kobiecy.pl

Wyspa Kangurów (Kangaroo Island), Australia

Wyspa Kangurów w Australii

Wikipedia

Co zobaczyć na Wyspie Kangurów? Kiedy odwiedzić jedną z największych wysp Australii? Jak kształtuje się pogoda na Kangaroo Island? Sprawdź, zanim pojedziesz!

Wyspa kangurów: pogoda

Mówiąc o pogodzie na Wyspie Kangurów musimy pamiętać o tym, że w Australii pory roku są odwrócone. Zima na Kangaroo Island zaczyna się w czerwcu, a kończy we wrześniu i to na te miesiące przypada większość opadów. Przeciętnie temperatura w tych miesiącach waha się między 13°C a 16°C. Najlepszą porą na zwiedzanie wyspy zapewne jest wiosna i jesień. Latem jest ciepło i sucho, jednak słupek rtęci rzadko przekracza 35°C. Najgorętszym miesiącem w roku jest luty.

Wikipedia

Wyspa Kangurów: co zobaczyć?

Kangaroo Island jest trzecią co do wielkości wyspą, po Tasmanii i wyspie Melville’a, w Australii. Leży około 110 kilometrów od Adelaide. Na wyspie znajduje się kilka rezerwatów przyrody z największym i najbardziej znanym – Flinders Chase National Park. Kangaroo Island jest jedną z najpopularniejszych atrakcji turystycznych południowej Australii, przyciągając ponad setki tysięcy odwiedzających każdego roku.

Najbardziej popularnymi atrakcjami turystycznymi na Wyspie Kangurów są m.in.:

Smakoszom Wyspa Kangurów oferuje szereg gospodarstw, które sprzedają miód od pszczół. Było więc co zwiedzać, a do mnie jedynie należał wybór „co”, podczas jednodniowego pobytu.

Wyjątkowo kiepsko spaliśmy – chyba jakieś żyły wodne (?) – więc już o 8:30 gotowi byliśmy do wyjazdu, tak, że o 10:15 dojechaliśmy do Flinders Park. Byłem trochę zdezorientowany, gdyż wokoło chodzili wyłącznie ludzie ubrani jak do trekkingu. Patrząc na nich, my wyglądaliśmy jak dwa „stróże w Boże Ciało”, ubrani bez sensu. Sandałki, spodenki i koszulki na ramiączkach. A na planie okolicy w Visitor Center wyraźnie było widać, że do naszych atrakcji jest 15 kilometrów. Wydawało się, że jest „kicha”. Poszedłem do informacji zapytać dokąd – w pobliżu Visitor Centre – możemy iść na spacer i dopiero tam kobieta otworzyła mi oczy na fakt, że te 15 kilometrów mogę po prostu przejechać samochodem.
Więc później cały dzień było cudnie.

Wyspa Kangurów w Australii: atrakcje

W zasadzie na tym powinienem skończyć opis tego dnia, ale naprawdę – wszędzie gdzie pojechaliśmy – było po prostu cudnie. Najpierw Admirals Arch: piękny przylądek ze skałami wychodzącymi w morze, a na skalach wylegujące się lwy morskie. Widoki przepiękne. Na przylądku latarnia morska, której odpuściliśmy ze względu na deszcz, który zaczął padać.
Z przylądka udaliśmy się na Remalkable Rocks – układu gigantycznych skał koloru czerwonego, schodzących z lądu do morza. Tych wrażeń wzrokowych nie da się opisać.
Wróciliśmy do Visitor Centre, a tam na drzewach siedziały sobie trzy misie koala. Na zdjęciach wyglądały jak sztuczne, więc nakręciłem filmik, na którym jeden z „misiów” chyba nawet śpiewa. Jedynym mankamentem tych spacerów były dokuczliwe muchy. Obrzydzały nam piesze wędrówki podczas całego dnia.

Pojechaliśmy do Kelly Hill Caves na Kangaroo Island, ale w końcu nie weszliśmy do jaskiń. Temperatura przekroczyła już 35 stopni, muchy zachowywały się nieobyczajnie, więc i my chyba mieliśmy kryzys. Kolejnym naszym przystankiem była Seal Beach. Za 16 dolców od łba weszliśmy i obejrzeliśmy po raz drugi lwy morskie. Tym razem leżące na plaży. Setki sztuk. Australijczycy są mistrzami w pokazywaniu turystom tego, co mają. A mają niesamowitą przyrodę. Po raz kolejny byłem pod jej wrażeniem.

Wikipedia

Z Seal Bay pojechaliśmy do Kingscote – głównego miasta Wyspy Kangurów. Według Wikipedii żyje tam około 1400 miejscowych. Miasteczko jak z amerykańskiego filmu. Kolorowe, stateczne, senne. Wypiłem piwo, a Małżonka lampkę wina i zrobiliśmy zakupy. Wracając do domu rozglądaliśmy się w poszukiwaniu biegających na wolności kangurów bo wszystko tutaj widzieliśmy, ale kangura na wolności nie. Z piętnaście kilometrów przed domem był!!! Siedział przy drodze i dopiero podczas robienia mu zdjęć wstał i udał się za krzaki. Po chwili pojawiły się kolejne kangury. Tak więc – zrealizowaliśmy nasz plan w 100% – zobaczyliśmy wszystko, co trzeba było widzieć na Kangaroo Island.

Co więcej okazało się, że obok w domku też mieszkali Polacy. Jak my – na urlopie od trzech tygodni, Podobnie jak my, podróżowali – trasą tylko, że od Brisbane do Adelaide. Rodzice z córką i zięciem. Od ojca dowiedziałem się, że muchy są tutaj zjawiskiem wiosennym i ten czas szybko przeminie. Dodatkowo opowiadał mi o lasach deszczowych, co – nie ukrywam – mnie zaciekawiło. Postanowiłem koniecznie sprawdzić tę informację. Gdzie one są? Te lasy deszczowe.

I znowu nie mieliśmy planów na następny dzień, dokąd jechać, gdzie nocować. Tak miało być przez kolejne dni.

Opuszczamy Wyspę Kangurów…

Już o 9:30 gotowi byliśmy do wyjazdu z Boudin Beach – naszej kwatery na Kangaroo Island. A wiec lajtowo, biorąc pod uwagę, że prom zaplanowany był na 11:30. Moja Druga Połowa po drodze znowu zobaczyła dwa kangury, więc zawróciliśmy, ale kangury uciekły w krzaki. Przeczekały  niebezpieczeństwo, czyli nas, i pewnie potem wyszły.

W Penneshaw (miejsce gdzie znajdowała się przystań promowa) zatankowałem trochę paliwa do samochodu i dalej na prom w nadziei, ze załapiemy się na wcześniejszy niż ten, na który mieliśmy wykupiony bilet. Nic z tego. Popłynęliśmy więc planowo, a czas wykorzystaliśmy na zarezerwowanie noclegu w Kingston SE, które położone jest około 370 kilometrów od Cape Jervis. Czyli określiliśmy swój cel do osiągnięcia w ciągu nadchodzącego dnia.

Fajnie tak płynąć sobie promem w kolejne nieznane. Do Cape Jervis mieliśmy niespełna 15 km przez Ocean Południowy. Ale to brzmi. O c e a n   P o ł u d n i o w y. Kiedyś w ogóle nie wiedziałem, że jest taki ocean. Niezbadane są wyroki Najwyższego. Z Cape Jervis ruszyliśmy w kierunku Melbourne przez Victor Harbor. W Victor Harbor – jak już pisałem – podobno można spotkać pingwiny. Prognoza pogody nas nie rozpieszczała. Zapowiadała pod koniec dnia deszcz w Kingston. Kolejnego dnia, w drodze do Warrnambool,  raczej też  i kolejnego, w drodze do Melbourne, podobnie. Ale jak to będzie, jak już się niejednokrotnie przekonaliśmy, miało się okazać później.

Victor Harbor: wyspa pingwinów

Po zjechaniu z promu, na początek przejechaliśmy 60 km do Victor Harbor. Parotysięczna, fajnie wyglądająca miejscowość. Jak to jest, że w Australii wszystkie podobne do Victor Harbor wielkości miejscowości wyglądają jakby były zbudowane z gotowych zestawów możliwych do kupienia w Ikei? Wszystko jest jakby poukładane. I jeżeli jest chociażby skrawek czegokolwiek, co mogłoby być wykorzystane jako atrakcja turystyczna, to się zrobi. Tak jest w Victor Harbor.

Wyspa oddalona o paręset metrów została połączona drewnianym mostem z lądem. Na moście kursujący tramwaj konny. Wyspa przystosowana do pieszej wycieczki, trasa około 1500 metrów. Urozmaicona dodatkowo czymś co „robi” tutaj za eksponat sztuki (za szereg eksponatów). Nic przy tym z „klimatów” Disneylandu i wyjątkowo wszystko – poza tramwajem – za darmo. O ile dobrze dostrzegłem –  nieopodal wyspy jakiś – umocowany na morzu sztuczny twór, który „robi” za restaurację. Spędziliśmy sympatyczne około dwóch godzin, popatrzyliśmy na pingwiny i dalej w drogę do Kingston.

Dalej, w drogę!

Nie licząc – niespodziewanej dla nas – przeprawy promem przez rzekę Murray, po około 150 kilometrach dotarliśmy do Meningie, w którym zrobiliśmy zakupy i zjedliśmy spóźniony lunch. W miasteczku wszystko wyglądało podobnie jak w innych, do tej pory mijanych. Przejechaliśmy kolejne 150 kilometrów i Kingston SE. Przy wjeździe olbrzymi pomnik homara – w Australii takie twory to norma.

Nie byłem zdziwiony, że na ostatnim etapie naszej podróży nie wyprzedził nas nikt, a minęło nas z naprzeciwka może 20 – 30 samochodów. Przyzwyczajałem się, że największym wyzwaniem podczas jazdy w Australii są chyba zwierzęta. Podczas jazdy mały ptak wpadł mi na przednią szybę – aż strach pomyśleć co by było, gdyby to był większy…. Bez problemu znaleźliśmy zamówiony nocleg. Za 115 AUD, mający 120 – 140 metrów luksusowy apartament. Przesympatyczni gospodarze i niespełna 50 metrów (przez wydmę) do morza. Życie jest piękne!

Kolejnego dnia nie mieliśmy zbyt ambitnych planów. Dojechać do Warrnambool o takim czasie, aby następnego dnia od razu ruszyć na Great Ocean Road. Wyjechaliśmy o 10:00, więc wydawało się, że o 13:30 będziemy na miejscu. Ale poszło nie tak jak myśleliśmy, bo około 12:00 zatrzymaliśmy się na kawę w Mount Gambler i zeszła godzinka. Potem zdziwiony zauważyłem, że czas przyspieszył, a to na granicy Victorii czas „przeskoczył” o pół strefy czasowej.

W ogóle warto odnotować, że dotarliśmy w Australii do kolejnego, czwartego stanu. Byliśmy kolejno w Nowej Południowej Walii,  potem w Australii Zachodniej, Południowej, no i Wiktoria. Jechaliśmy to w strugach deszczu, to w słońcu. Chwilami było 12 stopni ciepła, a po chwili już 18. Szalony kraj. Olbrzymie przestrzenie, w ogóle olbrzymie wszystko. Jak stado krów to dziesiątki, jak owiec to setki. Winnice obejmujące setki, może tysiące hektarów. Majestatyczne pola z samojezdnymi podlewaczkami o ramionach chyba 50 metrowych, co w sumie potrafi dać 200  – 300 metrów szerokości podlewania.

Będąc w Mont Gambler, zarezerwowaliśmy motel usytuowany na początku Ocean Road, czyli w Allansford. Warunki motelowe niezłe przy rozsądnej cenie, co stwierdziliśmy po przybyciu. Ale byłem zmęczony. Zmęczeni, poczekaliśmy na otwarcie baru, aby coś zjeść. Kuchnie w barze otwierali dopiero o 18:00, więc od razu po kolacji postanowiliśmy iść spać (oczywiście przedtem miałem do przygotowania plan podróży na następny dzień).

Czytaj dalej: Podróż Great Ocean Road

Exit mobile version