Tasmania, Australia

Tasmania w Australii

Co zobaczyć będąc na Tasmanii, a co można sobie darować? Czym zachwyca wyspa? Sprawdź, zanim odwiedzisz Tasmanię w Australii!

Tasmania

Tasmania to wyspa u  południowo-wschodnich wybrzeży kontynentu australijskiego, a zarazem najmniejszy stan Australii. W skład stanu Tasmania wchodzą też mniejsze wyspy w Cieśninie Bassa oraz wyspa Macquarie – pow. 128 km² (w południowej części Oceanu Spokojnego). Wyspa Tasmania, położona jest około 300 km na południe od wybrzeża Australii. Tasman w najśmielszych marzeniach nie przypuszczał, że odkryta przez niego wyspa będzie nosiła jego imię. Nazwał ją imieniem gubernatora Batawii, czyli Ziemia Van Diemena. Dopiero później została ona nazwana Tasmanią.

Wyspa ma urozmaiconą linię brzegową, gęstą sieć rzek i liczne jeziora polodowcowe. Znaczna jej część nadal pozostaje niemal bezludna. Na powierzchni pięciokrotnie mniejszej od Polski zamieszkuje zaledwie pół miliona osób.  Przyczyną są niedostępne góry, trudne do pokonania lasy, bystre rzeki w głębokich dolinach, które na początku utrudniały kolonizację. Obecnie tereny Tasmanii należą do największych na świecie parków narodowych, przez które prowadzą piękne widokowo trasy trekkingowe. Dzika przyroda zajmuje ok. ¼ powierzchni wyspy. Największe skupiska ludności znajdują się na wybrzeżach północnym i wschodnim oraz w stolicy prowincji Hobart.

Hobart: stolica Tasmanii

Hobart, stolica wyspy, to drugie po Sydney najstarsze miasto Australii, położone malowniczo przy ujściu rzeki Derwent i jest jednym z najlepiej zachowanych zabytków architektury kolonialnej Australii. Kilkadziesiąt budowli historycznych, Salamanca Place – dawna dzielnica handlowa będąca perłą architektury kolonialnej, Battery Point, liczne gregoriańskie pałacyki patrycjuszowskie przekształcone w muzea i galerie oraz australijskie koszary pochodzące z 1811 r., użytkowane do dziś przez wojsko, ale podobno udostępnione dla zwiedzających.

Lot z Melbourne do Hobart

My już chyba trochę wypoczęliśmy na tych wczasach, bo przed wyruszeniem do Tasmanii wstaliśmy skoro świt. Czynności związane ze zmianą miejsca pobytu nauczyliśmy się dokonywać nadzwyczaj sprawnie tak, że w zasadzie o 9:00 mogliśmy jechać na lotnisko. Ale jak już wcześniej pisałem, mieliśmy w bonusie z City Bus bezpłatny transfer. Byłem ciekaw jak to jest zorganizowane. No i przecież zawsze jest dreszczyk emocji, co będzie jak bus nie przyjedzie. Wymeldowaliśmy się z hotelu o 9:40. Podczas check-out’u okazało się, że recepcjonista pochodzi z Białorusi, w Australii był od 2 lat, a przedtem żył w Nowej Zelandii. Jak ciekawie toczą się losy ludzkie. Każdy musi znaleźć swoje miejsce na ziemi, a ludzie, których spotykamy w Australii są tego żywym przykładem. My we dwóch mogliśmy spotkać się gdzieś na wschodzie Polski, w Białowieży, w Warszawie, a spotkaliśmy się 16 tys. kilometrów od kraju.

Na lotnisku w Melbourne niespodzianka: nie ma w ogóle innego sposobu odprawy niż automatyczny. Nawet nie próbowałem sam, tylko od razu poprosiłem o pomoc, która ku mojemu zdziwieniu nie spytała o nadbagaż czy inne rzeczy związane z ewidentnym przekroczeniem wagi bagażu. Słusznie przewidywałem, że tak łatwo nie pójdzie bo podczas składania walizek na taśmę, kolejny automat wyświetlił na ekranie, że moja walizka ma znacznie więcej niż określone w bilecie 20 kg i mam prosić obsługę. Finał był taki jak zawsze – 60 dolców dopłaty. Mogłem spokojnie usiąść przed bramką nr 44 w oczekiwaniu na boarding, zastanawiać się, co tytułem podsumowania po pobycie w Melbourne mógłbym napisać.

Melbourne jest – moim zdaniem – zupełnie innym miastem, niż dotychczas oglądane w Australii Sydney, Perth i Adelaide. Wielorakość przenikających się, żyjących w nim ras ludzi czyni z Melbourne (patrzę przede wszystkim przez pryzmat City ale w mniejszym stopniu to dotyczy wszystkich dzielnic) miastem trochę kosmopolitycznym i liberalnym. Podobnie jak w  Kanadzie, opowieści o Montrealu, że jest takie europejskie – pasują do Melbourne. Ilość sklepów z alkoholem w Melbourne –  które widzieliśmy – była większa niż dotąd widziana we wszystkich poprzednio odwiedzanych miastach razem. Tłumy na ulicach zupełnie nie spotykane wcześniej w wyglądających dla mnie na opustoszałe Perth czy Adelaide. Przechodząc poprzedniego dnia przez City około godziny 17-tej oglądaliśmy obrazki podobne do tych z filmów, w których pokazują Nowy Jork. Tłumy, tłumy, tłumy. W samym centrum można znaleźć bez trudu zaułki, które – gdybyśmy takie widzieli w Polsce – omijalibyśmy z daleka widząc zabite sklejką witryny sklepowe i murale na ścianach. Tutaj poczucie pełnego bezpieczeństwa.

Melbourne było pierwszym miastem, gdzie nie korzystaliśmy z komunikacji miejskiej, więc nawet nie wiem jak wygląda metro. Komunikacja autobusowa, sądząc po przystankach, funkcjonuje nieco lepiej niż w poprzednio odwiedzanych miastach. Komunikacja tramwajowa? W ogóle tramwaje w City snują się bardzo wolno tak, że śmiałem się, że szybciej można dojść pieszo.  Nie zobaczyliśmy w Melbourne przede wszystkim dwóch miejsc: dzielnicy żydowskiej (podobno największe na świecie skupisko ortodoksyjnych żydów) i wzgórza Dandenong. No cóż – może to i dobrze – zawsze jest dobrze mieć po co wrócić. Mogliśmy więc powiedzieć do widzenia Melbourne, witaj Hobart.

Lot trwał krótko,  niewiele ponad godzinę.  Lotnisko jak w naszym Modlinie. W oddali było widać góry. Walizki, samochód i w drogę na poszukiwanie naszej kwatery. Tym razem będąc prawie pod domem gdzie mieliśmy mieszkać, od razu poddałem się. Skorzystałem z uprzejmości Australijczyka, który razem ze mną obszedł pobliskie posesje i znaleźliśmy w podwórzu 4/39 Queen Street.

Około godziny 19 wyszliśmy na spacer. Piękne widoki. Przeszliśmy brzegiem zatoki i obrzeżem miasta blisko 5 000 kroków, podziwiając kolory i cienie kładące się w zetknięciu gór z wodami zatoki. Naprawdę wyglądało to obiecująco.

Tasmania: Port Arthur

Australia jest krajem, którego podwaliny kładli więźniowie wysyłani tutaj z Wysp Brytyjskich. Najbardziej ponurą sławą wśród tasmańskich więzień cieszyło się więzienie Port Arthur. Jego ruiny nie mają sobie równych w całej Australii. Było to całe osiedle skazańców. Przyjmowano tu pensjonariuszy uznanych za szczególnie groźnych.

Pojechaliśmy więc w kierunku Port Arthur. Leży on na półwyspie Tasmana ponad 100 kilometrów od naszego domu. Wcale nie byłem przekonany, że – mimo „przewodnikowych” zachęt – chcę zwiedzać stare więzienie tym bardziej, że  po pierwsze średnio to lubię, a po drugie trochę śmieszą mnie „szykowane” na siłę zabytki. Moja wyobraźnia podpowiadała mi, że samo miasteczko będzie podobne do Kingscote na Kangaroo Island i tutaj był pierwszy „zonk”. Nie znaleźliśmy żadnego miasteczka! Ale za to po drodze mieliśmy możliwość posmakowania próbki widoków na Tasmanii.

Po nieudanej próbie znalezienia Port Arthur – jak niepyszny poddałem się i skręciłem do  Historical Site – to znaczy do więzienia. Oczywiście jak wszędzie – Visitor Centre, bilety po 39 AUD, brak możliwości zjedzenia czegoś rozsądnego (nawet nie piszę o cenie). Zakręciliśmy się chwilę, obejrzałem przez szyby Visitor Centre fragmenty wyszykowanego do zwiedzania więzienia i nawet nie pijąc kawy ruszyliśmy w drogę do Narodowego Parku Tasmańskiego.

Narodowy Park Tasmański

No i pierwsze zaskoczenie. Droga, ostatnie 10 km jak na outbacku. Jechaliśmy, a ja się zastanawiałem, co na nasz wyjazd powiedzieliby w  wypożyczalni samochodów. Dojechaliśmy do kempingu położonego nad przepiękną zatoką – co to był za widok. Ale najpierw naszą uwagę przykuły dwa kagury, matka z dzieckiem pakującym się do jej torby. Na wyciągnięcie ręki od nas.

Mieliśmy też okazje popatrzeć na Australijczyków przebywających akurat na kempingu. Część z nich w przyczepach nie pierwszej nowości, część wędrujących z plecakami (nie wiem gdzie i jak nocują) albo – jak pewne starsze małżeństwo – busik z wnętrzem dostosowanym do turystycznych eskapad. Ludzie schodzili ze szlaku na polanę, a mnie aż korciło żeby pójść w las. Trochę byłoby to nieroztropne, bo nie znam ani flory ani fauny Tasmanii, do tego – trzeba to jasno powiedzieć – już nie mamy po 25 lat. Trochę mi szkoda, ale na pocieszenie pozostają wspaniałe widoki i zdjęcia.

Wracamy. Mimo, że jesteśmy głodni, zbaczam do Koonya, bo bardzo jestem ciekaw jak wygląda taka mała miejscowość na Półwyspie Tasmańskim. Podobna porażka jak z Port Arthur, czyli nie ma żadnej miejscowości rozumianej według naszych standardów. Ale za to  znowu wspaniale widoki. Ciekawie rozwiązanie dat i godzin celebracji nabożeństw w kaplicy pełniącej obowiązki katolickiej i anglikańskiej.

Tuż przed wjazdem na Eaglehawk Neck (jest to grobla oddzielająca półwysep Tasmański od wyspy) zobaczyliśmy – po prawej stronie drogi na drogowskazie – dwa widelce i skręciliśmy w prawo. Nawet nie zarejestrowałem, że na drogowskazie było napisane coś jeszcze. Po dwóch kilometrach ujrzeliśmy bar, i miałem wrażenie, że byliśmy pierwszymi klientami w tym dniu. Już z okien baru widok na Pirates Bay zapierał nam dech w piersiach ale to, co zobaczyliśmy dojeżdżając do Tasman Arch  i Devils Kitchen po prostu nas powaliło. Stawiam tezę, że na Tasmanii już pierwszego dnia zobaczyliśmy widoki, z którymi te kontynentalne na maja szans.

Klify stromo opadające do morza, łuk parokrotnie większy od tego na Kangaroo Island. Naprawdę cudowne. Zamiast więc wracać, pojechaliśmy jeszcze dalej i zobaczyliśmy skąpane w zatoce odbite szczyty wzniesień, przez które przenikały promienie słoneczne. Parędziesiąt metrów i zobaczyliśmy zupełnie inną perspektywę brzegu oglądanego z okolic Devils Kitchen. Cudnie! Cudnie! Cudnie! Wreszcie postanowiliśmy wracać, ale jak nie zatrzymać się tuż za Eaglehawk na punkcie widokowym, z którego widok to kolejna pocztówka, a 3 kilometry dalej mozaikowa plaża – https://think-tasmania.com/tessellated-pavement, która  – nie chce mi się wierzyć – jest dziełem wyłącznie przyrody.

Rozpoczęliśmy powrót do oddalonego o blisko 100 km apartamentu. Chociaż korciło mnie co rusz, żeby znowu się zatrzymać. perspektywa wracania po zmroku przez ląd z kangurami rozpłaszczonymi dokoła przy drodze nie pozwalała na kolejne postoje. Dopiero w Sorell, około 25 km od Hobart, zatrzymaliśmy się zrobić zakupy. W domku byliśmy dobrze po 19:00. Dzień był super! Nigdy chyba w tak krótkim czasie nie widziałem tylu wspaniałych widoków. Tak naprawdę to każdy kolejny był lepszy od poprzedniego.

Tasmanian Devil Park i inne atrakcje Tasmanii

Google zapowiadały marną pogodę i była to prawda. Rano ruszyliśmy na górę Wellington. Chłodno, chmurno, nie turystycznie. Wjeżdżając samochodem na sam szczyt, co najmniej dwa razy przejeżdżaliśmy przez chmury. Było jak w mleku. Wiedzieliśmy, że dotarliśmy do celu, wyobraźnia (ponieważ było zachmurzone nie było nic widać) powodowała że nogi były ciut niestabilne. Na szczycie ledwie 8 stopni. Ale dzielni Australijczycy – jak wszędzie w przypadku atrakcji turystycznych – zadbali o bezpieczne udostępnienie szczytu i porządne zaplecze sanitarne. Po kwadransie (ze względu na brak widoczności) mogliśmy wracać.

Najbardziej odludnym miejscem Tasmanii, do dziś nieomal pierwotnym, jest wybrzeże zachodnie. W Tasmanian Devil Park można zobaczyć diabła tasmańskiego. Czarny drapieżnik, podobny do małego dzika, jest niezwykle wojowniczy. W World Tiger Snake Centre hoduje się około tysiąca żmij tygrysich. To jedne z najbardziej jadowitych węży świata. Ich jad zabija człowieka w ciągu kilkunastu minut. Można natrafić na dziewiczy las deszczowy. W Tarraleagh „napotkamy” polskiego orła – pomnik upamiętnia 40tą rocznicę przybycia na Tasmanię naszych rodaków.

Leżące – według naszych standardów – na odludziu Queenstown i Zeehan w końcu XIX w. były ważnymi ośrodkami górniczymi, gdzie wydobywano złoto, srebro, ołów i miedź. Znajdował się tutaj największy – o dziwo – wówczas teatr Australii, w którym śpiewał wielki Caruso. Mimo wszystko jest to jednak kraniec świata. W odległym od Hobart Strahan – porcie rybackim, a zarazem miejscu turystycznym, położonym w głębokim fiordzie – można udać się na całodzienny rejs luksusowym katamaranem. Pewnie jest to niezapomnianym przeżyciem ukazującym – jak to jest zwykle w Australii – zaledwie drobny fragment tutejszych cudów przyrody. Do tego parki narodowe pokryte dziewiczym lasem deszczowym. – South West oraz Franklin i Cradle Mountain.

My ze względu na oczywiste ograniczenia, czyli czas i odległości, wybraliśmy do obejrzenia południowe okolice Hobart. Po pełnym wrażeń, poprzednim dniu, niewiele było w stanie zrobić na nas wrażenie. Nadal uważałem, że znaleźliśmy się w jednym z najpiękniejszych krajobrazowo zakątków świata. Z góry Wellington najpierw udaliśmy się drogą w kierunku Huonville. Piękne doliny z rosnącą winoroślą lub drzewami, których poza tym, że są owocowe, inaczej nie potrafiliśmy nazwać. Nowość dla szaraczków z Polski – sady zabezpieczone ze wszystkich stron siatką. Tysiące metrów siatki rozciągniętej nad drzewami. Nigdzie czegoś takiego dotąd nie widziałem.

Zrobiliśmy sobie krótki postój w Cygnet. Urocza, pewnie 2 – 3 tysięczna, mieścina. Jak z filmu. Moja Żona zauważyła fajną dziewczynę ubraną– klimaty lata 50 te – w rozkloszowaną kieckę, w wysokich butach i toczkiem na głowie zupełnie nie pasującą do otoczenia. Żywcem jakby wyjęta z planu filmowego. Ja po chwili zauważyłem inną, całkiem nie brzydką dziewczynę z synkiem. Wyglądali jakby dopiero co wyszli z warsztatu samochodowego, gdzie obydwoje naprawiali samochód. Też jakby żywcem wyjęci z planu filmowego.

Pojechaliśmy dalej. Garden Island Creek, Verona Sands, Middleton… Zatrzymywaliśmy się, albo i nie, aby podziwiać widoki. Trochę kropiło i nie kropiło…. W końcu w Woodbridge, zatrzymaliśmy się przy stojącej w szczerym polu – według naszych polskich standardów  – restauracji.

W końcu dojechaliśmy do plaży w Oyster Cove i mimo kropiącego deszczu wyszliśmy połazić. Rozpadało się. Ciekawe spostrzeżenia: kobieta w samym kostiumie (padało, temperatura 14 stopni) skończyła spokojnie plażowanie, wsiadła do samochodu i sobie pojechała; na trawniku (padało, temperatura 14 stopni) rodzina wypoczywająca na czymś przypominającym koc i rozmawiająca jak gdyby nigdy nic.

Mimo wczesnej godziny postanowiliśmy wracać do domu. Ależ w Hobart były korki! Mam wrażenie, że tutaj – W Australii – decydenci korki mają w nosie. Po prostu jak się komuś nie podoba, to niech nie jeździ. Do apartamentu dotarliśmy przed 17:00. Trochę za wcześnie żeby zakończyć dzień, więc udaliśmy się na spacer nad zatokę, a potem szukać kościoła na niedzielną mszę.

Tasmania: Franklin – George Park

Z postanowieniem, że pojedziemy do Franklin – George Park, o którym wczoraj przeczytałem w internecie, ruszamy po 9:00. Nie szkodzi, że trzeba przejechać 200 km  w jedną stronę. Jak byk w goglach stało zdjęcie wspanialej zapory. Przyznam, że te 200 kilometrów były poznawczo cudowne. Najpierw jechaliśmy wzdłuż którejś z zatok, gdzie ku jej wodom opadały zbocza pobliskich wzgórzy i gór. Pogoda cudowna. Krajobraz przybrzeżny został zastąpiony do podobnego Bieszczadom, tylko zdecydowanie bardziej dzikim i bardziej kolorowym. W końcu nie wiedziałem, czy to co rosło na polach zasadzał człowiek, czy robiła to matka natura.

Po około 100 kilometrach pojawił się drogowskaz, że do parku jest w jakieś 18  kilometrów. Ale ja przecież miałem google pokazujące coś innego. W końcu zgodnie z planem (i z mapą google) dojechaliśmy przed 12tą do miejsca, gdzie powinna być zapora. No i podobnie jak z Portem Arthur. Miejsce okazało się tylko miejscem na mapie. Przejechaliśmy jeszcze ze 25 kilometrów i postanowiliśmy wracać. W międzyczasie znalazłem na mapie, że zapora jest od nas o 3 godziny z okładem i gdybym skręcił, tak jak mi podpowiadał pierwszy drogowskaz do Parku, to byłoby akurat.

Wracając, musieliśmy wyminąć kilkudziesięciu kolarzy, którzy w asyście policjantów zmierzali do jakiejś mety. Ponieważ nie wiedziałem jak wymija się w Australii kolumny eskortowane przez policję, postanowiłem poczekać na pierwszy samochód jadący za nami, żeby się do niego „przykleić” i jakoś wyminąć razem z nim poszarpaną, kilkukilometrową kolumnę kolarzy. Czekałem i czekałem i nic. W końcu pomyślałem, że „raz kozie śmierć” i do przodu… Dojechałem do końca pierwszej krótkiej kolumny, przed którą na motorze jechał policjant. W dogodnej chwili wyprzedziłem wszystkich, ale zobaczyłem jak policjant na motocyklu na sygnale świetlnym pędzi za mną. Wyprzedził mnie i w chwili, kiedy coś pokazał ręką, zrozumiałem, że nie zamierza mnie zatrzymać tylko będzie mi pomagał. Z jego pomocą (cały czas jechał przede mną i pokazywał, kiedy mogę wyprzedzać) wyprzedziłem całą kolumnę… Tak wygląda pomoc policji w Australii.

Następnie już niespiesznie, wracaliśmy zatrzymując się we wszystkich pominiętych wcześniej uroczych miejscach. Nad urokliwą laguną Bronte, nad jeziorem Blake. Prawdziwą ciekawostkę zobaczyliśmy w Tarralelah gdzie poukładane były dziwne rury olbrzymiej średnicy (orła polskiego nie zauważyłem). Żeby ciągnęły się tylko do góry i w dół to powiedziałbym, że to elektrownia szczytowo pompowa. Ponieważ leżały również poziomo, to nie wiem, po co tam były. Myśleliśmy, żeby gdzieś się zatrzymać i cos zjeść, a ogóle kombinowałem, by zdążyć na zaporę. W ten sposób dojechaliśmy do Russell Falls.

Wodospad Russell Falls cudny. Tu jest wszystko cudne. Góry, doliny, lasy, przecinki, jeziora, rzeki i wodospady. Mam wrażenie, że gdy to ktoś czyta, to myśli o mnie, że jestem zmanierowany facet. Ale jak jest cudnie, to jak to inaczej nazwać? Było po 17:00, gdy postanowiliśmy wracać do domu. Głodni jak wszyscy diabli. Ale ponieważ pogoda sprzyjała, widać było szczyt Wellington (na następny dzień zapowiadali deszcz) podjęliśmy błyskawiczną decyzję – jedziemy. W sam czas. Akurat zaczynało zanosić się na deszcz, a widok z Wellington na Hobart, wybrzeże i okolice……. upssss nie powiem znowu tego co zawsze …….. taki !!!!!!!!!!.

Myślę że szczęściem jest w życiu oglądać widoki podobne do tego z Wellington. Tym razem naprawdę głodni zjechaliśmy z góry i w otwartym jeszcze sklepie  Coles kupiliśmy chlebek i ciasteczka, a w „seafish” dwa razy fish and chips i take away – do domu. Jak miejscowi. Jakość dań nas (zwłaszcza mnie gdyż wiem jak niesmaczne bywa fish and chips) zaskoczyła. Smakowało jak normalna ryba z frytkami.

Konkluzja dnia: „wypoczywając w ten sposób (przejechałem ponad 500 km bez jedzenia) to my się wykończymy”.

Ostatni dzień na Tasmanii

Ostatni dzień na Tasmanii zaczęliśmy od wizyty na mszy w pobliskim kościele co nie byłoby pewnie warte osobnego wspomnienia gdybym nie wysypał kasy z tacy……. ups. Posypała się kasa na podłogę podczas przekazywania koszyka i wszyscy dokoła zaangażowali się w jej zbieranie. Po mszy, ponieważ pogoda na Tasmanii nie była najgorsza, postanowiliśmy pojechać do oddalonego o ponad 110 kilometrów Swansea. Nazwa miasta kojarzy mi się z poprzednim klubie Premier League, w  którym bronił Łukasz Fabiański.

Najpierw piękna droga pomiędzy górami, wzdłuż rzeki Prosser do Orford, a potem przez półwysep i już samym brzegiem morza do Swansea. Prawie się nie zatrzymywaliśmy – postoje zostawiliśmy sobie na drogę powrotną, a Małżonka wypatrywała diabłów tasmańskich. Poza krowami i owcami udało nam się wypatrzyć pięknego ptaka (nie zdążyłem mu zrobić zdjęcia) o nieznanej nazwie. W Swansea spacer po uroczym miasteczku nad morzem i droga powrotna samochodem do Hobart. I tutaj powinienem wstawić całą linijkę wykrzykników żeby opisać to, co widzieliśmy. Jak zawsze widoki niezapomniane. Chwilami podobne do widzianych na Great Ocean Road.

Nie wróciliśmy od razu do domu tylko pojechaliśmy do Hobart, gdzie tak naprawdę jeszcze nie byliśmy. Zmobilizowały mnie – przeczytane poprzedniego dnia – wpisy w internecie. Wpisujący zachwycają się atmosferą, architekturą,  itp. Nie powiem, Salamanca Square klimatyczna, ale przejażdżka samochodem po centrum raczej mi się nie podobała, gdyż widziałem – moim zdaniem nie do zaakceptowania – olbrzymi bałagan architektoniczny powodujący, że obok prawdziwych perełek pobudowano budynki potwory. Za  to zjedliśmy dobre Tiramisu w knajpce przy Salamaca Street i …. zgubiliśmy samochód. Gdy od niego odchodziliśmy skonstatowałem fakt, że nie zarejestrowałem początku naszej drogi. Na koniec, w drodze powrotnej, udało mi się jeszcze znaleźć miejsce do zrobienia mi fotografii na tle imponującego mostu w Hobart. Most jest super. Zamiast diabla wysłałem wszystkim do Polski zdjęcie krowy i próbowałem wmówić, że dorosły diabeł to czarna krowa. Ale nie chcieli mi – nie wiem dlaczego – uwierzyć.

Na  koniec – już po powrocie do apartamentu – „uciekłem” posiedzieć na ławce przy plaży oddalonego o 100 metrów brzeg oceanu po to, by w spokoju spisać doznania mijającego dnia. Zaczęło znowu mocno wiać, ale ja tak jak mewy, które traktowały mnie po kilkunastu minutach jak swojego i łaziły dokoła, nic sobie z wiatru nie robiłem

Lot z Hobart do Brisbane

Wyruszyliśmy do Brisbane. Po raz pierwszy udało nam się nie płacić za nadbagaż. No i na lotnisku podjąłem próbę odprawienia się samodzielnie. Ale w Hobart odprawa wygląda inaczej niż w Melbourne. Owszem, można sobie w kiosku wydrukować bilety, ale nie ma automatycznej taśmy więc i tak trzeba podejść do check in’u gdzie siedzi „żywy” człowiek.

Na marginesie. Doszliśmy z moją Drugą Połową do wniosku, ze Australijczycy traktują samoloty tak jak my traktujemy autobusy. Nie potrzeba absolutnie nic oprócz numeru rezerwacji, aby odebrać bilet, nadać bagaż, polecieć samolotem. Oznacza to prawdopodobnie, że weryfikacja – jeżeli w ogóle następuje – dokonywana jest w momencie zakupu biletu. Świadczyć o tym może moja przygoda z rejestracją karty telefonicznej w Australii. Skoro miałem wydaną wizę na dane z błędnym imieniem, to ciągnęło się to za mną do końca wyjazdu. Na lotnisku ceny – w przypadku artykułów codziennej potrzeby – takie same lub podobne jak w sklepie za rogiem, a nie 3 – 5 większe jak to bywa u nas.

Nowość na lotniku w Hobart – przy sprawdzaniu bagażu na bramkach wyciągnęli mi kosmetyki i sprawdzili je. Po raz pierwszy podczas naszego podróżowania. Za to cola w butelce po wodzie nikogo nie zainteresowała.

Wyspa Tasmania

Ponieważ opuszczaliśmy wyspę, zwyczajowo czas więc na podsumowanie Tasmanii.

To na Tasmanii chyba było dotąd najładniej. Tyle już opisałem ochów i achów, że w tym miejscu napisze tylko, że brak Tasmanii w naszym programie zdecydowanie zubożył by nasz pobyt w Australii. Czego nie widzieliśmy i mi szkoda? Takie podróże wymagają pewnej równowagi pomiędzy tym, co warto zobaczyć, co trzeba zobaczyć i co się na pewno zobaczy. Bardzo łatwo zamienić taki pobyt w wyścig pod tytułem „co udało nam się zaliczyć” (na marginesie – podczas pisania tych słów mocno  bujało w samolocie). Ani to fajne ani budujące i czasami warto usiąść i popatrzeć na krajobrazy i odpuścić sobie kolejne ciekawe miejsca tym bardziej, że wystarczająco dużo można poczytać w internecie, traktując te informacje jako uzupełnienie eskapady. Trochę mi szkoda ze nie zobaczyliśmy zapory Gordona i diabła tasmańskiego na żywo ale… Jak to zawsze mówimy? Dobrze mieć dokąd i po co wrócić.

Spostrzeżenia o ludziach w Australii. Ale nie o tym jacy są, tylko jak wyglądają. Czyli subiektywne plotki na temat ubioru i urody. W kościele – podczas niedzielnej mszy w Hobart – obok mnie siedział facet około 35 a 40 lat, wzrost około 180 centymetrów, waga około 150 kilogramów. Ubrany w takie nasze polo (nie pierwszej świeżości) i krótkie spodenki które mu spadały z tyłu pupy, gdy się podnosił. Na lotnisku w Hobart para. On około 25 lat (buty traperki, walizka stylizowana na lata 90, spodnie długie zawinięte na łydkach, jakiś sweter, czarny paltocik – taki jesienny), ona podobnego wieku niebrzydka (jej cera wskazywała na to, ze nigdy nie używała kosmetyków), ubrana podobnie – jej spodnie wyglądały tak, jakby właśnie wyszła na podwórko farmy. Niektóre dziewczyny w Australii starają się być oryginalne, ale jest to wyłącznie w zakresie piercingu i tatuażu. Brak jakichkolwiek reguł, czy w ten sposób postępują ładne czy nieładne, grube czy chude. Obrazek dziewczyny podobnej do kelnerki w Swansea – rudo czerwone włosy, odważny makijaż, czerwone szminkowane usta, zwracająca wyglądem (raczej pozytywnie wyzywającym) na siebie uwagę – według mnie to rzadkość. Standard ubrania to: po pierwsze wygodnie, po drugie prosto i minimalistycznie, po trzecie dziwacznie (mam na myśli połączenia rożnych ciuchów). Jeśli do tego dodamy – w przypadku kobiet – co najmniej inne niż w Polsce wzorce urody i zadbania, bardzo często otyłość, to nasze panie są super. Nie jest to próba opisu świata przez seksistę, lecz ogląd tego świata z daleko idącym staraniem, aby tego seksizmu nie było. Rodziny na spacerze często powodowały u nas dość zaskakujące wizualne doznanie, że po ślubie to dopiero (w zakresie ubioru) wszyscy mają wszystko w nosie. Rozmemłane dresy, rozciągnięte spodnie i bluzki w połączeniu (znów o tym pisze, ale to się rzuca w oczy) z powszechną otyłością nie robi najlepszego estetycznego wrażenia.

Na koniec muszę stwierdzić, ze w Tasmanii kierowcy jeżdżą trochę inaczej niż w Australii kontynentalnej. Bardziej dynamicznie. Przejawia się to może nie większymi prędkościami (w tym zakresie Australijczycy są wszędzie akuratni), ale chociażby odważniejszym wyprzedzaniem, czy włączaniem się do ruchu z dróg podporządkowanych. Tym razem nikt na mnie nie trąbił mimo, że przejechałem prawie 1300 km. Mam już 3000 lewostronnych kilometrów na liczniku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *