paliwo, to już wiedziałem po podróży samochodem. Natomiast po raz pierwszy zauważyłem – 24 godzinne chyba – automatyczne dystrybutory benzyny E91 (czyli też do skuterów), których zasady działania nie miałem okazji poznać, ale na logikę nie powinny mi pozwolić zatankować się możliwą do określenia z góry (przed rozpoczęciem tankowania), ilością paliwa. Jeszcze bardziej „nowatorskim” rozwiązaniem była możliwość zakupu, w przydrożnych straganach, paliwa w litrowych butelkach. Jak popatrzyłem na ich ekspozycje na słońcu, to krew mi się mroziła w żyłach.

I tak powoli zbliżając się do naszego hotelu, szukaliśmy jednocześnie miejsca do przegryzienia czegokolwiek. No i znaleźliśmy. Tuż za laguną, w lesie przy plaży została zbudowana ( a może codziennie była budowana od nowa? 😊)restauracja. Nawet z dobrym jedzeniem, z pięknym widokiem na plażę i ocean, z brudnymi obrusami, z toaletą, którą żałuję, że nie sfotografowałem i cenami z naszego hotelu. Podjedliśmy i mogliśmy kontynuować spokojnie wracanie.

Jeden z hoteli w okolicach Laguny

Znowu minęliśmy plażę Nai Thang Beach pokonując kilkanaście (a może kilkadziesiąt) malowniczych zakrętów z górki i pod górkę. Tym razem znacznie szybciej, bo ja już trochę nauczyłem się jeździć i nawet udało mi się kogoś wyprzedzić (nie był to miejscowy Taj na ośle).

Pojechaliśmy w stronę lotniska szukając stacji benzynowej. Nieopodal lotniska, przy drodze bezpośredniej z lotniska do Phuket, zatankowałem skuter i wróciliśmy do hotelu. Cali i zdrowi. Była 16:45.

Dzień bez pobytu – tym razem – na „naszej plaży”,  zakończyliśmy na hotelowym basenie. Kleiłem się od potu i gorąca po całym dniu, To rozmawiając z córką przez telefon, to czytając książki, to w końcu zapisując całodniowe notatki, z przyjemnością przesiedzieliśmy chyba do pół do siódmej. Kąpiel, kawa no i poszliśmy do naszej hotelowej restauracji. Fajne „crispy chicken” i „bruschetta pomodoro”, piwo i mohito stanowiły miłe akcenty udanego dnia.

Raj na ziemi

Hasło dnia, który minął to: „Raj na ziemi”. Śniadanie celebrowane z godzinę na jego początek. Pośpiech w przygotowaniach do spaceru (by zdążyć przed upałem) i „już” o 9:30 nasz „Charon” przewiózł nas tratwą na drugi bieg rzeki. Do ”cywilizacji”. I spacer. Celem było lotnisko czyli godzina spaceru i co najmniej 4 kilometry w jedną stronę. Na początek zboczyliśmy dokonać zakupu kapelusza dla mnie w miejsce tego, który odpłynął w siną dal ze dwa dni wcześniej. Został porwany przez wiatr i utopiony w oceanie. Kolejny kapelusz też ładny. Ale po paru minutach w tym skwarze, był już przepocony. Mniej więcej w 3/4 drogi żona stwierdziła, że nie chce jej się iść dalej. Ale po chwili żal przed nie przeżytą przygodą zmienił jej decyzję. Dopiero moja opinia, że na wczasach należy sobie sprawiać jedynie przyjemności (!) spowodowała, że już kwadrans po 11 tej znaleźliśmy się w Phenie. Polubiłem tę restaurację z trzech powodów. Pięknie położona, smaczne jedzenie, poziom obsługi odbiegający od standardów dokoła. Ceny, mimo że oczywiście wyższe od tych w street food’ach, są absolutnie do przyjęcia. Na spacerze – jak zwykle – poprosiłem piwo, a żona dała mi się ubłagać i zgodziła się wypić  pomarańczowego szejka. Później zakup piwa w sklepie na potrzeby nadchodzącego miłego wieczoru, oraz zjedzenie pysznego pancake’a z mango. O 12:30 byliśmy na naszym basenie.

Skwar powodował, że co rusz wchodziliśmy do wody – organizmy były tak przegrzane, że woda chwilami wydawała się zimna.

Około piątej z powrotem na spacer. Tym razem do cypla otwierającego widok na lotnisko. Przy okazji wyjaśniliśmy sobie sens powstałego niedawno na plaży ogrodzenia z drewna, niedaleko Phena. Otóż podobno 10 stycznia żółw złożył tam jaja i za 55  – 60 dni za ogrodzeniem miała wylęgnąć się ponad setka małych żółwi. Kusiło, aby przyjechać ponownie do Tajlandii w dniu wylęgu 😊. Swoją drogą ciekawiło mnie co będziemy robić pomiędzy 5 a 10 marca, kiedy żółwie będą się wylęgały.

Miejsce złożenia jaj żółwi nie jest nigdy przypadkowe. W celu złożenia jaj samice żółwia odbywają długie wędrówki do miejsca swego urodzenia kierując się liniami sił pola magnetycznego ziemi. Po wyjściu z wody poruszają się powolnie i niezdarnie. Na lądzie są niezgrabne i bezbronne. Podczołgują się poza strefę przyboju morza. Gdy samica znajdzie już odpowiednie miejsce zaczyna przy pomocy tylnych odnóży pływnych kopać dołek, do którego złoży jaja. Jedna samica zwykle składa jaja kilka razy w odstępach 2-3 tygodni. Do jednego dołka składa około 50-150 jaj, a następnie przykrywa je warstwą piasku. Cała operacja zajmuje jej około 8 godzin, po których wraca do morza.

Małe żółwiki wylęgają się po około 2 miesiącach. Ciepło potrzebne do inkubacji jaj pochodzi ze słońca. Jeżeli temperatura jaj podniesie się powyżej 29,9 °C embriony stają się żeńskie, a przy niższej temperaturze wylęgną się osobniki męskie. Najwięcej żółwików wylęga się wieczorem i w nocy co zwiększa szanse ich przeżycia. Po wygrzebaniu się z gniazda młode żółwie muszą jak najszybciej dostać się do morza, gdyż na lądzie czyha na nie wiele niebezpieczeństw, a szczególnie ptaki i kraby. W wodzie czekają na nie rekiny i inne duże ryby. Taktyką przetrwania żółwików jest trzymanie się w dużych liczebnie grupach. Gdy drapieżniki się najedzą, następne żółwiki będą miały większe szanse (ciekawe, co?). Do wieku dorosłego przeżyją nieliczne.

Kolacja w Phenie był wyborna. Pad thai z kurczakiem, ryż z krewetkami, sałatka z papai i piwo. Wszystko doskonałe i razem za 65 złotych. A widoki nieziemskie. Gdy wychodziliśmy, cała restauracja była pełna ludzi. Od Phena do hotelu droga to było około 850 – 900 metrów. Spokojnym spacerem w paręnaście minut  byliśmy więc w apartamencie.

Wieczorem zacząłem podsumowywać połowę naszego pobytu na Phuket – gdy zostało nam już tylko 7 dni pobytu w Tajlandii. Warto więc próbować zatrzymać się na chwilę nad tym, co już zobaczyliśmy i przeżyliśmy.

Wypożyczalnia samochodów w Tajlandii

Jedną z trudniejszych decyzji na etapie planowania podróży było to, czym mieliśmy poruszać się w Tajlandii. Żona była przeciwna wypożyczeniu samochodu, ja też nie byłem jakimś hurra optymistą. Z doświadczenia jednak wiedziałem, że auto pozwala być samodzielnym, poruszać się poza uczęszczanymi szlakami i zobaczyć nie koniecznie tylko to, co pokazują przewodniki.

Ruch w Tajlandii jest lewostronny co nie było dla mnie – po podróży po Australii – zasadniczym problemem. W przewodnikach (wprawdzie nie najnowszych) wyczytałem wcześniej, że stan dróg w Tajlandii jest nienajlepszy. Podobnie zresztą umiejętności wszystkich uczestników ruchu. Oglądając filmiki na You Tubie nasłuchałem się dużo na temat wolnej amerykanki, jeżeli chodzi o przestrzeganie przepisów na drogach.

Moja opinia po zakończeniu podróży była jednak zgoła inna. Wprawdzie prawdą jest, że na ulicach panuje totalny rozgardiasz i bałagan, przejechałem w Tajlandii około 1800 km i nadal nie byłem pewien przy jakim kolorze świateł na sygnalizatorze, na jakich „strzałkach” można skręcać ale…… chyba nigdy nie czułem się tak bezpiecznie prowadząc samochód! Wytłumaczenie jest proste – kierowcy jeżdżą tak jak jeżdżą, robią to absolutnie bezpiecznie, wolno, ustąpią każdemu pierwszeństwa przejazdu, nawet przy ewidentnym wymuszeniu. Nie użyją przy tym (może poza Phuket) klaksonu. Do przyjazdu na wyspę z użyciem klaksonu spotkałem się dwa razy: raz mnie ktoś obtrąbił podczas wyprzedzania, zaś drugi raz klakson użyła dziewczyna, która wiozła nas taksówką na lotnisko w Chiang Mai. W Tajlandii pieszy nie ma żadnych praw, ani poza pasami i ani na pasach. Policja „nie przeszkadza” w ruchu, policjanci których widziałem zajmowali się sprawdzaniem – na check pointach przy wjazdach do miast – kto jedzie samochodem

Opowieści o kiepskiej jakości dróg to bzdura. Widziałem dwupasmówki w takich miejscach, gdzie w polskich warunkach zbudowanie takiej drogi byłoby nie do pomyślenia. Oczywiście zdarzają się kiepskie odcinki. Ale gdzie się nie zdarzają.

Nasycenie infrastruktury drogowej porządnymi stacjami benzynowymi jest w Tajlandii wystarczające, z odpowiednim zapleczem sklepowym, barowym i czasami restauracyjnym. W końcu, w odróżnieniu od naszej ojczyzny, prawie nikt się na drogach nie wygłupia i nie popisuje pędząc na złamanie karku.

Na Phuket jest podobnie, może trochę więcej używają sygnałów dźwiękowych.

Kierowcy – turyści nie powinni bać się jeździć po Tajlandii. Jak nie mają problemów z ruchem lewostronnym – reszta doznań związanych z prowadzaniem auta to bajka.

Kraj ludzi wolnych

Dla przeciętnego mieszkańca Europy, Tajlandia jest odległa nie tylko w sensie geograficznym, ale również mentalnym. Różnią nas nie tylko elementy kulturowe, religijne czy choćby klimatyczne, ale także podejście do życia. Mówią złośliwcy, że Tajowie to wesoły naród wyłącznie dzięki słońcu i codziennych dostawach witaminy D. Jest to jedynie – moim zdanie bardzo powierzchowna opinia.

W wielu przewodnikach turystycznych i poradnikach o Tajlandii wyczytamy, że Tajowie bardzo nie lubią temperamentnego zachowania się w miejscach publicznych. Dotyczy to zarówno wybuchów złości, jak i pozytywnych emocji, na przykład głośnie śmianie się. Może wydawać nam się to dziwne, bo w końcu sami nazwali się „krajem ludzi wolnych” i „krainą uśmiechów”. Jest to związane z powodu innego rozumienia wyznawanych wartości. Pomimo tego, że my, jako mieszkańcy Europy, deklarujemy „wolność” jako nasze dążenie, myślimy o niej w sposób zupełnie inny, niż Tajowie. Na zachodzie wolność utożsamiana jest z pieniędzmi, natomiast w Azji Południowo-Wschodniej – ze szczęściem. W końcu Tajowie nie należą do najbogatszych społeczeństw, a uchodzą za radosnych i przyjaznych. Statystyki pokazują, że co piąta dorosła osoba mieszkająca w Europie cierpi na nerwicę albo depresję. Wynika to właśnie z naszego trybu życia i nieustanną gonitwą. W Tajlandii czas płynie zupełnie inaczej, a biorąc pod uwagę fakt, że ponad 90% Tajów deklaruje buddyzm, mieszkańcy to prawdziwi mistrzowie opanowania. Jeśli zaczniemy na Taja krzyczeć i obsypywać go pretensjami, że nasz autobus jest spóźniony o dwie godziny, zostaniemy najpewniej zignorowani. Tajowie nie zrozumieją naszej złości, potraktują nas jak małe dzieci i poczekają, aż atak agresji przejdzie, by można było w jakiś sposób rozwiązać problem.

Tajowie są bardzo przywiązani do rodziny królewskiej, darzą ją głęboką miłością i szacunkiem. Dlatego każde negatywne uwagi o królu lub jego świcie będą traktowane jako atak. Należy więc trzymać  język za zębami, czy to publicznie, czy to w prywatnym zaciszu, bo nigdy nie wiadomo kogo spotkamy. Targanie banknotów z wizerunkiem króla także uchodzi za niezwykle obraźliwe i znieważające. Co ciekawe, w Tajlandii przed każdym kinowym seansem, podobno odtwarzany jest hymn narodowy, podczas którego należy wstać – niezależnie od tego, czy jest się Tajem, czy mieszkańcem innego kraju na świecie.

Buddyzm i mnisi w Tajlandii

Jak już wspomniałem większość Tajów deklaruje buddyzm. Można powiedzieć, że życie codzienne mieszkańców jest ściśle powiązane z religią – nawet o zasadzaniu i zbieraniu ryżu decydują mnisi. Wizerunek medytującego mnicha to wręcz nieodłączny krajobraz w Tajlandii. Mnichów spotkamy dosłownie wszędzie i nie należy im przeszkadzać w kontemplowaniu ich wewnętrznego świata. Szacunkiem należy darzyć również wszystkie podobizny i posążki Buddy, więc lepiej nie robić z nich zabawek dla dzieci albo obiektu do fajnego zdjęcia. Pamiętajmy, że każdy posąg Buddy to dla Taja świętość, więc przebywając w Tajlandii jako gość trzeba to uszanować. Warto wspomnieć o kwestii głowy. Głowa według filozofii buddyzmu stanowi najświętszą część ciała (ponieważ znajduje się najwyżej), więc zabronione jest jej dotykanie, nawet jeśli chcemy przyjacielsko pogłaskać małe Tajskie dziecko. Podobno, w salonie fryzjerskim zapytają o to, czy fryzjer może zrobić fryzurę? Ciekawe są wszystkie zwyczaje związane z powitaniem.

Tajski gest? Wai?

Gest „Wai” wykonuje się w czasie powitania i pożegnania, wyrażając tym samym szacunek wobec ludzi, ale również i wobec miejsc, czy też przedmiotów kultu związanego z wizerunkiem Buddy lub Króla Tajlandii. Gest ten może też oznaczać przeprosiny lub podziękowanie.

Przed przyjazdem do Tajlandii warto poznać podstawowe zasady „Wai”, aby w czasie pobytu w tym egzotycznym kraju móc stosować go (albo przynajmniej rozumieć) w każdej nadarzającej się sytuacji. Gest ten polega na złożeniu dłoni jak do modlitwy i lekkim skinieniu głową. Rozróżniamy trzy stopnie „Wai”:

  1. Złożone dłonie, kciuk dotyka brody, lekki ukłon głowy. Stosujemy ten „Wai” w kierunku osób w tym samym wieku lub kolegów z pracy.
  2. Kciuk uniesiony do poziomu nosa, z jednoczesnym ukłonem ciała i głowy. „Wai” w kierunku osób starszych oraz wyższych rangą w hierarchii zawodowej, czy też społecznej.
  3. Kciuk przyłożony do twarzy pomiędzy brwiami, pozostałe palce przy czole, ukłon jest dużo głębszy i dłuższy. Gest okazujący najwyższy szacunek i poważanie, na przykład w stosunku do mnichów.

W Tajlandii obowiązuje system hierarchii społecznej, od której zależy kto pierwszy powinien się kłaniać i w jaki sposób.

„Wai” pierwsze wykonują osoby znajdujące się niższej w hierarchii społecznej w kierunku osób postawionych wyżej. I tak pracownicy kłaniają się szefom, młodsi kłaniają się starszym, uczniowie nauczycielom, a dzieci rodzicom.

Natomiast nie powinno kłaniać się dzieciom, osobom wykonującym na nasze zlecenie jakąś pracę (kelnerzy, kierowcy, kupcy, itd.) czy też prostytutkom. Nie odwzajemniają „Wai” mnisi, członkowie rodziny królewskiej oraz nauczyciele uczniom.

Jedzenie w Tajlandii

Jeśli miałbym opowiedzieć o jedzeniu w Tajlandii i co jest warte uwagi i czego koniecznie warto spróbować, to musiałbym powiedzieć, że wszystkiego. Serio.

My z Żoną nie należymy do odważnych kulinarnie. Nie jadaliśmy robaków i jakiś ekstrawaganckich dań ale po pierwsze, tajskie smaki są tak inne od naszych polskich, czy tam środkowoeuropejskich,  każda potrawa może być przeżyciem kulinarnym, którego warto doświadczyć. Po drugie, bywa, że jedzenie jest tam tak tanie (street food’y, restauracje na północy), że nawet jeśli coś nie smakuje, to bez żalu można tego nie dojeść. Choć mocno powątpiewam w taki scenariusz wydarzeń, bo ich dania, nawet te najdziwniejsze, były naprawdę dobre i w trakcie miesięcznego wyjazdu ani razu nie zdarzyło się, żebym zostawił na talerzu coś więcej niż ryż.

Tajska klasyka. Makaron ryżowy podsmażany z jajkiem, tofu i tym co akurat jest pod ręką. Najczęściej to kurczak albo krewetki, ale też są wersje z wołowiną albo wieprzowiną. Do tego kiełki fasoli mung, orzeszki i słodko-kwaśno-pikantny sos. Najlepszego pad thaia, jak z reszta wszystko inne, można zjeść w ulicznej knajpie.

Najlepsze śniadania były w Silom Triple Two, najlepsze street food’y też blisko naszego hotelu w Bangkoku. Najlepsze jedzenie było chyba u Phena. Najtaniej jedliśmy na północy w Chiang Mai i w Chiang Rai. Największa skucha chyba była w Ayutthaya w jakimś bazarowym street food’zie. „Najciekawsza” kolacja chyba w Kanchanburi gdzie dostaliśmy do jedzenia jakieś liście, które na coś pomagały. Wszystko w sumie było bardzo smaczne.

Świeże owoce – ananasy, gujawy, papaje i arbuzy, pocięte i gotowe do zjedzenia na rogu każdej większej ulicy za pół darmo. Zjadłem tutaj ich więcej, niż przez całe życie.

Owoce to domena mojej Małżonki. Ja na początku w ogóle nie doceniałem „raju na wyciągnięcie dłoni”. Do czasu oczywiście. Odkryłem w Tajlandii mango.

Gdy kupowaliśmy na ulicy ten owoc, z lubością obserwowałem sprzedawcę jak sprawnie, kilkoma ruchami noża, „obierał” go, pozostawiając sobie niezdatną pestkę i pakując mi do specjalnego opakowania miąższ. Kawałki mango – podczas jedzenia – „śmiesznie” zsuwały mi się z patyczka dołączonego do każdego opakowania i nigdy nie mogłem sobie poradzić tak, aby nie zabrudzić rąk. Można sobie wyobrazić jak mi mango musiało smakować, że nie przeszkadzały mi nawet brudne, lepiące ręce. Pychota

Nie jesteśmy fanami owoców morza. Ale to co próbowaliśmy sprawiło, że wiemy iż Tajowie są w stanie tak je przyrządzić, że palce lizać. Do tego, jeśli zamawialiśmy cokolwiek, mieliśmy pewność, że najdalej godzinę temu jeszcze to żyło.

Różne rzeczy na patyku. żona nie jadła tego, dla mnie smak zależał od tego, czy było to wystarczająco ciepłe. Służyły jako przegryzki.

I mógłbym tak opisywać bez końca. Soki, Szejki, Naleśniki……

Ten na dole, naleśnik z mango to numer 1 w Tajlandii, nie dalej jak wczoraj myślałem jak go zrobić domowym sposobem. Podstawowa wersja, która jest na zdjęciu, to cienki naleśniczek z pociętym bananem w środku, a z wierzchu polany mlekiem kokosowym. Super dobre! Idealny kolacjo-desero-podwieczorek!

Na co uważać kupując jedzenie w Tajlandii?

To pytanie pewnie zadaje sobie większość osób, która nie była w tym kraju, a planuje i zastanawia się co robić, żeby uniknąć zatrucia pokarmowego uniemożliwiającego wykonywanie jakichkolwiek czynności poza wydalaniem, a już na pewno zwiedzanie. Niestety, rozczaruję wszystkich, ale żeby uniknąć biegunki nie trzeba robić absolutnie nic. To znaczy, nic więcej poza tym, co należy robić w Polsce, bo jak nagle przestaniemy myć ręce przed posiłkami, to faktycznie coś możemy „złapać”.

Przez cały miesiąc jedliśmy cały czas w miejscach, do których u nas w kraju w ogóle bałbym się zbliżyć i absolutnie nic nam się nie stało. Na pierwszy, a nawet na piętnasty, rzut oka warunki sanitarne stoisk zmontowanych z roweru i kawałka blachy wyglądały tragicznie, a fakt, że jedzenie cały czas leżało na otwartym powietrzu, w dodatku na ulicy, również nie budziło zaufania. Wbrew pozorom, to wszystko było świeże i całkowicie jadalne.

U nas każde z tych miejsc dawno zamknął by sanepid, tam działają pełną parą, ludzie jedzą, są zadowoleni i nikt się nie truje.

Do tej pory numerem jeden w świecie „brudasów kuchennych” byli dla nas Grecy. To się w Tajlandii zmieniło. Zdecydowanie zasługują na miejsce na podium w naszym rankingu.

Społeczeństwo

Trudno jest dokładnie określić procentowy skład grup etnolingwistycznych zamieszkujących obszar dzisiejszej Tajlandii. Tego powodem jest daleko posunięta „taifikacja” prowadzona przez dominującą ekonomicznie większość tajsko-chińską. Zakrojona na szeroką skalę miała ona doprowadzić do zatarcia różnic między mieszkańcami państwa, by poprzez zapomnienie lub zabronienie oryginalnych tradycji doprowadzić do powstania państwa narodowego według modelu europejskiego.

Przez „tajskość” należy rozumieć zestaw cech, którymi musi wykazać się obywatel Tajlandii, by być rozpoznawanym. Wyjątkiem są obywatele Tajlandii innej wiary niż buddyjska oraz ci, którzy wykazują dużą odmienność etniczną lub lingwistyczną (muzułmanie w Tajlandii). Przykładem niestałości tego systemu było wydalenie Hmongów z Tajlandii do Laosu. (Hmongowie posłużyli armii USA w walce przeciw siłom Wietnamu w trudnych topograficznie i politycznie regionach Laosu –po opuszczeniu ich przez amerykańskiego sojusznika uciekli masowo do Tajlandii).

Szacunki wskazują na następujący podział:

  • Laotańczycy ~25% – to głównie ludzie z basenu rzeki Mekong;
  • Tajowie („Bangkokijczycy”) ~22% – to grupy skoncentrowane wokół rzeki Chao Phraya, oraz administracyjnie – w każdym mieście;
  • Chińczycy (różne grupy językowe wokół chińskiego systemu zapisu) ~20% – głównie budowniczy miast i ich mieszkańcy;
  • Malajowie (jako część Królestwa Pattani pod zaborem tajskim) ~10%.

Zgodnie ze spisem powszechnym z 2000 r., około 75% społeczeństwa stanowili Tajowie, a 14% – ludność pochodzenia chińskiego. Dość duży odsetek, to muzułmańscy Malajowie zamieszkujący głównie południe kraju. Na północy z kolei żyją Szanowie, mówiący językiem pokrewnym północnym dialektom tajskim, ale niezrozumiałym na przykład w Bangkoku. W ich pobliżu osiedlili się Kajanowie (Padaung), podgrupa Karenów – lud sławny z powodu metalowych obręczy (pisałem o tym, gdy byliśmy w Chiang Mai), noszonych przez kobiety na szyi.

Około 2% ludności stanowią tzw. plemiona górskie, podzielone na około 20 grup, zachowujące własne zwyczaje, wierzenia, stroje etniczne. Z tego względu stanowią dużą atrakcję turystyczną, przyciągając tysiące turystów nawet w dość odległe zakątki gór. Najważniejsze z tych grup etnicznych to:

  • Karenowie – najliczniejsze z plemion górskich (około 320 tys. osób). Napływają do Tajlandii z Birmy od XVIII w. Posługują się językiem kareńskim, należącym do grupy tybeto – birmańskiej, lecz podzielonym na dwa wzajemnie niezrozumiałe dialekty: sgaw i pwo.
  • Miao (Hmong) – około 120 tys., przybyli w XX w. z Laosu, po wycofaniu wojsk antykomunistycznych z Wietnamu, których byli sojusznikami w Laosie. Ze względu na różnice tradycyjnych strojów wyróżnia się dwie podgrupy – Białych i Niebieskich Hmong. Około 4 milionów Miao zamieszkuje również chińską prowincję Yunnan.
  • Lahu – Około 70 tys., język z grupy tybeto-birmańskiej. Animizm z elementami mesjanizmu.
  • Akha – Około 50 tys. osób, znani głównie z bogato zdobionych strojów, noszonych również na co dzień. Animiści.
  • Mien (Yao) – Około 40 tys. osób, animizm z wpływami chińskimi. Często występuje tam poligamia.
  • Lisu – Około 30 tys. osób, język z grupy tybeto-birmańskiej, spokrewnieni z Kachinami z północnej Birmy.

Językiem narodowym jest język tajski. Jego wyróżnikiem są tzw. „tajskie konwersacje” – rozmowy z wieloma formułami grzecznościowymi, w tym wielokrotnymi pytaniami pozwalającymi upewnić się, czy dobrze zrozumiało się rozmówcę. Konwersacje tego typu uważane są za zaawansowane metody kokieterii w tamtejszej kulturze.

Struktura religijna kraju mniej więcej przedstawia się następująco:

  • buddyzm – 93,2%;
  • islam – 5,5%;
  • chrześcijaństwo – 0,9% (z tego protestantyzm – 300 tys. osób, katolicyzm – 240 tys. osób);
  • hinduizm – 0,1%;
  • niewierzący  – 0,3%.

Buddyzm jest najważniejszą religią Tajlandii. Wyznają ją niemal wszyscy mieszkańcy tego kraju. Zaledwie ponad sześć procent Tajów wyznaje islam i chrześcijaństwo. W Tajlandii dominuje specyficzna odmiana buddyzmu, tak zwana theravada. Buddyzm tajski zakłada, że istotą życia jest zdobywanie karmy i przechodzenie kolejnych faz zwanych wcieleniami – reinkarnacja. Kolejne wcielenia uzależnione są od poprzednich. Szczęśliwi, czyli bogaci i mający władzę ludzie to ci, którym udało się zdobyć w poprzednim wcieleniu dobrą karmę. Nieszczęście, czyli bieda i niska pozycja społeczna, jest udziałem tych, którym się to nie udało. Nieszczęście i cierpienie to kara za niecne postępki. Ponieważ niecne czyny popełnia każdy z nas, cierpienie jest nieodłącznym elementem ziemskiego życia. Cierpimy, bo w poprzednich wcieleniach, nie zdołaliśmy uniknąć nadmiernego pragnienia i pożądliwości. Najważniejsze treści i przesłania tej religii pozostawił po sobie Budda. Mówią one, że na brak cierpienia trzeba sobie zasłużyć powstrzymywaniem pożądliwości i pragnień. Uniknięcie ich umożliwia podążanie ścieżką, która składa się z ośmiu etapów – stopni. Koniec ścieżki, to koniec reinkarnacji i osiągnięcie ostatecznego celu. Celem ostatecznym jest wieczny stan błogości, czyli nirwana. Wyznawcy buddyzmu, bardzo poważnie traktują swoją religię. Żyją według jej zasad i przestrzegają ich na każdym kroku. Aktywność religijna Tajów, przejawia się w uczestniczeniu w nabożeństwach, modlitwach indywidualnych, składaniu ofiar, odprawianiu rytuałów i pomaganiu mnichom. Pomaganie to polega na obdarowywaniu ich jedzeniem, opiekowaniu się nimi i zapraszaniu do domów na ważne uroczystości. Mnisi biorą udział na przykład w weselach. Mnisi buddyjscy odpłacają się im za to cennymi radami. Tajowie czczą swoje bóstwa, organizując na ich cześć święta i festiwale. Traktują swoją religię bardzo dosłownie. Są głęboko przekonani o tym, że dobrymi uczynkami mogą zapracować na wieczne i szczęśliwe życie. W obliczu problemów, wątpliwości i trudności, mieszkańcy Tajlandii odwiedzają świątynie, zanoszą dary i proszą bóstwa o radę. Wielu Tajów na swoich posesjach buduje mini świątynki, w których można oddawać cześć, modlić się i prosić o pomoc różne bóstwa. Mieszkańcy Tajlandii czczą tak zwane wyobrażenia Oświeconego.

Koniec wakacji w Tajlandii

Siedzimy wygodnie w samolocie. Myśli wracają do podróży z Kijowa do Bangkoku. Fajny lot, fajny personel. I jak grom z jasnego nieba wiadomość 8 stycznia – byliśmy bodajże w Chiang Rai – że była katastrofa samolotu UIA w Iranie. Nie miałem od pierwszej chwili żadnych wątpliwości, że samolot został zestrzelony. Co za bezsens. I przed oczyma uśmiechnięte – podczas naszego lotu – stewardesy. Która z nich podróżowała później w samolocie z Teheranu? Ta myśl nie raz wracała podczas naszego pobytu w Tajlandii. Wraca zresztą do dziś.

Kolejny fajny wyjazd. Hmm…… ciekawy i egzotyczny.

Nie tak długi jak do Australii, ale równie ciekawy….. może trochę inaczej niż w Australii ale ciekawy. Znów paręnaście tysięcy kilometrów w samolocie (co najmniej 16 tys. do Tajlandii i z powrotem oraz Chiang Mai – Phuket – Bangkok). 1800 kilometrów samochodem. Około 220 km pieszo. Jak na staruszków to chyba nienajgorsze wyniki. 😊 Trochę szkoda upływających lat, coraz gorszej – naturalnie zresztą – wydolności organizmu. Ale nie poddajemy się! Dokąd teraz?

Zobacz też:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *