Makijaż dzienny krok po kroku

Makijaż dzienny: jedne z nas w ogóle go nie robią, inne zmagają się z nim co rano. Jak zrobić go tak, by podkreślić atuty i ukryć niedoskonałości, a jednocześnie nie stracić cennego czasu.

Makijaż dzienny – poranne wyzwanie dla wielu z nas

Makijaż dzienny powinien być naturalny i właściwie niewidoczny. Jego celem jest ukrycie niedoskonałości i podkreślenie urody. Taki make-up powinien ukryć zmęczenie i absolutnie nie może podkreślić zmarszczek. W teorii to wszystko wydaje się proste i oczywiste, ale wiele Polek ma problem z wykonaniem makijażu dziennego.

Makijaż dzienny krok po kroku

Makijaż dzienny wykonasz w kilku prostych krokach. Najważniejszym etapem jest przygotowanie cery do makijażu. Zacznij od przetarcia twarzy wacikiem zwilżonym tonikiem, który przywróci jej właściwe PH. Następnie nałóż krem nawilżający. Dopiero kolejnym etapem jest wyrównanie kolorytu cery oraz ukrycie niedoskonałości. Na czym jeszcze powinnaś się skupić?

1. Makijaż twarzy

Podstawą nieskazitelnego codziennego wyglądu jest piękna i lśniąca cera. By uzyskać ten efekt zastosuj bazę rozświetlającą. Sięgnij po kosmetyk, którego skład nie jest oparty na obciążającym cerę silikonie. Takie produkty w swojej ofercie ma m.in. NYX lub Smashbox. Kolejnym krokiem w makijażu dziennym jest dobór właściwego podkładu i pudru.

2. Podkład w makijażu dziennym

W swojej kosmetyczce powinnaś mieć dwa podkłady. Pierwszy z nich, przeznaczony do makijażu dziennego, nie może być zbyt ciężki. Jego zadaniem jest tworzenie wrażenia naturalnie pięknej cery. Drugi kosmetyki służący do makijażu wieczorowego powinien zapewnić mocniejsze krycie i matowienie. Warto też wymienić stosowany dotychczas puder prasowany na sypki. Dlaczego? Ten ostatni jest lżejszy, dzięki czemu nie podkreśla zmarszczek i linii mimicznych.

3. Makijaż oka na co dzień

Makijaż oka nie powinien być zbyt widoczny. Makijaż dzienny opiera się na pastelach i brązach bez błyszczących drobinek. Wystarczy nałożyć jaśniejszy cień na całą powiekę, zaś jej załamanie musnąć odrobinę ciemniejszym kolorem. Lubisz przyciągające wzrok detale? Postaw na wyrazistą, graficzną kreskę! Na koniec wytuszuj rzęsy i koniecznie uczesz brwi.

Makijaż dzienny
Makijaż dzienny krok po kroku (Shutterstock)

4. Dziewczęcy błyszczyk czy matowa pomadka?

Modne ostatnio matowe pomadki są świetnym pomysłem na co dzień. Możesz sięgnąć po naturalne kolory lub zaszaleć z fuksją lub mocną czerwienią. Jeśli usta mają mocny kolor, raczej zrezygnuj z wyrazistego makijażu oczu. Zawsze warto też mieć przy sobie błyszczyk – to sprawdzony sposób na wykończenie naturalnego i świeżego makijażu dziennego.

Szybki makijaż – ratunek dla zabieganych kobiet

Chyba każda z nas ma takie dni, kiedy musi szybko wyjść z domu, ale chce też dobrze wyglądać. Niekiedy zdarza się też, że jesteśmy spóźnione i nie mamy czasu na zbyt długie upiększanie się. Ratunkiem w takich sytuacjach może być szybki makijaż na co dzień i nie tylko. Prosty i szybki make up sprawdzi się także do pracy lub na uczelnię. Jeśli więc jesteś jedną z tych kobiet, które lubią zawsze wyglądać super, a wiecznie mają za mało czasu, to specjalnie dla Ciebie wyszukaliśmy najlepsze tutoriale, które nauczą cię, jak wykonać szybki i łatwy makijaż na różne okazje. Zobacz i już nigdy się nie spóźniaj!

Jak zrobić szybki makijaż?

Szybki makijaż dzienny

Szybki makijaż na co dzień nie wymaga zbyt wiele pracy, gdyż zazwyczaj nie jest on skomplikowany. Dzienny makijaż polega przede wszystkim na zamaskowaniu niedoskonałości skóry oraz ładnym i delikatnym podkreśleniu oczu i ust. Nie musisz więc tracić czasu na konturowanie czy modelowanie twarzy. Te triki zostaw na imprezy lub dni, kiedy masz więcej czasu. Oto kilka najciekawszych pomysłów, jak zrobić dzienny makijaż w 5 minut:

 

Szybki makijaż do pracy

A jak wykonać szybki makijaż oczu i nie tylko do pracy? To możliwe. Do pracy również nie powinnaś się malować zbyt mocno, więc makijaż będzie przypominał nieco ten codzienny. Jednak w makijażu do pracy zrezygnuj z jaskrawych szminek, bronzera oraz zbyt kolorowych cieni do powiek. Uważaj też na rozświetlacz i róż, aby nie przesadzić. Makijaż do pracy ma za zadanie dodać ci klasy i sprawić, że będziesz wyglądać świeżo, schludnie i elegancko. Oto kilka interesujących przykładów takich szybkich makijaży:

Czy wiesz już jak wykonać ładny i szybki makijaż na co dzień? A może ty sama masz jakieś swoje ulubione triki, które pomagają ci walczyć z codziennym brakiem czasu? Prosty makijaż zawsze wygląda uroczo, kobieco i świeżo. Warto więc nauczyć się go wykonywać.

Czerwona sukienka: Jakie dodatki?

Czerwona sukienka to zdecydowanie jedna z odważniejszych pozycji tej jesieni. Każda z nas może znaleźć dla siebie odpowiedni fason oraz odcień czerwieni. Jak to zrobić? I jakie dodatki dobrać do czerwonej sukienki?

Czerwona sukienka nie tylko na wyjątkowe okazje!

Czerwona sukienka kojarzy nam się z wyjątkowymi okazjami takimi jak randka czy impreza. Czas ją odczarować! Jeżeli szukasz czegoś bardziej stonowanego, wybierz ceglastą czerwień, marsalę lub bordo. Te kolory sprawdzą się też w stylizacjach do pracy. Intensywna, soczysta czerwień czy malinowy odcień to propozycje do bardziej odważnych stylizacji. A jaka czerwona sukienka będzie najodpowiedniejsza dla Ciebie?

Czerwona koronkowa sukienka

Czerwona sukienka koronkowa to jeden z najmodniejszych wyborów, który sprawdzi się zarówno na imprezy, jak i przyjęcia. Prawdziwy klasyk, którego ognistą naturę ugaszą spokojniejsze dodatki. W bardziej stonowanej wersji możesz wybrać sukienkę z delikatnymi koronkowymi wstawkami na dekolcie czy po bokach. Umiejętnie zastosowane pomogą skorygować wady sylwetki i ukryć co nieco.

Czerwona rozkloszowana sukienka

Czerwona sukienka o kroju litery A to opcja, dla pań, które chcą w prosty sposób wymodelować sylwetkę. Rozkloszowana sukienka świetnie maskuje zbyt obfite lub za chude biodra, nadając dobrych proporcji. Czerwony kolor odwróci uwagę od niedoskonałości sylwetki.

Rozkloszowane czerwone sukienki, od lewej: Chi Chi London (dwie) i Anna Field (fot. zalando.pl)
Rozkloszowana czerwona sukienka, od lewej: Chi Chi London (dwie) i Anna Field (fot. zalando.pl)

Dodatki do czerwonej sukienki – jakie kolory wybrać?

Czerwona sukienka to dokonały wybór na wiele okazji – od randki, po wielkie wyjścia. Mówi się, że każda elegancka kobieta powinna mieć w szafie małą czarną oraz czerwoną sukienkę. Te dwa ubrania zawsze zapewnią doskonały wygląd. A jakie dodatki do czerwonej sukienki pasują najbardziej? Do czerwieni pasują oczywiście wszystkie neutralne barwy z czernią i bielą na czele. Świetnie wygląda również granat, kobalt, ciemniejsze odcienie szarości, oraz nude. Czerwony kolor będzie dobrze prezentował się też w pastelowym towarzystwie. Z kolei z zielenią i różem stworzy odważny kontrast.

Wśród najbardziej popularnych kolorów, które pasują do czerwonej sukienki wymienia się takie barwy jak:

  • czerń
  • beż
  • srebro
  • złoto
  • granatowy

Jednak najbardziej popularne i najbardziej stylowe są trzy z wyżej wymienionych połączeń. Oto one:

Czarne dodatki do czerwonej sukienki

Najbardziej klasycznym i najbezpieczniejszym połączeniem jest zestawienie czerwieni z kolorem czarnym. Jeśli więc właśnie planujesz swoją stylizację, to pamiętaj, że najlepsze buty do czerwonej sukienki, to te w kolorze czarnym. Mogą to być czółenka albo botki – obojętnie czy będą wykonane z gładkiej lub zamszowej skóry. Dobrym wyborem są też modele lakierowane. To samo dotyczy torebek. Czarna torebka nie będzie się rzucać w oczy i świetnie uzupełni całe zestawienie. Oprócz tego możesz też założyć czarny pasek, który podkreśli i wyszczupli talię.

czarne dodatki do czerwonej sukienki
Czarne dodatki do czerwonej sukienki / Zalando.pl

Beżowe dodatki do czerwonej sukienki

Drugą opcją są dodatki w kolorze beżowym albo w odcieniu nude. Jeśli do czerwonej sukienki założysz buty w tym kolorze, to uzyskasz bardzo fajny efekt optycznego wydłużenia nóg. Celtisy kolor sprawia, że buty jakby zlewają się z kolorem skóry, dlatego nogi wydają się być dłuższe. Beżowa torebka również ładnie wkomponuje się w stylizację. Beżowe dodatki sprawią, że to sukienka będzie w centrum uwagi. Jeśli chodzi Ci o taki efekt, to ten wybór będzie idealny.

beżowe dodatki do czerwonej sukienki
Beżowe dodatki do czerwonej sukienki / Zalando.pl

Srebrne lub złote dodatki do czerwonej sukienki

Jeśli jednak chcesz nieco ożywić całe zestawienie i wybierasz się, na przykład na imprezę w klubie, sylwestra albo na karnawałowe szaleństwo, to doskonałym wyborem okażą się srebrne lub złote dodatki. Sprawią, że będziesz lśnić i będą pełnić funkcję dodatkowej biżuterii. W tym sezonie to niezwykle stylowe połączenie.

złote i srebrne dodatki do czerwonej sukienki
Złote i srebrne dodatki do czerwonej sukienki / Zalando.pl

Dodatki do czerwonej sukienki

Przy doborze dodatków wiele zależy od tego, na ile odważną stylizację chcemy stworzyć. Czerwień jest intensywnym kolorem, którzy rzuca się w oczy (nawet jeśli zdecydujemy się na przygaszony odcień). Dlatego najodpowiedniejsze na co dzień będą skromne lub minimalistyczne akcesoria, takie jak klasyczna torba na ramię w jednym kolorze i nierzucające się w oczy czółenka. Nic nie stoi na przeszkodzie, jednak by eksperymentować i tworzyć wielobarwne stylizacje, o ile starczy Ci odwagi i wyczucia smaku. Czerwona sukienka doskonale prezentuje się np. w total looku, a jeśli połączysz różne odcienie i faktury – stworzysz nietuzinkową, wielowymiarową stylizację.

Czerwona sukienka stylizacje na każdą kieszeń

Jak wykorzystać tę wiedzę w praktyce i jak nosić czerwoną sukienkę? Gotowe stylizacje na każdą kieszeń to nasze propozycje, które możesz wykorzystać na różne okazje. Przygotowałyśmy zarówno spokojny, stonowany zestaw z wykorzystaniem czerwieni i neutralnych barw (zestaw do 200 zł), jak i odważniejsze propozycje. Czerwona sukienka i dodatki w tym samym kolorze to seksowna, bardzo wyrazista propozycja. Stylizacje z czerwoną sukienką zwykle rzucają się w oczy, jednak to w total looku osiągniemy najbardziej wyrazisty efekt. Ostatnia nasza propozycja to zestaw na imprezę np. wesele, gdzie potrzebujemy eleganckiej kreacji koktajlowej. Czerwona sukienka stylizacje to przede wszystkim kobiece zestawy, wśród których każda z nas będzie mogła się odnaleźć, łatwo dopasowując dodatki do swojego gustu.

  • Czerwona sukienka i beżowe buty (zestaw za mniej niż 200 zł)
Czerwona sukienka stylizacje do 200 zł (kolaż redakcja, materiały zalando, ceneo)
Czerwona sukienka stylizacje do 200 zł (kolaż redakcja, materiały zalando, ceneo)

 

  • Czerwona sukienka, czerwone buty – total look (zestaw za mniej niż 300 zł)
Czerwona sukienka stylizacje do 300 zł (kolaż redakcja, materiały zalando, ceneo)
Czerwona sukienka stylizacje do 300 zł (kolaż redakcja, materiały zalando, ceneo)
  • Czerwona sukienka na wesele: jakie dodatki? (zestaw za mniej niż 500 zł)
Czerwona sukienka stylizacje do 500 zł (kolaż redakcja, materiały zalando)
Czerwona sukienka stylizacje do 500 zł (kolaż redakcja, materiały zalando)

Wśród naszych propozycji stylizacji z czerwoną sukienką nie znalazłyście takiej, która by wam odpowiadała? Spróbujcie innych połączeń! Czerwona sukienki i karmelowe lub czarne buty to najbardziej klasyczne zestawienie, które pasuje na każdą okazję. Czerń podkreśli seksapil, a odcienie beżu – naturalność. Oba kolory świetnie wysmuklą nogi, nawet jeśli nie sięgniemy po wysokie obcasy. Jakie buty jeszcze będą dobrze wyglądać? Ciekawie będzie prezentować się granat, zieleń, róż, cytrusowe odcienie oraz szarości.

Równie ważne, co buty są także torebki. To one często są kropką nad i naszej stylizacji. Do czerwonej sukienki świetnie sprawdzi się torebka w zbliżonym odcieniu. Dzięki temu bez względu na pozostałe akcesoria uzyskamy bardzo spójny look, który przyciąga uwagę. Inną ciekawą propozycją będą oczywiście neutralne barwy jak: czerń, biel, granat, brąz i szary. Śmiało – eksperymentuj!

Sukienka pudrowy róż: jakie buty i dodatki?

Niewiele jest bardziej ponadczasowych ubrań niż sukienka w pudrowym różu. Jakie dodatki: buty, torebki, biżuteria pasują do sukienki w kolorze pudrowy róż? Sprawdźmy to!

Sukienka pudrowy róż: jakie dodatki i buty?

Pudrowy róż to delikatny, przydymiony odcień różu. Nie ma w sobie nic z naiwności albo cukierkowej słodkości. Jest kolorem eleganckim i bardzo kobiecym. Pudrowy róż to jednocześnie jeden z niewielu odcieni, który mogą nosić zarówno młode, jak i starsze kobiety. Pasuje też większości typów urody. Dzięki tym cechom jest kolorem niezwykle uniwersalnym i nigdy na stałe nie znika z listy najmodniejszych kolorów.

Sukienka w kolorze pudrowy róż w zależności od kroju oraz rodzaju tkaniny, z której ją uszyto może być noszona na różne sposoby. Do najbardziej uniwersalnych można zaliczyć sukienki etui. Wkładając do niej żakiet stworzysz stylizację idealną do bura, zaś z pudrowymi szpilkami i kopertówką stanie się propozycją na wielkie wyjścia. Bardzo dziewczęca jest pudrowa sukienka o kroju litery A. Warto zwrócić uwagę na modele z kolorowym paskiem w talii. Wyszczuplą i dodadzą barw stylizacji. Mogą też być detalem, do którego nawiążesz poprzez kolorystykę pozostałych elementów looku: poprzez  odcień szpilek lub kolory zastosowane w makijażu. Wygląda na to, że do sukienki pudrowy róż pasują naprawdę rozmaite dodatki. Przyjrzyjmy się im dokładniej: z czym nosić sukienkę pudrowy róż?

Dodatki do sukienki pudrowy róż?

1. Sukienka pudrowy róż? Pudrowe szpilki!

Kupiłaś sukienkę w kolorze pudrowy róż i nie wiesz, jakie dodatki sprawdzą się najlepiej? Śmiało możesz stawiać na jasne, pudrowe szpilki. Są prawie tak samo uniwersalne, jak buty w kolorze cielistym. Możesz nosić je do białych i czarnych stylizacji. Rozweselą zestawy złożone z szarych ubrań i będą stylowym wykończeniem pastelowych, monochromatycznych looków. Warto mieć w swojej szafie choć jedną parę. Na pewno w ciepłe letnie miesiące będziesz chętnie ją nosić chociażby do jeansów.

Z czym nosić sukienkę pudrowy róż? Bardzo dobrze będą wyglądały buty i torebki w kolorze cielistym, białym oraz szarym. Projektanci co jakiś czas przypominają też sobie o kolorze taupe. Jest to odcień na pograniczu szarości i beżu, który wydaje się być idealny w tej sytuacji. Jako dodatki do sukienki pudrowy róż sprawdzą się też metaliczne dodatki

2. Sukienka pudrowy róż i czarne dodatki

Jednym z najpopularniejszych połączeń jest zestawienie pudrowej sukienki z czarnymi dodatkami. Czerń sprawia, że stylizacja staje się wyraźniejsza oraz bardziej stonowana. Jeśli więc obawiasz się, że w pudrowym różu będziesz wyglądała za blado, to narzuć na sukienkę czarny żakiet. Do tego załóż też czarne czółenka i dodaj czarną kopertówkę. Możesz też założyć czarny pasek, który dodatkowo optycznie wyszczupli talię. Takie połączenie będzie w sam raz na wiele okazji.

sukienka pudrowy róż czarne dodatki
Sukienka pudrowy róż jakie buty i dodatki – czarne / Zalando.pl

3. Srebrne dodatki do pudrowej sukienki

Drugim bardzo stylowym i jednym z ulubionych połączeń kobiet jest zestawienie pudrowego różu ze srebrem. Może to dotyczyć zarówno srebrnej biżuterii, jak i srebrnych butów oraz torebki. W takim zestawieniu kolorów można poczuć się jak prawdziwa księżniczka. Będzie ono odpowiednie na wesele albo na imprezę w klubie. Srebro doda blasku oraz jeszcze więcej uroku.

sukienka pudrowy róż jakie buty i dodatki srebrne
Sukienka pudrowy róż jakie buty i dodatki – srebrne / Zalando.pl

4. Niebanalne buty do pudrowej sukienki na wesele

Nie wiesz, jakie buty wybrać do pudrowej sukienki na wesele? Zgodnie z powyższymi propozycjami mogą one być czarne lub srebrne, ale oprócz tych kolorów świetnym wyborem będą także inne pastelowe odcienie jak błękit, beż, nude albo biel. Ciekawym rozwiązaniem może być zestawienie pudrowej sukienki z kontrastowym kolorem butów. Jeśli wciąż zastanawiasz się, jakie buty do pudrowej sukienki i żadna z powyższych propozycji do Ciebie nie przemawia, postaw na coś bardziej szalonego. Krwistoczerwone szpilki czy buty w turkusowym kolorze będą niebanalnym rozwiązaniem.

Pudrowa sukienka: stylizacje

Różowa sukienka rozkloszowana na co dzień

Różowa sukienka dzięki swojej różnorodności fasonów i krojów stała się ponadczasową bazą stylizacji na wiele okazji. Poniżej prezentujemy zestaw doskonale sprawdzający się podczas codziennych wyjść na zakupy, do pracy, na spotkanie z przyjaciółmi czy też po prostu na spacer. Główną rolę w tym looku gra oczywiście sukienka różowa z rozkloszowanym dołem w tak zwanym kształcie litery ,,A”. Jej zwiewny fason sprawia, że jest wygodna oraz nie krępuje naszych ruchów. Jeśli z kolei chodzi o dodatki, to postawiliśmy na kobiecości i delikatność. Mowa tu oczywiści o balerinkach z modnym szpiczastym noskiem, ciemniejszej kopertówce z przypiętą apaszką, a także srebrnej biżuterii takiej jak kolczyki, pierścionek i bransoletki. Takie połączenie z pewnością nie jednej z nas przypadnie do gustu.

różowa sukienka
Zdjecia udostępnione na Pinterest.com dzięki Julia Engel

Elegancka różowa sukienka jakie dodatki?

Kreacje w takim kolorze są także świetnym wyborem na specjalne okazje na przykład na ślub czy przyjęcie urodzinowe. Jedynym dylematem po wyborze fasonu są dodatki. Jednak wbrew pozorom wcale nie jest to aż takie trudne. Wystarczy spojrzeć na poniższą stylizację, w której jeżeli chodzi o akcesoria, postawiliśmy na połączenie wyrazistej czerwieni z delikatnym różem. Poza tymi barwami można wybrać również odcienie niebieskiego, fioletu czy klasyczne cieliste oraz czarne kolory. Z kolei w przypadku biżuterii świetnie prezentować się będą srebrne lub złote połyskujące modele, dodające całej stylizacji elegancji i szyku.

różowa sukienka

Często pojawiającym się również dylematem jest także kwestia obuwia. W jego przypadku wszystko zależy od odcienia różu sukienki. Jeśli wybraliśmy pudrowy kolor, świetnie sprawdzą się wyraziste buty np. czerwone lub fuksjowe szpilki z błyszczącymi aplikacjami, dodające outfitowi świeżości. Z kolei stawiając na neonowe lub żywe róże, warto wybrać delikatne pudrowe oraz cieliste obuwie, niezależnie od fasonu. Ponadto dobrze jest także postawić na wygodne obuwie, tak byśmy czuły się komfortowo podczas każdego kroku.  Zdjęcia: udostępnione na Pinterest.com dzięki Julia Engel

Sprawdź: Jaka torebka i buty do granatowego płaszcza?

Pudrowa sukienka: jakie buty i dodatki?

Pastelowe kolory to jeden z najczęstszych wyborów kobiet, jeżeli chodzi o sukienki. Są modne nie tylko wiosną, ale także i zimą. Pudrowe sukienki bardzo chętnie zakładamy na co dzień, a także i na specjalne okazje jak wesele czy imprezy. W pastelach zawsze wyglądamy stylowo i uroczo. To chyba najważniejsze powody, dla których te odcienie podbiły serca kobiet na całym świecie. Z wszystkich pastelowych barw to właśnie pudrowy róż wysuwa się na prowadzenie na liście trendów. Kochamy sukienki w tym kolorze, dlatego tak często zadajemy sobie pytanie „sukienka pudrowy róż jakie buty i dodatki?”.

Mamy nadzieję, że znasz już odpowiedź na pytanie „sukienka pudrowy róż: jakie buty i dodatki„? Czy pomogliśmy Ci podjąć odpowiednią decyzję i dzięki temu stworzysz wymarzoną stylizację?

Jeansy damskie [stylizacje z body, białą koszulą i szpilkami]

Czy są takie spodnie, bez których zwyczajnie nie da się obejść? Naszym zdaniem zdecydowanie są to jeansy damskie! Najlepiej ciemne i bez zbędnych przetarć – ten model stanie się ubraniem basic w twojej szafie. Zbudujesz na nim niejedną stylizację! Gdy już będziesz je mieć, pomyśl też o modnych boyfriendach czy mom jeans… Jakie jeansy damskie warto mieć w swojej szafie i z czym je nosić? Bierzemy ten temat pod lupę i przyjrzymy się mu z typową dla nas dokładnością 😉

Modne jeansy damskie

Jeansy damskie dają nam spore możliwości wyboru. Na sklepowych półkach znajdziecie zarówno obcisłe modele, jak i i ich zupełne przeciwieństwo: dzwony, kuloty lub boyfriendy. Podobnie rzecz ma się z wysokością stanu, która jest bardzo zróżnicowana. Obok jednokolorowych, klasycznych propozycji występują postrzępione modele oraz spodnie z naszywkami. Te ostatnie można zresztą kupić osobno i samodzielnie ozdobić swoje ulubione denimowe spodnie. Zanim jednak to zrobicie, musicie zdecydować się na konkretny model denimowych spodni.

Jak dobrać jeansy do sylwetki?

Jeansy z wysokim stanem

Jeansy damskie z wysokim stanem są znane pod nazwą mum jeans. Spodnie te stworzono z myślą o starszych kobietach, które nie mogą pochwalić się idealną figurą. Fantastycznie spłaszczają brzuch i podkreślają talię, dlatego z szaf mam szybko podebrały je córki. W tej chwili spodnie z wysokim stanem wracają do łask. Nosimy je z bluzką włożoną do środka, dzięki czemu nogi wydają się znacznie dłuższe, a figura zgrabniejsza.

Skinny czy rurki?

Będziemy popadać w różne skrajności. Jedną z nich są obcisłe spodnie z denimu. Konkurencję robią im wygodne jegginsy. Wyglądają podobnie, tylko zamiast rozporka mają gumkę. Dzięki temu są niesamowicie komfortowe. Stawiajcie na nie, gdy macie zgrabne, warte podkreślenia nogi. Jeśli zależy Wam na wysmukleniu łydek, załóżcie obcasy. Tego typu modele nie służą dziewczynom z tęgimi łydkami lub masywnymi udami. Niepotrzebnie podkreślą mankamenty sylwetki. Lepiej zdecydować się na coś szerszego…

Modne dzwony, kuloty i boyfriendy

Chętnie wybieramy szerokie spodnie, ponieważ po prostu są na topie. Moda powróciła wraz z przywróceniem do łask trendów z lat 70. i 80. ubiegłego stulecia. Należą do nich m.in. dzwony oraz kończące się w połowie łydki kuloty. Modelem, który pozostał w naszych szafach z minionych sezonów, ale wcale nie stracił na popularności, są boyfriend jeans. Zapożyczyłyśmy je z męskiej garderoby, dlatego są trochę za szerokie i za duże. Nie chcąc, by nas pogrubiały boyfriendy nosimy z obcisłymi topami i bluzami.

Jeansy z przetarciami – ekstrawagancja wciąż w modzie!

Z pewnością zauważyłaś, że od lat modne są jeansy przecierane oraz jeansy z dziurami. Nie każdemu ten trend odpowiada, ale trzeba przyznać, że takie spodnie dodają stylizacji pazura. Zastanawiasz się może, jak przetrzeć jeansy, aby wyglądały modnie? Wcale nie musisz kupować nowych! Wystarczy, że wyjmiesz z szafy jeansy, w których rzadko chodzisz albo jakąś starą parę i w kilka chwil możesz zmienić je w zupełnie nowe jeansy. Podarujesz im nowe, bardziej stylowe życie 😉 .

Jak przetrzeć jeansy?

Co będzie Ci potrzebne?

  • pumeks, golarka lub papier ścierny
  • igłę lub pęsetę
  • nożyczki
  • długopis lub flamaster

Jak przetrzeć jeansy: krok po kroku

Wybierz jeansy, które chcesz ozdobić przetarciami. Następnie zaznacz miejsca, w których mają być przetarcia. Zrób to flamastrem, na przykład na kolanach. Zaznaczone długopisem miejsce należy lekko naciąć, a potem możesz zacząć pocierać rozcięcie pumeksem lub ostrym narzędziem, które wybrałaś. Kiedy przetarcie będzie wystarczająco widoczne, weź igłę lub pęsetę i powyciągaj niektóre nitki z przedziurawienia, aby przetarcie wyglądało jeszcze bardziej naturalnie.

Jak podrzeć jeansy – tutoriale

Jeśli nie masz pomysłu, gdzie umiejscowić przetarcia, to na szczęście z pomocą przychodzą tutoriale, które z pewnością cię zainspirują. Pamiętaj też, że przetrzeć możesz nie tylko spodnie jeansowe, ale także i spódnice czy sukienki. Użyj wyobraźni, a stworzysz naprawdę ciekawe projekty!

Z czym nosić jeansy?

Biała koszula i jeansy

Miewasz czasem takie dni, że stoisz przed otwartą szafą, a w twojej głowie krąży myśl „nie mam się, w co ubrać!”? Nie martw się! Każda z nas przechodzi przez to przynajmniej sześć razy w tygodniu… Ratunkiem na takie sytuacje są sprawdzone stylizacje, które zawsze wyglądają dobrze i pasują do niemal każdej okazji. Jednym z takich połączeń jest biała koszula i jeansy. Musisz przyznać, że outfit, który je zawiera wygląda mega stylowo bez względu na to jakie dobierzemy do nich dodatki. Jest to zestawienie niezawodne i idealne na dni pod tytułem – pełna szafa, ale brak pomysłu. Weźmy pod lupę te zestawienie!

biała koszula i jeansy 3 sposoby
Biała koszula i jeansy – do pracy, casualowo, imprezowo / fot. Pinterest ( instyle.com, outfitshunter.com, lolobu.com)

Białą koszulę i jeansy możesz założyć na wiele okazji. Do pracy zestaw je na przykład z czarnym żakietem albo modelem w innym stonowanym kolorze. Do tego dodaj klasyczne czółenka oraz elegancką, pakowną torebkę. W stylizacji casualowej możesz białą koszulę zestawić z modnymi dzwonami oraz z kapeluszem. Stworzysz w ten sposób bardzo kreatywną stylizację nawiązującą do stylu boho. Na wielkie wyjścia na imprezę lub randkę możesz to zestawienie wzbogacić o kilka fajnych dodatków jak skórzana kurtka, szpilki, kopertówka o ciekawym designie oraz ozdobna biżuteria.

Ciekawym modelem białej koszuli jest biała koszula z czarnymi guzikami, która ożywia całe zestawienie i wygląda elegancko. W poniższej stylizacji zestawiliśmy ją z jeansami o intensywnym kolorze oraz z żakietem w jasnoróżowym odcieniu. Do tego wybraliśmy czarną, małą torebkę oraz gustowny zegarek.

biała koszula i jeansy stylizacja
Biała koszula i jeansy – stylizacja / kolaż: Zalando.pl

Body i jeansy

Szukasz pomysłu na seksowną stylizację? Jeśli tak, to koniecznie powinnaś wypróbować duet body + jeansy. Body ma kilka zalet. Doskonale leży na sylwetce, nigdzie nie odstaje i w połączeniu ze spodniami wygląda po prostu doskonale!

Zestawienie body z jeansami wygląda absolutnie obłędnie. Możesz postawić na jeansy z naszywkami albo jeansy z rozdarciami i zestawić je z idealnie i seksownie dopasowaną do ciała górą o zmysłowym dekolcie. Koronkowy model sprawi się z jeansami gładkimi i nieco spokojniejszymi, gdyż wtedy to koronka będzie w centrum uwagi. A białe? Biały model połącz z pastelowym lub czarnym jeansem. Możesz też postawić na total look, który w takim połączeniu prezentuje się doskonale.

body i jeansy modele
Jakie modele wybrać / fot. Pinterest (KY) / Zalando (czarne – Even&Odd, koronkowe – Topshop, koszula Zalando Essentials)

Zanim zdecydujesz się na połączenie body i jeansy, sprawdź, czy na pewno body jest ubraniem dla ciebie. Jeśli chodzi o ten ciuch, niestety istnieją pewne ograniczenia. Aby je nosić musimy mieć płaski brzuch albo obowiązkowo zestawiać je ze spodniami lub spódnicą o wysokim stanie. Wtedy przepięknie zaznaczymy talię i optycznie wydłużymy nogi. Body znacznie przylega do ciała, więc przy większym brzuszku nie będzie ono wyglądać dobrze.

Jakie body do jeansów dobrać? Najpopularniejsze jest chyba białe lub czarne body z ciekawie zaprojektowanym dekoltem (jak np. to na pierwszym zdjęciu). Doskonale wygląda z jeansami. Jeśli wolisz coś bardziej eleganckiego, to postaw na koszulę body, którą bez problemu zestawisz z ołówkową spódnicą albo z modnymi cygaretkami. A co wybrać na imprezę? Doskonałym pomysłem może się okazać błyszczący model, na przykład w kolorze srebrnym lub złotym. Zestawisz je z czarnymi jeansami i skórzaną kurtką. Będziesz wyglądać oszałamiająco!

Jeansy i szpilki – duet idealny

Jeansy i szpilki – ten duet doskonale podkreśla kobiecość. Spodnie z denimu wiele z nas nosi niemal każdego dnia, dlatego warto zainwestować w wysokiej jakości jeansy, które będą idealne dopasowane do naszej sylwetki. Wtedy, gdy dobierzemy do niech buty szpilki, będziemy w stanie bez operacji plastycznych czy ćwiczeń szybko wymodelować sylwetkę. Taki zestaw wysmukla nogi i sprawia, że wyglądamy na wyższe, a tym samym na szczuplejsze. Duet ten sprawdza się dlatego na wiele okazji – od swobodnego stylu imprezowego aż po smart casual idealny np. do pracy. Jakie zestawy można jeszcze przygotować? Przyjrzałyśmy się naszym ulubionym kolorom szpilek i przygotowałyśmy dla was kilka inspiracji, jak łączyć je z jeansami, by wyglądać modnie i stylowo.

Czerwone szpilki i jeansy

Szpilki damskie w czerwonym kolorze są niewątpliwie elementem garderoby, który doskonale podkreśli nasz seksapil. Nie muszą być wysokie, ale jeśli sięgniemy po lakierowany model efekt będzie zniewalający. Najlepiej wyglądają z czarnymi, granatowymi lub białymi jeansami. Odważny kolor butów sprawdza się przede wszystkim w wieczornych zestawach. Jeśli jednak chcemy sięgnąć po czerwone buty na co dzień, warto nieco stonować resztę stylizacji. W tym pomogą proste kroje i bazowe kolory. Oczywiście nie oznacza to, że ma być nudno – czerwone szpilki wspaniale się wyróżniają i mogą stanowić odważny dodatek. Nie są tak uniwersalne, jak szpilki czarne, jednak również powinny znaleźć się w garderobie każdej miłośniczki mody.

Jeansy i szpilki nude

Jeansy i szpilki w kolorze nude to zdecydowanie bardziej uniwersalna propozycja niż kolorowe modele, np. czerwone. Takie buty pasują doskonale do każdego odcienia jeansów, jednocześnie kolor zbliżony do naturalnej barwy skóry sprawia, że nogi wyglądają na jeszcze dłuższe. Jeżeli więc chcesz wysmuklić sylwetkę – postaw na szpilki nude. Sprawdzą się na co dzień i na specjalne okazje, dlatego warto zainwestować w najwyższej jakości obuwie. Możemy w nich chodzić niemal non-stop! Z jeansami i koszulą będą świetnie wyglądać w biznesowym zestawie, z T-shirtem na co dzień, a z metalicznym topem i odważną biżuterią świetnie sprawdzą się na imprezie. Jeansy i szpilki w tym odcieniu są więc doskonałą bazą, której naszym zdaniem nie powinno zabraknąć w szafie żadnej modnej kobiety.

Jeansy damskie i czarne szpilki

Czarne szpilki są chyba najbardziej uniwersalne i większość z nas ma je w swojej szafie. W duecie z jeansami doskonale prezentują się niezależnie od okazji, podobnie jak modele w kolorze nude. Jednak dodają nieco drapieżności niż jasne buty. Dzięki temu świetnie wyglądają w połączeniu ze skórą, odważnymi bluzkami czy ciekawymi konstrukcjami. Jeżeli dobierzemy do nich czarne jeansy osiągniemy jeszcze lepszy efekt wysmuklenia i wydłużenia nóg.

Jeansy i szpilki to zestaw, którego nie może zabraknąć w żadnej garderobie miłośniczki mody. Warto zainwestować w wysokiej klasy i jakości buty i spodnie, ponieważ stanowią one bardzo uniwersalną bazę, która sprawdzi się w wielu sytuacjach i będzie pasować do większości pozostałych elementów naszej garderoby.

Jeansy dla puszystych – jaki fason?

Jeansy dla puszystych, które będą doskonale leżeć to produkt,którego znalezienie wymaga od nas większej uwagi. Jednak dobrze dobrane jeansy XXL to prosty sposób na wysmuklenie sylwetki oraz zrównoważenie jej proporcji.

  • Jeansy dla gruszki powinny być dobrze dopasowane w biodrach, ale absolutnie nie opinać tej partii sylwetki. Warto szukać modeli z obniżonym stanem o nieco rozszerzających się nogawkach. Jeżeli dodatkowo jesteś wysoka, możesz także sięgnąć po dzwony.
  • Jeansy dla jabłka powinny modelować pupę oraz stworzyć wrażenie szczuplejszej talii. W tym celu pomogą spodnie z podwyższanym stanem o prostej, regularnej nogawce.
  • Jeśli masz figurę typu rożek, czyli masz wąskie biodra i szersze ramiona, obfity biust – szukaj spodni, które odwrócą uwagę od górnej partii ciała. Mogą mieć jaśniejszy kolor niż bluzka czy koszula oraz warto, by nogawka nieco rozszerzała się ku dołowi.

Bez względu na typ sylwetki, jeansy dla puszystych powinny mieć odpowiednią długość. Najlepsze będą modele, które zakryją obcas buta, dzięki czemu nogi będą wyglądać na dłuższe i smuklejsze. Jednak, jeśli masz zgrabne nogi nie również możesz się nimi pochwalić – wystarczy, że do krótszych spodni, dobierzesz odpowiednie buty na obcasie. Jeżeli zaś sięgasz po rurki, to dobierz do nich luźniejszą górę, np. tunikę, dzięki czemu zrównoważysz proporcje sylwetki.

Jeansy dla puszystych: stylizacje

Postawiłyśmy na prostą, codzienną stylizację, która świetnie wykorzystuje najnowsze trendy. Chciałyśmy tym pokazać, że moda jest dla każdego – niezależnie od noszonego rozmiaru. Jeansy dla puszystych o prostej nogawce i lekko podwyższonym stanie świetnie wymodelują sylwetkę, a wzorzysta bluzka zamaskuje nadprogramowe fałdki. Kurtka z denimu z naszywkami to hit tego sezonu, a w tym przypadku będzie doskonałym uzupełnieniem codziennej stylizacji.

Jeansy dla puszystych w modnej stylizacji (kolaż redakcja, materiały partnera)
Jeansy dla puszystych w modnej stylizacji (kolaż redakcja, materiały partnera)

Jeansy XXL – gdzie kupić?

Jeansy damskie XXL dostępne są na szczęście w coraz większej ilości sklepów. Znajdziemy je przede wszystkim w sieciówkach, które przygotowują specjalne kolekcje dla puszystych, np. C&A, New Look, H&M czy Mango. Jeansów dla puszystych warto także szukać przez internet, ponieważ mamy tam największy wybór produktów różnych marek, których nie znajdziemy w sklepach stacjonarnych. Swoje poszukiwania można rozpocząć od Zalando, Answera czy ASOS. Warto także odwiedzić takie sklepy jak KappAhl czy BonPrix, gdzie znajdziemy duży wybór spodni w większych rozmiarach.

Sprawdź:

Tasmania, Australia

Co zobaczyć będąc na Tasmanii, a co można sobie darować? Czym zachwyca wyspa? Sprawdź, zanim odwiedzisz Tasmanię w Australii!

Tasmania

Tasmania to wyspa u  południowo-wschodnich wybrzeży kontynentu australijskiego, a zarazem najmniejszy stan Australii. W skład stanu Tasmania wchodzą też mniejsze wyspy w Cieśninie Bassa oraz wyspa Macquarie – pow. 128 km² (w południowej części Oceanu Spokojnego). Wyspa Tasmania, położona jest około 300 km na południe od wybrzeża Australii. Tasman w najśmielszych marzeniach nie przypuszczał, że odkryta przez niego wyspa będzie nosiła jego imię. Nazwał ją imieniem gubernatora Batawii, czyli Ziemia Van Diemena. Dopiero później została ona nazwana Tasmanią.

Wyspa ma urozmaiconą linię brzegową, gęstą sieć rzek i liczne jeziora polodowcowe. Znaczna jej część nadal pozostaje niemal bezludna. Na powierzchni pięciokrotnie mniejszej od Polski zamieszkuje zaledwie pół miliona osób.  Przyczyną są niedostępne góry, trudne do pokonania lasy, bystre rzeki w głębokich dolinach, które na początku utrudniały kolonizację. Obecnie tereny Tasmanii należą do największych na świecie parków narodowych, przez które prowadzą piękne widokowo trasy trekkingowe. Dzika przyroda zajmuje ok. ¼ powierzchni wyspy. Największe skupiska ludności znajdują się na wybrzeżach północnym i wschodnim oraz w stolicy prowincji Hobart.

Hobart: stolica Tasmanii

Hobart, stolica wyspy, to drugie po Sydney najstarsze miasto Australii, położone malowniczo przy ujściu rzeki Derwent i jest jednym z najlepiej zachowanych zabytków architektury kolonialnej Australii. Kilkadziesiąt budowli historycznych, Salamanca Place – dawna dzielnica handlowa będąca perłą architektury kolonialnej, Battery Point, liczne gregoriańskie pałacyki patrycjuszowskie przekształcone w muzea i galerie oraz australijskie koszary pochodzące z 1811 r., użytkowane do dziś przez wojsko, ale podobno udostępnione dla zwiedzających.

Lot z Melbourne do Hobart

My już chyba trochę wypoczęliśmy na tych wczasach, bo przed wyruszeniem do Tasmanii wstaliśmy skoro świt. Czynności związane ze zmianą miejsca pobytu nauczyliśmy się dokonywać nadzwyczaj sprawnie tak, że w zasadzie o 9:00 mogliśmy jechać na lotnisko. Ale jak już wcześniej pisałem, mieliśmy w bonusie z City Bus bezpłatny transfer. Byłem ciekaw jak to jest zorganizowane. No i przecież zawsze jest dreszczyk emocji, co będzie jak bus nie przyjedzie. Wymeldowaliśmy się z hotelu o 9:40. Podczas check-out’u okazało się, że recepcjonista pochodzi z Białorusi, w Australii był od 2 lat, a przedtem żył w Nowej Zelandii. Jak ciekawie toczą się losy ludzkie. Każdy musi znaleźć swoje miejsce na ziemi, a ludzie, których spotykamy w Australii są tego żywym przykładem. My we dwóch mogliśmy spotkać się gdzieś na wschodzie Polski, w Białowieży, w Warszawie, a spotkaliśmy się 16 tys. kilometrów od kraju.

Na lotnisku w Melbourne niespodzianka: nie ma w ogóle innego sposobu odprawy niż automatyczny. Nawet nie próbowałem sam, tylko od razu poprosiłem o pomoc, która ku mojemu zdziwieniu nie spytała o nadbagaż czy inne rzeczy związane z ewidentnym przekroczeniem wagi bagażu. Słusznie przewidywałem, że tak łatwo nie pójdzie bo podczas składania walizek na taśmę, kolejny automat wyświetlił na ekranie, że moja walizka ma znacznie więcej niż określone w bilecie 20 kg i mam prosić obsługę. Finał był taki jak zawsze – 60 dolców dopłaty. Mogłem spokojnie usiąść przed bramką nr 44 w oczekiwaniu na boarding, zastanawiać się, co tytułem podsumowania po pobycie w Melbourne mógłbym napisać.

Melbourne jest – moim zdaniem – zupełnie innym miastem, niż dotychczas oglądane w Australii Sydney, Perth i Adelaide. Wielorakość przenikających się, żyjących w nim ras ludzi czyni z Melbourne (patrzę przede wszystkim przez pryzmat City ale w mniejszym stopniu to dotyczy wszystkich dzielnic) miastem trochę kosmopolitycznym i liberalnym. Podobnie jak w  Kanadzie, opowieści o Montrealu, że jest takie europejskie – pasują do Melbourne. Ilość sklepów z alkoholem w Melbourne –  które widzieliśmy – była większa niż dotąd widziana we wszystkich poprzednio odwiedzanych miastach razem. Tłumy na ulicach zupełnie nie spotykane wcześniej w wyglądających dla mnie na opustoszałe Perth czy Adelaide. Przechodząc poprzedniego dnia przez City około godziny 17-tej oglądaliśmy obrazki podobne do tych z filmów, w których pokazują Nowy Jork. Tłumy, tłumy, tłumy. W samym centrum można znaleźć bez trudu zaułki, które – gdybyśmy takie widzieli w Polsce – omijalibyśmy z daleka widząc zabite sklejką witryny sklepowe i murale na ścianach. Tutaj poczucie pełnego bezpieczeństwa.

Melbourne było pierwszym miastem, gdzie nie korzystaliśmy z komunikacji miejskiej, więc nawet nie wiem jak wygląda metro. Komunikacja autobusowa, sądząc po przystankach, funkcjonuje nieco lepiej niż w poprzednio odwiedzanych miastach. Komunikacja tramwajowa? W ogóle tramwaje w City snują się bardzo wolno tak, że śmiałem się, że szybciej można dojść pieszo.  Nie zobaczyliśmy w Melbourne przede wszystkim dwóch miejsc: dzielnicy żydowskiej (podobno największe na świecie skupisko ortodoksyjnych żydów) i wzgórza Dandenong. No cóż – może to i dobrze – zawsze jest dobrze mieć po co wrócić. Mogliśmy więc powiedzieć do widzenia Melbourne, witaj Hobart.

Lot trwał krótko,  niewiele ponad godzinę.  Lotnisko jak w naszym Modlinie. W oddali było widać góry. Walizki, samochód i w drogę na poszukiwanie naszej kwatery. Tym razem będąc prawie pod domem gdzie mieliśmy mieszkać, od razu poddałem się. Skorzystałem z uprzejmości Australijczyka, który razem ze mną obszedł pobliskie posesje i znaleźliśmy w podwórzu 4/39 Queen Street.

Około godziny 19 wyszliśmy na spacer. Piękne widoki. Przeszliśmy brzegiem zatoki i obrzeżem miasta blisko 5 000 kroków, podziwiając kolory i cienie kładące się w zetknięciu gór z wodami zatoki. Naprawdę wyglądało to obiecująco.

Tasmania: Port Arthur

Australia jest krajem, którego podwaliny kładli więźniowie wysyłani tutaj z Wysp Brytyjskich. Najbardziej ponurą sławą wśród tasmańskich więzień cieszyło się więzienie Port Arthur. Jego ruiny nie mają sobie równych w całej Australii. Było to całe osiedle skazańców. Przyjmowano tu pensjonariuszy uznanych za szczególnie groźnych.

Pojechaliśmy więc w kierunku Port Arthur. Leży on na półwyspie Tasmana ponad 100 kilometrów od naszego domu. Wcale nie byłem przekonany, że – mimo „przewodnikowych” zachęt – chcę zwiedzać stare więzienie tym bardziej, że  po pierwsze średnio to lubię, a po drugie trochę śmieszą mnie „szykowane” na siłę zabytki. Moja wyobraźnia podpowiadała mi, że samo miasteczko będzie podobne do Kingscote na Kangaroo Island i tutaj był pierwszy „zonk”. Nie znaleźliśmy żadnego miasteczka! Ale za to po drodze mieliśmy możliwość posmakowania próbki widoków na Tasmanii.

Po nieudanej próbie znalezienia Port Arthur – jak niepyszny poddałem się i skręciłem do  Historical Site – to znaczy do więzienia. Oczywiście jak wszędzie – Visitor Centre, bilety po 39 AUD, brak możliwości zjedzenia czegoś rozsądnego (nawet nie piszę o cenie). Zakręciliśmy się chwilę, obejrzałem przez szyby Visitor Centre fragmenty wyszykowanego do zwiedzania więzienia i nawet nie pijąc kawy ruszyliśmy w drogę do Narodowego Parku Tasmańskiego.

Narodowy Park Tasmański

No i pierwsze zaskoczenie. Droga, ostatnie 10 km jak na outbacku. Jechaliśmy, a ja się zastanawiałem, co na nasz wyjazd powiedzieliby w  wypożyczalni samochodów. Dojechaliśmy do kempingu położonego nad przepiękną zatoką – co to był za widok. Ale najpierw naszą uwagę przykuły dwa kagury, matka z dzieckiem pakującym się do jej torby. Na wyciągnięcie ręki od nas.

Mieliśmy też okazje popatrzeć na Australijczyków przebywających akurat na kempingu. Część z nich w przyczepach nie pierwszej nowości, część wędrujących z plecakami (nie wiem gdzie i jak nocują) albo – jak pewne starsze małżeństwo – busik z wnętrzem dostosowanym do turystycznych eskapad. Ludzie schodzili ze szlaku na polanę, a mnie aż korciło żeby pójść w las. Trochę byłoby to nieroztropne, bo nie znam ani flory ani fauny Tasmanii, do tego – trzeba to jasno powiedzieć – już nie mamy po 25 lat. Trochę mi szkoda, ale na pocieszenie pozostają wspaniałe widoki i zdjęcia.

Wracamy. Mimo, że jesteśmy głodni, zbaczam do Koonya, bo bardzo jestem ciekaw jak wygląda taka mała miejscowość na Półwyspie Tasmańskim. Podobna porażka jak z Port Arthur, czyli nie ma żadnej miejscowości rozumianej według naszych standardów. Ale za to  znowu wspaniale widoki. Ciekawie rozwiązanie dat i godzin celebracji nabożeństw w kaplicy pełniącej obowiązki katolickiej i anglikańskiej.

Tuż przed wjazdem na Eaglehawk Neck (jest to grobla oddzielająca półwysep Tasmański od wyspy) zobaczyliśmy – po prawej stronie drogi na drogowskazie – dwa widelce i skręciliśmy w prawo. Nawet nie zarejestrowałem, że na drogowskazie było napisane coś jeszcze. Po dwóch kilometrach ujrzeliśmy bar, i miałem wrażenie, że byliśmy pierwszymi klientami w tym dniu. Już z okien baru widok na Pirates Bay zapierał nam dech w piersiach ale to, co zobaczyliśmy dojeżdżając do Tasman Arch  i Devils Kitchen po prostu nas powaliło. Stawiam tezę, że na Tasmanii już pierwszego dnia zobaczyliśmy widoki, z którymi te kontynentalne na maja szans.

Klify stromo opadające do morza, łuk parokrotnie większy od tego na Kangaroo Island. Naprawdę cudowne. Zamiast więc wracać, pojechaliśmy jeszcze dalej i zobaczyliśmy skąpane w zatoce odbite szczyty wzniesień, przez które przenikały promienie słoneczne. Parędziesiąt metrów i zobaczyliśmy zupełnie inną perspektywę brzegu oglądanego z okolic Devils Kitchen. Cudnie! Cudnie! Cudnie! Wreszcie postanowiliśmy wracać, ale jak nie zatrzymać się tuż za Eaglehawk na punkcie widokowym, z którego widok to kolejna pocztówka, a 3 kilometry dalej mozaikowa plaża – https://think-tasmania.com/tessellated-pavement, która  – nie chce mi się wierzyć – jest dziełem wyłącznie przyrody.

Rozpoczęliśmy powrót do oddalonego o blisko 100 km apartamentu. Chociaż korciło mnie co rusz, żeby znowu się zatrzymać. perspektywa wracania po zmroku przez ląd z kangurami rozpłaszczonymi dokoła przy drodze nie pozwalała na kolejne postoje. Dopiero w Sorell, około 25 km od Hobart, zatrzymaliśmy się zrobić zakupy. W domku byliśmy dobrze po 19:00. Dzień był super! Nigdy chyba w tak krótkim czasie nie widziałem tylu wspaniałych widoków. Tak naprawdę to każdy kolejny był lepszy od poprzedniego.

Tasmanian Devil Park i inne atrakcje Tasmanii

Google zapowiadały marną pogodę i była to prawda. Rano ruszyliśmy na górę Wellington. Chłodno, chmurno, nie turystycznie. Wjeżdżając samochodem na sam szczyt, co najmniej dwa razy przejeżdżaliśmy przez chmury. Było jak w mleku. Wiedzieliśmy, że dotarliśmy do celu, wyobraźnia (ponieważ było zachmurzone nie było nic widać) powodowała że nogi były ciut niestabilne. Na szczycie ledwie 8 stopni. Ale dzielni Australijczycy – jak wszędzie w przypadku atrakcji turystycznych – zadbali o bezpieczne udostępnienie szczytu i porządne zaplecze sanitarne. Po kwadransie (ze względu na brak widoczności) mogliśmy wracać.

Najbardziej odludnym miejscem Tasmanii, do dziś nieomal pierwotnym, jest wybrzeże zachodnie. W Tasmanian Devil Park można zobaczyć diabła tasmańskiego. Czarny drapieżnik, podobny do małego dzika, jest niezwykle wojowniczy. W World Tiger Snake Centre hoduje się około tysiąca żmij tygrysich. To jedne z najbardziej jadowitych węży świata. Ich jad zabija człowieka w ciągu kilkunastu minut. Można natrafić na dziewiczy las deszczowy. W Tarraleagh „napotkamy” polskiego orła – pomnik upamiętnia 40tą rocznicę przybycia na Tasmanię naszych rodaków.

Leżące – według naszych standardów – na odludziu Queenstown i Zeehan w końcu XIX w. były ważnymi ośrodkami górniczymi, gdzie wydobywano złoto, srebro, ołów i miedź. Znajdował się tutaj największy – o dziwo – wówczas teatr Australii, w którym śpiewał wielki Caruso. Mimo wszystko jest to jednak kraniec świata. W odległym od Hobart Strahan – porcie rybackim, a zarazem miejscu turystycznym, położonym w głębokim fiordzie – można udać się na całodzienny rejs luksusowym katamaranem. Pewnie jest to niezapomnianym przeżyciem ukazującym – jak to jest zwykle w Australii – zaledwie drobny fragment tutejszych cudów przyrody. Do tego parki narodowe pokryte dziewiczym lasem deszczowym. – South West oraz Franklin i Cradle Mountain.

My ze względu na oczywiste ograniczenia, czyli czas i odległości, wybraliśmy do obejrzenia południowe okolice Hobart. Po pełnym wrażeń, poprzednim dniu, niewiele było w stanie zrobić na nas wrażenie. Nadal uważałem, że znaleźliśmy się w jednym z najpiękniejszych krajobrazowo zakątków świata. Z góry Wellington najpierw udaliśmy się drogą w kierunku Huonville. Piękne doliny z rosnącą winoroślą lub drzewami, których poza tym, że są owocowe, inaczej nie potrafiliśmy nazwać. Nowość dla szaraczków z Polski – sady zabezpieczone ze wszystkich stron siatką. Tysiące metrów siatki rozciągniętej nad drzewami. Nigdzie czegoś takiego dotąd nie widziałem.

Zrobiliśmy sobie krótki postój w Cygnet. Urocza, pewnie 2 – 3 tysięczna, mieścina. Jak z filmu. Moja Żona zauważyła fajną dziewczynę ubraną– klimaty lata 50 te – w rozkloszowaną kieckę, w wysokich butach i toczkiem na głowie zupełnie nie pasującą do otoczenia. Żywcem jakby wyjęta z planu filmowego. Ja po chwili zauważyłem inną, całkiem nie brzydką dziewczynę z synkiem. Wyglądali jakby dopiero co wyszli z warsztatu samochodowego, gdzie obydwoje naprawiali samochód. Też jakby żywcem wyjęci z planu filmowego.

Pojechaliśmy dalej. Garden Island Creek, Verona Sands, Middleton… Zatrzymywaliśmy się, albo i nie, aby podziwiać widoki. Trochę kropiło i nie kropiło…. W końcu w Woodbridge, zatrzymaliśmy się przy stojącej w szczerym polu – według naszych polskich standardów  – restauracji.

W końcu dojechaliśmy do plaży w Oyster Cove i mimo kropiącego deszczu wyszliśmy połazić. Rozpadało się. Ciekawe spostrzeżenia: kobieta w samym kostiumie (padało, temperatura 14 stopni) skończyła spokojnie plażowanie, wsiadła do samochodu i sobie pojechała; na trawniku (padało, temperatura 14 stopni) rodzina wypoczywająca na czymś przypominającym koc i rozmawiająca jak gdyby nigdy nic.

Mimo wczesnej godziny postanowiliśmy wracać do domu. Ależ w Hobart były korki! Mam wrażenie, że tutaj – W Australii – decydenci korki mają w nosie. Po prostu jak się komuś nie podoba, to niech nie jeździ. Do apartamentu dotarliśmy przed 17:00. Trochę za wcześnie żeby zakończyć dzień, więc udaliśmy się na spacer nad zatokę, a potem szukać kościoła na niedzielną mszę.

Tasmania: Franklin – George Park

Z postanowieniem, że pojedziemy do Franklin – George Park, o którym wczoraj przeczytałem w internecie, ruszamy po 9:00. Nie szkodzi, że trzeba przejechać 200 km  w jedną stronę. Jak byk w goglach stało zdjęcie wspanialej zapory. Przyznam, że te 200 kilometrów były poznawczo cudowne. Najpierw jechaliśmy wzdłuż którejś z zatok, gdzie ku jej wodom opadały zbocza pobliskich wzgórzy i gór. Pogoda cudowna. Krajobraz przybrzeżny został zastąpiony do podobnego Bieszczadom, tylko zdecydowanie bardziej dzikim i bardziej kolorowym. W końcu nie wiedziałem, czy to co rosło na polach zasadzał człowiek, czy robiła to matka natura.

Po około 100 kilometrach pojawił się drogowskaz, że do parku jest w jakieś 18  kilometrów. Ale ja przecież miałem google pokazujące coś innego. W końcu zgodnie z planem (i z mapą google) dojechaliśmy przed 12tą do miejsca, gdzie powinna być zapora. No i podobnie jak z Portem Arthur. Miejsce okazało się tylko miejscem na mapie. Przejechaliśmy jeszcze ze 25 kilometrów i postanowiliśmy wracać. W międzyczasie znalazłem na mapie, że zapora jest od nas o 3 godziny z okładem i gdybym skręcił, tak jak mi podpowiadał pierwszy drogowskaz do Parku, to byłoby akurat.

Wracając, musieliśmy wyminąć kilkudziesięciu kolarzy, którzy w asyście policjantów zmierzali do jakiejś mety. Ponieważ nie wiedziałem jak wymija się w Australii kolumny eskortowane przez policję, postanowiłem poczekać na pierwszy samochód jadący za nami, żeby się do niego „przykleić” i jakoś wyminąć razem z nim poszarpaną, kilkukilometrową kolumnę kolarzy. Czekałem i czekałem i nic. W końcu pomyślałem, że „raz kozie śmierć” i do przodu… Dojechałem do końca pierwszej krótkiej kolumny, przed którą na motorze jechał policjant. W dogodnej chwili wyprzedziłem wszystkich, ale zobaczyłem jak policjant na motocyklu na sygnale świetlnym pędzi za mną. Wyprzedził mnie i w chwili, kiedy coś pokazał ręką, zrozumiałem, że nie zamierza mnie zatrzymać tylko będzie mi pomagał. Z jego pomocą (cały czas jechał przede mną i pokazywał, kiedy mogę wyprzedzać) wyprzedziłem całą kolumnę… Tak wygląda pomoc policji w Australii.

Następnie już niespiesznie, wracaliśmy zatrzymując się we wszystkich pominiętych wcześniej uroczych miejscach. Nad urokliwą laguną Bronte, nad jeziorem Blake. Prawdziwą ciekawostkę zobaczyliśmy w Tarralelah gdzie poukładane były dziwne rury olbrzymiej średnicy (orła polskiego nie zauważyłem). Żeby ciągnęły się tylko do góry i w dół to powiedziałbym, że to elektrownia szczytowo pompowa. Ponieważ leżały również poziomo, to nie wiem, po co tam były. Myśleliśmy, żeby gdzieś się zatrzymać i cos zjeść, a ogóle kombinowałem, by zdążyć na zaporę. W ten sposób dojechaliśmy do Russell Falls.

Wodospad Russell Falls cudny. Tu jest wszystko cudne. Góry, doliny, lasy, przecinki, jeziora, rzeki i wodospady. Mam wrażenie, że gdy to ktoś czyta, to myśli o mnie, że jestem zmanierowany facet. Ale jak jest cudnie, to jak to inaczej nazwać? Było po 17:00, gdy postanowiliśmy wracać do domu. Głodni jak wszyscy diabli. Ale ponieważ pogoda sprzyjała, widać było szczyt Wellington (na następny dzień zapowiadali deszcz) podjęliśmy błyskawiczną decyzję – jedziemy. W sam czas. Akurat zaczynało zanosić się na deszcz, a widok z Wellington na Hobart, wybrzeże i okolice……. upssss nie powiem znowu tego co zawsze …….. taki !!!!!!!!!!.

Myślę że szczęściem jest w życiu oglądać widoki podobne do tego z Wellington. Tym razem naprawdę głodni zjechaliśmy z góry i w otwartym jeszcze sklepie  Coles kupiliśmy chlebek i ciasteczka, a w „seafish” dwa razy fish and chips i take away – do domu. Jak miejscowi. Jakość dań nas (zwłaszcza mnie gdyż wiem jak niesmaczne bywa fish and chips) zaskoczyła. Smakowało jak normalna ryba z frytkami.

Konkluzja dnia: „wypoczywając w ten sposób (przejechałem ponad 500 km bez jedzenia) to my się wykończymy”.

Ostatni dzień na Tasmanii

Ostatni dzień na Tasmanii zaczęliśmy od wizyty na mszy w pobliskim kościele co nie byłoby pewnie warte osobnego wspomnienia gdybym nie wysypał kasy z tacy……. ups. Posypała się kasa na podłogę podczas przekazywania koszyka i wszyscy dokoła zaangażowali się w jej zbieranie. Po mszy, ponieważ pogoda na Tasmanii nie była najgorsza, postanowiliśmy pojechać do oddalonego o ponad 110 kilometrów Swansea. Nazwa miasta kojarzy mi się z poprzednim klubie Premier League, w  którym bronił Łukasz Fabiański.

Najpierw piękna droga pomiędzy górami, wzdłuż rzeki Prosser do Orford, a potem przez półwysep i już samym brzegiem morza do Swansea. Prawie się nie zatrzymywaliśmy – postoje zostawiliśmy sobie na drogę powrotną, a Małżonka wypatrywała diabłów tasmańskich. Poza krowami i owcami udało nam się wypatrzyć pięknego ptaka (nie zdążyłem mu zrobić zdjęcia) o nieznanej nazwie. W Swansea spacer po uroczym miasteczku nad morzem i droga powrotna samochodem do Hobart. I tutaj powinienem wstawić całą linijkę wykrzykników żeby opisać to, co widzieliśmy. Jak zawsze widoki niezapomniane. Chwilami podobne do widzianych na Great Ocean Road.

Nie wróciliśmy od razu do domu tylko pojechaliśmy do Hobart, gdzie tak naprawdę jeszcze nie byliśmy. Zmobilizowały mnie – przeczytane poprzedniego dnia – wpisy w internecie. Wpisujący zachwycają się atmosferą, architekturą,  itp. Nie powiem, Salamanca Square klimatyczna, ale przejażdżka samochodem po centrum raczej mi się nie podobała, gdyż widziałem – moim zdaniem nie do zaakceptowania – olbrzymi bałagan architektoniczny powodujący, że obok prawdziwych perełek pobudowano budynki potwory. Za  to zjedliśmy dobre Tiramisu w knajpce przy Salamaca Street i …. zgubiliśmy samochód. Gdy od niego odchodziliśmy skonstatowałem fakt, że nie zarejestrowałem początku naszej drogi. Na koniec, w drodze powrotnej, udało mi się jeszcze znaleźć miejsce do zrobienia mi fotografii na tle imponującego mostu w Hobart. Most jest super. Zamiast diabla wysłałem wszystkim do Polski zdjęcie krowy i próbowałem wmówić, że dorosły diabeł to czarna krowa. Ale nie chcieli mi – nie wiem dlaczego – uwierzyć.

Na  koniec – już po powrocie do apartamentu – „uciekłem” posiedzieć na ławce przy plaży oddalonego o 100 metrów brzeg oceanu po to, by w spokoju spisać doznania mijającego dnia. Zaczęło znowu mocno wiać, ale ja tak jak mewy, które traktowały mnie po kilkunastu minutach jak swojego i łaziły dokoła, nic sobie z wiatru nie robiłem

Lot z Hobart do Brisbane

Wyruszyliśmy do Brisbane. Po raz pierwszy udało nam się nie płacić za nadbagaż. No i na lotnisku podjąłem próbę odprawienia się samodzielnie. Ale w Hobart odprawa wygląda inaczej niż w Melbourne. Owszem, można sobie w kiosku wydrukować bilety, ale nie ma automatycznej taśmy więc i tak trzeba podejść do check in’u gdzie siedzi „żywy” człowiek.

Na marginesie. Doszliśmy z moją Drugą Połową do wniosku, ze Australijczycy traktują samoloty tak jak my traktujemy autobusy. Nie potrzeba absolutnie nic oprócz numeru rezerwacji, aby odebrać bilet, nadać bagaż, polecieć samolotem. Oznacza to prawdopodobnie, że weryfikacja – jeżeli w ogóle następuje – dokonywana jest w momencie zakupu biletu. Świadczyć o tym może moja przygoda z rejestracją karty telefonicznej w Australii. Skoro miałem wydaną wizę na dane z błędnym imieniem, to ciągnęło się to za mną do końca wyjazdu. Na lotnisku ceny – w przypadku artykułów codziennej potrzeby – takie same lub podobne jak w sklepie za rogiem, a nie 3 – 5 większe jak to bywa u nas.

Nowość na lotniku w Hobart – przy sprawdzaniu bagażu na bramkach wyciągnęli mi kosmetyki i sprawdzili je. Po raz pierwszy podczas naszego podróżowania. Za to cola w butelce po wodzie nikogo nie zainteresowała.

Wyspa Tasmania

Ponieważ opuszczaliśmy wyspę, zwyczajowo czas więc na podsumowanie Tasmanii.

To na Tasmanii chyba było dotąd najładniej. Tyle już opisałem ochów i achów, że w tym miejscu napisze tylko, że brak Tasmanii w naszym programie zdecydowanie zubożył by nasz pobyt w Australii. Czego nie widzieliśmy i mi szkoda? Takie podróże wymagają pewnej równowagi pomiędzy tym, co warto zobaczyć, co trzeba zobaczyć i co się na pewno zobaczy. Bardzo łatwo zamienić taki pobyt w wyścig pod tytułem „co udało nam się zaliczyć” (na marginesie – podczas pisania tych słów mocno  bujało w samolocie). Ani to fajne ani budujące i czasami warto usiąść i popatrzeć na krajobrazy i odpuścić sobie kolejne ciekawe miejsca tym bardziej, że wystarczająco dużo można poczytać w internecie, traktując te informacje jako uzupełnienie eskapady. Trochę mi szkoda ze nie zobaczyliśmy zapory Gordona i diabła tasmańskiego na żywo ale… Jak to zawsze mówimy? Dobrze mieć dokąd i po co wrócić.

Spostrzeżenia o ludziach w Australii. Ale nie o tym jacy są, tylko jak wyglądają. Czyli subiektywne plotki na temat ubioru i urody. W kościele – podczas niedzielnej mszy w Hobart – obok mnie siedział facet około 35 a 40 lat, wzrost około 180 centymetrów, waga około 150 kilogramów. Ubrany w takie nasze polo (nie pierwszej świeżości) i krótkie spodenki które mu spadały z tyłu pupy, gdy się podnosił. Na lotnisku w Hobart para. On około 25 lat (buty traperki, walizka stylizowana na lata 90, spodnie długie zawinięte na łydkach, jakiś sweter, czarny paltocik – taki jesienny), ona podobnego wieku niebrzydka (jej cera wskazywała na to, ze nigdy nie używała kosmetyków), ubrana podobnie – jej spodnie wyglądały tak, jakby właśnie wyszła na podwórko farmy. Niektóre dziewczyny w Australii starają się być oryginalne, ale jest to wyłącznie w zakresie piercingu i tatuażu. Brak jakichkolwiek reguł, czy w ten sposób postępują ładne czy nieładne, grube czy chude. Obrazek dziewczyny podobnej do kelnerki w Swansea – rudo czerwone włosy, odważny makijaż, czerwone szminkowane usta, zwracająca wyglądem (raczej pozytywnie wyzywającym) na siebie uwagę – według mnie to rzadkość. Standard ubrania to: po pierwsze wygodnie, po drugie prosto i minimalistycznie, po trzecie dziwacznie (mam na myśli połączenia rożnych ciuchów). Jeśli do tego dodamy – w przypadku kobiet – co najmniej inne niż w Polsce wzorce urody i zadbania, bardzo często otyłość, to nasze panie są super. Nie jest to próba opisu świata przez seksistę, lecz ogląd tego świata z daleko idącym staraniem, aby tego seksizmu nie było. Rodziny na spacerze często powodowały u nas dość zaskakujące wizualne doznanie, że po ślubie to dopiero (w zakresie ubioru) wszyscy mają wszystko w nosie. Rozmemłane dresy, rozciągnięte spodnie i bluzki w połączeniu (znów o tym pisze, ale to się rzuca w oczy) z powszechną otyłością nie robi najlepszego estetycznego wrażenia.

Na koniec muszę stwierdzić, ze w Tasmanii kierowcy jeżdżą trochę inaczej niż w Australii kontynentalnej. Bardziej dynamicznie. Przejawia się to może nie większymi prędkościami (w tym zakresie Australijczycy są wszędzie akuratni), ale chociażby odważniejszym wyprzedzaniem, czy włączaniem się do ruchu z dróg podporządkowanych. Tym razem nikt na mnie nie trąbił mimo, że przejechałem prawie 1300 km. Mam już 3000 lewostronnych kilometrów na liczniku.

Melbourne, Australia: Najlepsze miasto do życia na świecie!

Co zobaczyć w Melbourne? Jaka pogoda i klimat panują na tym obszarze Australii? Sprawdź fakty i ciekawostki o Melbourne!

Melbourne: ciekawostki i fakty

Melbourne obecnie jest największym miastem stanu Wiktoria oraz drugim pod względem wielkości w Australii (po Sydney), z liczbą ludności wynoszącą 4,8 mln mieszkańców. Uznawane za „Najlepsze miasto do życia na świecie” w latach 2011–2017. W Melbourne – obok Sydney – znajduje się największe skupisko polonijne w Australii.

Melbourne zostało założone w 1835 r.  przez grupę wolnych osadników, w przeciwieństwie do innych stolic stanów Australii, które były z początku koloniami karnymi (wyjątkiem są również Adelaide i Perth). Odkrycie złota w środkowej Wiktorii w latach 50. XIX wieku zapoczątkowało gorączkę złota i Melbourne szybko rosło jako największe miasto portowe w regionie. W latach 80. XIX wieku Melbourne było drugim pod względem wielkości miastem Imperium Brytyjskiego i było znane jako Marvellous Melbourne (Wspaniałe Melbourne). Melbourne zostało pierwszą stolicą Federacji Australii 1 stycznia 1901 roku i pozostało siedzibą rządu i stolicą do 9 maja 1927 roku, kiedy otwarto parlament w nowo wybudowanej stolicy Canberra. Melbourne było gospodarzem letnich igrzysk olimpijskich w 1956 roku. Były to pierwsze w historii igrzyska przeprowadzone na południowej półkuli. Dzisiaj Melbourne posiada największą liczbę budowli epoki wiktoriańskiej na świecie po Londynie.

Co zobaczyć w Melbourne?

Melbourne jest doskonałym miastem dla spacerujących bez specjalnie określonego celu. Spacerując od  Flinders Street Station, ulicą Degraves, można napotkać na swojej drodze ulice pełne budynków z epoki wiktoriańskiej, natknąć się za każdym rogiem na elementy sztuki ulicznej, liczne kawiarnie, azjatyckie knajpki i bary. Collins Street, Little Bourke Street to tylko nieliczne z dziesiątek gwarnych i kolorowych miejsc. Miasto pełne sklepów, które sprzedają wszystko od lokalnych produktów do rzemiosła do najmodniejszych ubrań. Co jeszcze warto zobaczyć w Melbourne?

  • Queen Victoria Market – podobno największy targ na świeżym powietrzu na półkuli południowej,
  • National Gallery of Victoria (NGV) – najstarsza australijska Galeria (założona w 1861 roku),
  • australijskie centrum ruchomego obrazu (ACMI), świat filmu, telewizji i kultury cyfrowej,
  • muzeum sztuki nowoczesnej.

Melbourne: pogoda i klimat

W Melbourne klimat określa się mianem przejściowego morskiego. Zimą temperatury w Melbourne są najniższe spośród stolic stanów kontynentalnej Australii. Najniższe zanotowane wskazanie słupka rtęci to -2,8°C, czyli temperatura jak na Australię dość niestandardowa. I choć zimą mieszkańcy Melbourne muszą się zmierzyć z dużą ilością opadów, śnieg zdarza się wyjątkowo rzadko. Przypadające na styczeń i luty lato, w Melbourne jest wyjątkowo suche i upalne. Najwyższa zanotowana temperatura wynosiła 46,4°C. Wiosna i jesień to czas znacznych różnic temperatur pomiędzy dniem i nocą. Nadchodzące od strony morza fronty atmosferyczne przynoszą ze sobą burze, wichury oraz intensywne deszcze. Zazwyczaj są one krótkotrwałe, a po ulewie ponownie wychodzi słońce.

Melbourne: Dzień pierwszy

Targ Queen Victoria Market znajdował się nie więcej niż 200 metrów od naszego apartamentu.  Olbrzymi. Coś na kształt połączonego bazaru Różyckiego z Halą Mirowską, Banacha, Polną i wszystkimi innymi halami w Warszawie. Niesamowity koloryt, zwłaszcza jak patrzy się na budynek bazaru pod słońce, za którym znajdują się „hiper-wielkie” wieżowce. Super. Kakofonia potraw, twarzy, języków. Bardzo pogodnie. Zaułki z zabitymi deskami oknami i malowidłami na ścianach nie budzące cienia zagrożenia, strachu czy niepewności. Pierwsze moje wrażenie – Melbourne jest cudowne. Inne niż wszystkie dotąd widziane australijskie miasta.

Okazało się więc, że mieszkamy w ścisłym centrum, czyli City, o czym świadczył widok z okna naszego apartamentowca. Po powrocie z zakupów udaliśmy się na spacer. Tym razem w przeciwną niż bazar stronę. Zatrzymaliśmy się w Melbourne Central i przyznam, że do tej pory czegoś podobnego nie widziałem. Kompleks odrębnych, budowanych w różnych okresach architektonicznych budynków, specjalnie adaptowanych do celów handlowych, połączonych ze sobą estakadami, przejściami, rozciągającymi się pod i nad ulicami. Setki sklepów. Na mnie wrażenie zrobiła przede wszystkim olbrzymia ceglana wieża pod kopułą, w głównym budynku oraz food courty – bary i restauracje wszelkiego rodzaju. Dziesiątki miejsc do jedzenia czyniące wrażenie, że cały market służy wyłącznie jako miejsce do spożywania posiłków.  I znowu kolory, twarze, języki wszystkich stron świata. Sklep Pandory. Jest to chyba jedyny sklep z rzeczami niepotrzebnymi, którego istnienie akceptuję bez wahania. A ten w Melbourne jak mi się wydało, był najlepiej zaopatrzonym z tych, które do tej pory widziałem. A przecież już parę ich było (na całym świecie). Dalej spacer w stronę rzeki do Flinders Street, ale byliśmy już trochę zmęczeni. Ponieważ istniało prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że moja żona z powodu zmęczenia niechybnie zrobi mi awanturkę, to po 17 tej wróciliśmy już do apartamentu, w którym mogłem się wykąpać i przebrać w czyste rzeczy, bo wreszcie mieliśmy pralkę.

Na koniec zdobywałem tego dnia najtrudniejszą w Australii do tej pory sprawność –  fryzjera – próbując ufarbować mojej żonie odrosty.  Czas do momentu, gdy miałem zobaczyć wyniki swojej pracy fryzjera dłużył się niemiłosiernie, bo przecież powszechnie wiadomo co Księżniczki robią z tymi, którzy źle wykonają swoją pracę – ścięcie Ja jestem jednak dobrej myśli. Jeśli jednak dziennik zakończy się w tym miejscu to znaczy, że się myliłem i było to ostanie w moim życiu farbowanie Żonie włosów.

Melbourne: Dzień drugi

Już o 8:30 udało mi się wstać z łóżka. Moja Wspaniała Żona, moja Życiowa Podpora straszy mnie, że w moim wieku, jak będę tyle spał to mogę się kiedyś nie obudzić. Obraziłem się więc. Poszliśmy spacerkiem do kościoła Saint Francis’ Church na msze o godzinie 11:00. Przeżyliśmy niemały szok. Mnóstwo ludzi.  Do tej pory poza Polską widziałem pełen kościół chyba tylko raz – w Santiago w Hiszpanii. Tutaj, moją uwagę przykuła – od razu – obecność w kościele przy ołtarzu parudziesięciu chórzystów i orkiestry. Wprawdzie poprzedniego dnia czytałem, że o 11:00 w niedziele planowana jest msza z chórem, ale to, co się wydarzyło później przekroczyło wszystkie moje wyobrażenia. Uroczyste wejście księdza – a raczej trzech – przy dźwiękach pięknej pieśni śpiewanej przez chór. Orkiestra to też nie był jakiś tam kwartet, lecz duża część pełnej obsady symfonicznej z sekcją bębnów. Chór i orkiestra stanowili główny element celebrowanej mszy. Ksiądz właściwie tylko statystował. Wyglądało to wszystko razem jak jedno wielkie przedstawienie i to do tego z naszym udziałem. W pewnej chwili, podczas śpiewania psalmów pomiędzy czytaniami, odniosłem wrażenie że uczestniczę w najprawdziwszym musicalu, w Upiorze w Operze, może w Nędznikach……

Dawno nie miałem takiego duchowego i estetycznego, nie było to może do końca tylko religijne, przeżycia…. wyszliśmy ze mszy zszokowani i zdumieni. W kilka chwil po wyjściu doczytałem w programie, że we mszy brała udział orkiestra symfoniczna Melbourne wspomagana zawodowymi wokalistami i chórem kościelnym. To był totalny odjazd. Całe szczęście – dla naszych wrodzonych polskich kompleksów – że była to uroczystość Chrystusa Króla, a nie zwyczajna msza, bo umarłbym chyba zazdroszcząc Australijczykom.

Melbourne: Dzień trzeci

Powoli spacerkiem, w nabierającym wczesnopołudniowego słońca Melbourne, z przystankiem na kawę, doszliśmy do autobusu Hop On – Hop Off. Kupiliśmy bilety na 48 godzin. Gdyby tak nie wiało – zmarzliśmy (a zwłaszcza moja Druga Połowa) na kość – wycieczka byłaby super. Nigdy nie zobaczylibyśmy tylu rzeczy w Melbourne, ile obejrzeliśmy podczas dwugodzinnej jazdy. Dzięki temu dowiedzieliśmy się dokąd należy pójść na spacer. Drugą część podróży (drugą linią autobusową) zaplanowaliśmy na kolejny dzień. Wracaliśmy przez centrum handlowe, o którym już wspominałem. Byłem chyba pod jeszcze większym jego wrażeniem, niż poprzednio. Setki metrów przechodziliśmy z budynku do budynku pod i nad ziemią. Setki sklepów, nie widziane w Europie marki, zapachy perfum….

Ponad godzinę łaziliśmy w poszukiwaniu jakiegoś jedzenia, ale w Melbourne – mimo mnogości barów i restauracji – nie mogliśmy dobrać satysfakcjonującego nas menu. W zasadzie są albo restauracje sieciowe albo azjatyckie. Wybór jedzenia to w przypadku nas dwojga, jest okazją do nielicznych sprzeczek. Tak było i tym razem, po czym poszliśmy do czegoś chyba tajlandzkiego i w nagrodę zjedliśmy przepysznie – Żona wrapa, a ja kurczaka. Do jutra sprzeczki mamy z głowy.

Na przejściu dla pieszych zaczepiła nas Azjatka (mogła mieć 20,a mogła mieć 35 lat) i najpierw wypytała nas skąd jesteśmy, na jaki czas przyjechaliśmy, a potem opowiadała, że  w Melbourne w ostatnich latach wszystko zmieniło się  na gorsze, a to przez napływ (sic!) Azjatów. Idąc i gadając z nią doszliśmy prawie do naszego apartamentu….. i dzień dobiegał końca. Było nie na tyle późno, abym nie mógł zakończyć procesu kolejnych rezerwacji w Australii związanych z naszym podróżowaniem. Zrobiłem co należało i od tego momentu pozostało mi jedynie zarezerwować wycieczkę na Fraser Island.

Melbourne: Dzień czwarty

Będąc gotowym do wyjścia z hotelu, w oczekiwaniu na zakończenie przez moją Żonę kolejnego rozdziału  książki, wykorzystałem czas ,aby zejść na dół do recepcji i zarezerwować transfer na lotnisko. Okazało się bowiem, że kupując 48 godzinny Hop On – Hop Off, w cenie mamy wliczony również bezpłatny transfer na lotnisko w Melbourne.

Po czym (i po zakończeniu przez Księżniczkę rozdziału) ruszyliśmy na „czarną trasę” autobusu turystycznego. Na 6 przystanku, przy plaży, przy marinie nad morzem postanowiliśmy wysiąść i odbyć dalszą część podróży spacerem. Pierwsze, co zauważyłem w marinie, to łodzie składowane w piętrowych hangarach. Czegoś takiego w Polsce nie widziałem. Po przejściu pewnie z półtora kilometra zatrzymaliśmy się w restauracji na odpoczynek. Przyjemnie było ruszyć dalej tym bardziej, że gdzieś po kolejnym kilometrze znaleźliśmy się na molo pewnie długości tego w Sopocie. S-t Kilda Pier zakończone jest fajnym barem, a w bok od baru odchodzą jeszcze dwa parusetmetrowe: falochron i pomost dla łodzi. Super przyjemnie jest pić kawę, wystawiając jednocześnie twarz do słońca, otoczonym zewsząd wodą bezkresnego oceanu. Ech słońce…

Słońce i pogoda w Melbourne to oddzielny temat. W zasadzie świeciło przez cały dzień. Szkopuł w tym, że jak znajdowaliśmy się chwilę w cieniu, w autobusie na piętrze, na wietrze nad morzem, to wiało jak diabli. Więc zakładaliśmy kurtki, zdejmowaliśmy kurtki, zakładaliśmy i tak cały czas. Kolejnych parę kilometrów spaceru i doszliśmy do kolejnego wniosku, że powinniśmy przejechać kawałek autobusem. Spóźnił się 15 minut, ale do autobusów w Australii zdążyłem się już przyzwyczaić. Wysiedliśmy po dwóch przystankach i mogliśmy znowu podążać pieszo w kierunku hotelu. Poszliśmy jednak w kierunku odwrotnym. Nim wróciliśmy na właściwą drogę, dotarliśmy do apartamentu z ledwością (znaczy się kompletnie zmęczeni). W rejonie, w którym mieszkaliśmy spotykaliśmy na ulicach bardzo dużo Azjatów. Dla mnie to dziwne, bo mieszkamy w ścisłym centrum Melbourne. Chyba po powrocie do Polski należy pogłębić studia o Australii również w powyższym temacie.

Słowo o toaletach w Australii. Może nie wszystkie są ekstra nowoczesne, ale z cała pewnością należy napisać, że są tak czyste jak to tylko możliwe, dostępne bez ograniczeń i jest ich bardzo dużo. Gdybym miał przez pryzmat toalet mierzyć poziom cywilizacyjny, to Australia miała by miejsce pierwsze, a Włochy ostatnie. Polska pośrodku.

Wymyśliłem jeszcze sobie, że w zasadzie to możemy bez pośrednictwa biura podróży jechać do Tokyo. To musi być dziecinnie proste J. Złota ta myśl wpadła mi do głowy po dokonaniu rezerwacji wycieczki na Fraser (wystarczy wejść na https://www.getyourguide.pl/ ).

Melbourne: Dzień piąty

Zgodnie z planem ruszyliśmy rano autobusem City Tour (czerwona linia) do włoskiej dzielnicy Melbourne.  Zawsze mnie w miastach takich jak Melbourne pociągały, o ile istnieją, enklawy etniczne. Oczywiście z takimi podziałami na dzielnice, jakie widziałem w latach 90-tych w Chicago, nigdy potem chyba nie spotkałem się, ale staram się znaleźć części miast naznaczone losami emigrantów tam zamieszkujących. Niestety, w ostatnich latach jedynymi, którzy moim zdaniem wszędzie – gdzie się  pojawią  – odciskają piętno na wyglądzie miasta to Azjaci. Nie będę się wypowiadał z jakich krajów pochodzą – bo dla przeciętnego Europejczyka odróżnienie Chińczyka od Japończyka czy Koreańczyka jest w zasadzie niemożliwe.

W Melbourne niby jest Chinatown, obok naszego apartamentu jest dzielnica wietnamska ale tak naprawdę całe City jest azjatyckie. Śmiem twierdzić, że jeszcze jedno pokolenie i trudno będzie w City znaleźć „nie Azjatę”. Ale wróćmy do wycieczki, która miała na celu pokazać nam włoskie „klimaty”. I nie powiem – trochę ich było. Ale to niewiele w porównaniu z tym, co napisałem wyżej. Jakieś pizzerie, jakieś bary ale to wszystko dalekie od tego, żeby włoskie akcenty zdominowały dzielnicę. Nie powiem, miła okolica i to wszystko. Spacer po niej zajął nam pewnie 15 – 20 minut i znaleźliśmy się z powrotem w City. Ze względu na tempo w jakim zrealizowaliśmy pierwszą część planów, przyspieszyliśmy mając nadzieje, że „załapiemy” się na wcześniejszy autobus do ogrodu botanicznego. Spóźniliśmy się trzy minuty i musieliśmy spędzić godzinę w kawiarni czegoś takiego nowoczesnego – nie wiem  czego (i nie muszę przecież wiedzieć, ale się dowiedziałem, że to było australijskie centrum ruchomego obrazu – ACMI). Posiedzieć godzinę bez celu na wczasach i pogadać to przecież nie jest grzech.

W Australii naprawdę atrakcją nr 1 jest dla mnie przyroda. Tym razem odwiedziliśmy Królewski Ogród Botaniczny, którego zwiedzanie sprawiało nam olbrzymią przyjemność. Nie chce mi się powtarzać i opisywać ogrodu tym razem w Melbourne, ale każdemu polecam jego obejrzenie. Dla mnie to punkt obowiązkowy. „Odfajkowanie” następnego punktu obowiązkowego w Melbourne, czyli przejażdżka po City tramwajem, zresztą zabytkowym. Przejechaliśmy się i? Nie wiem co odpowiedzieć. Chyba tylko to: „tramwaj jak tramwaj”. Polecam zwłaszcza tym, którzy z pieszymi wycieczkami są na bakier. Tramwajem wróciliśmy do naszego mieszkania nastawić kolejne pranie, no i z powrotem do miasta na zakupy. Rano Małżonka upatrzyła sobie we włoskiej dzielnicy kurteczkę, ale nie było jej rozmiaru więc poszliśmy do Central Market (bo w sklepie powiedzieli nam, że będzie odpowiedni rozmiar). W kurteczce wyglądała ładnie, nawet bardzo. No i Pandora, czas na pamiątkę z Australii, a wcześniej widzieliśmy fajne chairmsy. Ale okazało się, że te fajne nie blokują innych na bransoletce więc pomysł upadł. W momencie uśpionej koncentracji „Księżniczki” pojawił się „Mikołaj” i dokonał zakupu pod choinkowego cacka. Jak będzie grzeczna to może dostanie pod choinkę.

Potem już całkiem oficjalnie, sklep Pandory w Melbourne sprezentował Jej Wysokości drobiazgi na rękę. Naprawdę ładne.

Z Central Market do naszego apartamentu nie było daleko, więc w wyjątkowo spokojny dzień zrobiliśmy prawie 17 500 kroków i aż strach pomyśleć co by było, gdybyśmy chcieli na poważnie zwiedzać Melbourne…

Czytaj dalej: Tasmania

Great Ocean Road w Australii

Great Ocean Road to dla wielu turystów główny cel przyjazdu do Australii. Wybierz się tam, by sprawdzić, co potrafią stworzyć żywioły i jak ogromna jest ich siła. W drogę!

Great Ocean Road w Australii

Great Ocean Road (oznaczana jako droga stanowa B100, wcześniej droga stanowa 100) jest malowniczą drogą o długości 243 km, biegnącą wzdłuż południowo-wschodniego wybrzeża Australii, pomiędzy miastami Torquay i Allansford w stanie Wiktoria. Droga, wraz z położonymi przy niej parkami narodowymi (znajduje się tam m.in. Park Narodowy Great Otway) oraz charakterystycznymi obiektami (m.in. Dwunastu Apostołów) jest jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych Australii i znajduje się na liście dziedzictwa Australian National Heritage List.

Podobno każdego roku przybywa tą drogą ok. 6,5 do 7,5 miliona turystów. Wschodni kraniec drogi znajduje się w odległości około 100 km na zachód od Melbourne, a punktem wypadowym do podróży jest miasto Geelong. Great Ocean Road jest największym na świecie pomnikiem ofiar wojny. Droga została zbudowana po I wojnie światowej (w latach 1919 – 1932) przez żołnierzy, którzy wrócili z wojny. Praca została wykonana w hołdzie ich poległym kolegom.

Dla nas Great Ocean Road miała swój początek w mieście Allansford, w pobliżu miasta Warrnamboo, największego znajdującego się przy tej trasie. Nie jest to autostrada, jak myślałem na początku, tylko droga dwukierunkowa jednopasmowa, której dopuszczalna prędkość waha się w wartościach od 50 do 100 km/h.

Znaczna część drogi biegnie wzdłuż wybrzeża, którego odcinek między miastem Torquay, a przylądkiem Otway jest znany jako Surf Coast, natomiast odcinek położony na zachód od przylądka Otway jako Wybrzeże Wraków – w tych miejscach droga zapewnia widoki na Cieśninę Bassa. Droga biegnie również przez obszary porośnięte lasami deszczowymi – których wcześniej szukałem w przewodnikach i na mapie – oraz pokonuje plaże i klify.

Najważniejszymi miejscowościami znajdującymi się na trasie są (patrząc od strony Allansford):

  • Peterborough,
  • Port Campbell,
  • Lavers Hill,
  • Apollo Bay,
  • Kennett River,
  • Wye River,
  • Lorne, Aireys Inlet
  • Anglesea.

Port Campbell jest popularne ze względu na znajdujące się w jego okolicy formacje skalne, składające się z wapnia i piaskowca, m.in. Lock Ard Gorge, The Grotto, London Arch (w przeszłości znane jako London Bridge) oraz Dwunastu Apostołów. Na odcinku w pobliżu miasta Geelong droga wije się wzdłuż wybrzeża oraz wysokich, niemal pionowo ułożonych klifach. Australijskie towarzystwo ubezpieczeń Royal Automobile Club of Victoria w swojej ankiecie Victoria 101 umieściło drogę jako najlepsze turystyczne doznanie.

Great Ocean Road: Bay Of Islands

Ruszyliśmy więc w kierunku Melbourne i pierwszego dnia mieliśmy tyle wrażeń jakby minęło chyba ze 3 dni. Już przed 11-tą dotarliśmy do pierwszej z atrakcji na Great Ocean Road, czyli do Bay Of Islands. Piękny widok. Plaża w zatoce dość szczelnie osłonięta przez piętrzące się klify. Zobaczyliśmy ogrom potęgi oceanu. I wynik jego działania przez miliony lat. Doprawdy, człowiek jest taaaki malutki i przy tym bywa pełen olbrzymiej pychy twierdząc, że może ujarzmić przyrodę.

The Grotto, Great Ocean Road
The Grotto, Great Ocean Road. Źródło: Wikipedia

Great Ocean Road: The Grotto i London Bridge

Kilka kilometrów dalej, natura znowu zabawiła się w rzeźbiarza wykonując misterną rzeźbę łuku The Grotto. Kilka kilometrów dalej, przed Port Campbell kolejne cudo natury – London Bridge, z którym – jak opisują portale internetowe – związana jest historia romansującej pary, która została odcięta od świata, gdy naturalne połączenie półwyspu z lądem runęło do morza, a oni pozostali na powstałej w ten sposób wyspie.  Właśnie takie historie powodują (nie romansu, a zawalenia się istniejącej grobli), że tym bardziej świadom jestem ograniczeń gatunku ludzkiego. Nawet takie budowle przyrody, wskutek niedostrzegalnego zaniku równowagi w przyrodzie, giną w otchłaniach fal.

London Bridge, Źródło: Wikipedia

Podczas przerwy w Port Campbel, w restauracji, jedząc kiełbaski zastanawiałem się nad tym, że póki co,  Great Ocean Road mnie nie powala. Widziałem wyższe klify (Madera), bardziej spektakularnie wijące się drogi (Chorwacja). Ale prawdą jest, że Great Ocean Road ma coś, czego nie widziałem nigdzie indziej. Harmonia doznań. Odczuwałem to zwłaszcza na odcinku drogi po obejrzeniu 12 Apostołów, gdy chwilami wydawało mi się, że jeżdżę po Bieszczadach, by za moment zobaczyć połyskującą w słońcu taflę morza. A potem  rajski widok tuż przed Apollo Bay…

Zatoka wraków, czyli Loch Ard George

Ale po kolei. Następne było Loch Ard George – zatoka wraków oczywiście – jak to w Australii – z własną historią. Tym razem jest to opowieść o dwóch uratowanych rozbitkach w roku bodajże 1872. Okolica robi naprawdę imponujące wrażenie. Przypomniały mi się oglądane kiedyś przeze mnie zdjęcia z morza – chyba południowo chińskiego – gdzie z wody wystają skały jak maczugi, a to wszystko spowite we mgle. Podobnie jest tutaj.

Jeszcze nie otrząsnęliśmy się z krajobrazowego zachwytu i jesteśmy na brzegu nie opodal 12 Apostołów, miejsca – symbolu atrakcji turystycznych w Australii https://en.wikipedia.org/wiki/The_Twelve_Apostles_(Victoria). Zdjęcia – sądzę – są we wszystkich materiałach turystycznych dotyczących Australii. Nie będę się wypowiadał na temat uroku tych naturalnych rzeźb przyrody, które jeszcze przed 50 laty nosiły przyziemne nazwy świnek. Po raz kolejny jestem pełen podziwu – i to nie żart – dla Australijczyków potrafiących eksploatować cokolwiek, co może mieć wartość turystyczną.

Great Ocean Road: 12 Apostołów

Wyobraźmy sobie, że przy skale w Ojcowie (słynna maczuga) postawimy Visitor Centre. Albo przy zamku w Bolkowie. I ludzie będą „walić” drzwiami i oknami, aby to zobaczyć. Jedyne porównanie tłumu jakie mi się nasuwa przy okazji oglądania 12 Apostołów, to widziany przed trzema tygodniami inny tłum na murze chińskim. Ale żeby nie było wątpliwości – naprawdę warto było tutaj przyjechać!

12 Apostołów, Australia
12 Apostołów. Źródło: Wikipedia

W odróżnieniu od Cape Otway, który był kolejnym naszym celem. Mieliśmy nadzieję na piękne widoki, ale gospodarze doszli chyba do wniosku, że jak ktoś specjalnie zboczy o 15 kilometrów z głównej drogi, to bez zmrużenia oka zapłaci 20 dolców za wejście na latarnie. Nie zapłaciliśmy, nie weszliśmy, wróciliśmy na główną drogę.

Mimo zapowiadanego deszczu, nie spadła nawet kropla. Chciałem, aby tak pozostało bo miałem ostatnią niespodziankę na ten dzień  – las deszczowy. To była w zasadzie miniatura lasu deszczowego pozwalająca na 40 minutowy spacer. Ale jaki wspaniały. Jeszcze nigdy nie miałem podobnego wrażenia obcowania w takiej bliskości z roślinnością, która odurzała i zniewalała zarazem. Przez chwilę zastanawiałem się, czy  – co nie było możliwe – nie zbłądziliśmy. Niesamowitość miejsca powodowała, że zdawało się, że nic nie ma poza tym miejscem.

Great Ocean Road: Apollo Bay

Był to piękny akcent podsumowujący dzień, więc pomyślałem ze starczy i może przenocujemy w Apollo Bay. Jest to miejscowość położona nad oceanem rozpostarta niemal jak mityczna Grecja nad Morzem Śródziemnym. Wynajęliśmy domek kempingowy (bardzo porządny) z widokiem na morze. Zaczęło padać. Kolorowe papugi podlatywały do karmika na tarasie naszego domku, pozwalając obserwować rytuał jedzenia. Naprawdę fajnie….. Byliśmy już  jedyne 260 kilometrów od lotniska w Melbourne, gdzie za 36 godzin mieliśmy oddać wypożyczony samochód. 

Następnego dnia rano moja żona kombinowała, jak by tu dalej nie jechać, tylko przedłużyć pobyt do następnego dnia. Nie dziwiłem się, bo lało jak z cebra, wiatr, a w domku cieplutko i cudowny widok na morze. Ale nic z tego. Okazało się, że wszystkie domki były już zarezerwowane. Trzeba się było zbierać.  Trudno. Wyruszyliśmy razem z deszczem o 10:00, by po parunastu minutach jazdy zatrzymać się na poboczu napawając się widokiem wzburzonego morza. Musiałem odwołać wszystko, co myślałem do tej pory niepochlebnego na temat walorów widokowych Great Ocean Road.

Od Apollo Bay wiedzie ona samym brzegiem morza, albo tuż przy plaży, albo wznosi się na parędziesiąt, może nawet paręset metrów nad poziom morza. Wygląda to cudownie. My się raz pięliśmy drogą w górę, a za chwilę opadaliśmy w dół. Do tego to wzburzone morze. Gdzieniegdzie amatorzy ekstremalnych wrażeń pływali na deskach….

Great Ocean Road: wodospad

Padało również, gdy dojechaliśmy do Lorne. To kolejna urocza, pięknie położona miejscowość. Odbiliśmy drogą w bok o 10 kilometrów, bo wyczytałem, że jest do obejrzenia wodospad. Ponoć najwyższy, bo 30 metrowy, wodospad w Wiktorii. Nigdy dotąd (do przyjazdu do Australii) nie przyszło mi chyba do głowy, żeby aż tak zachwycać się przyrodą. Powietrze nad wodospadem – w lesie przypominającym las deszczowy – doskonałe. I te zapachy. Wodospad Erskine Falls – piękny.

Pojechaliśmy dalej, podczas jazdy to padało, to po chwili po deszczu nie było śladu.  Dojechaliśmy do Aireys Inlet i ruszyliśmy w kierunku latarni morskiej. Na szczęście była zamknięta, więc pewnie oszczędziliśmy ze 40 AUD, ale tak wiało, że mimo pięknych widoków uciekliśmy czym prędzej do samochodu. Trochę żałowałem, że nie zatrzymaliśmy się parę kilometrów wcześniej przy pomniku poświęconym budowniczym drogi – Memorial Arch at Eastern View. Na drodze co parę kilometrów roboty drogowe, ale nam to nie przeszkadzało, bo i tak zatrzymywaliśmy się co jakiś czas podziwiać morze. Deszcz raczej oszczędzał naszą odzież. Padało, gdy byliśmy w samochodzie. Podczas naszych spacerów nie padało.

Już rano zarezerwowałem  motel w Gelong, więc nie mieliśmy żadnego stresu związanego z noclegiem. Pomyliłem dwa razy drogę. Raz – z lenistwa – bo nie chciało mi się włączyć GPSa i zamiast do Gelong pojechałem w kierunku Melbourne. Drugi – dla odmiany znowu z lenistwa, bo nie sprawdziłem jaki adres docelowy wbiłem w do nawigacji. Mimo tych pomyłek  dojechaliśmy parę minut po 14:00 do motelu.

Jazda australijskimi drogami

Po blisko tygodniu jazdy z lewej strony drogi czułem się coraz lepiej. Jeszcze miałem kłopot z cholernymi kierunkowskazami. Popracuje nad tym w Hobart. Za to moje – Polaka w Australii – opinie, co do kierowców Australijskich są nienajlepsze. Nie ruszą z miejsca, jak nie ma 100 % pewności, ze wszystko jest bezpieczne. Oczywiste jest to, że – w związku ze swoim stylem jazdy – poruszają się bezpiecznie, ale w Warszawie (nie mówiąc o Paryżu czy Rzymie) na pewno by zaginęli…….

Za to są nienormalnie (jak na nasze polskie warunki) spokojni. Cierpliwie czekają aż ktoś wyjedzie, aż pieszy przejdzie i w podobnych do tych sytuacjach. Zastanawiałem się dziś, czy widziałem rozmawiającego podniesionym głosem Australijczyka i stwierdzam, że chyba nie. Dziwny kraj. J  Acha, zaczęliśmy czwarty tydzień podroży. Zuchy jesteśmy!!!

Policzyłem, nocleg w Geelong był w ósmym miejscu, podczas naszego pobytu w Australii. Przedtem nocowaliśmy: w Sydney, Perth, Adelaide, Boudin Beach, Kingston SE, Allansford, Apollo Bay. Wstaliśmy wcześnie, aby jak najszybciej dojechać do Melbourne, zdać samochód, zameldować się  w hotelu. Ponieważ nie zapłaciłem za motel poprzedniego dnia, to musiałem to uczynić rano, a pracownicy moteli W Australii niekoniecznie przychodzą do pracy na siódmą rano. W efekcie wyjechaliśmy po 8:30. Na pocieszenie pozostał nam fakt, że w Geelong podjąłem „ważne decyzje logistyczne”, tzn. co będziemy robić po przyjeździe do Brisbane. Otóż zarezerwowałem noclegi 3 i 4 grudnia w Hervey Bay, w apartamencie oddalonym od Brisbane o około 300 km. Oznacza to, że pojedziemy na wycieczkę na wyspę Fraser. Ten kierunek polecała mi bezwzględnie moja znajoma ze Śląska. Będziemy musieli jeszcze tylko wynająć auto w Brisbane i zaplanować noclegi 5, 6, 7 grudnia.

Rankiem niewiele mi się udawało. Próby umycia samochodu po drodze do Melbourne skończyły się niepowodzeniem. Do tej pory nie widziałem w Australii automatycznej myjni przy stacji benzynowej.  A ja mam niechęć do mycia samochodu w myjni ekologicznej (chyba uraz z dzieciństwa, kiedy to codziennie myłem samochód mojego taty). Do tego zaplanowałem, że zatankuje tuż przed zdaniem auta do wypożyczalni, czyli przed lotniskiem, a przez ostatnie 20 kilometrów nie było stacji benzynowej. Objechałem więc za pierwszym razem wjazd na lotnisku do wypożyczalni i pojechałem w poszukiwaniu stacji. Na szczęście stacja benzynowa była nieopodal. Samo zdanie samochodu odbyło się bardzo szybko i zajęło może 3 minuty. Zdobyłem po drodze nowe doświadczenie – po raz pierwszy zostałem obtrąbiony przez kierowcę australijskiego, ale powodem do dumy napawa mnie fakt, że nastąpiło to wskutek ewidentnego, zaplanowanego przeze mnie, wymuszenia. Jest to dowód, że zaczynam w ruchu lewostronnym czuć się normalnie.

Z parkingu wypożyczalni do przystanku autobusowego było kilkadziesiąt metrów ale pomny, że podobno Skybus jest drogi, szukałem tańszego rozwiązania. Nie znalazłem. Podróż do miasta dla jednej osoby to koszt 19:50 AUD. Zgroza. Bardzo drogo. Nie kupowałem tym razem karty na transport (w Melbourne nazywa „myki card”) więc przeszliśmy od końcowego przystanku autobusu (ze stacji kolejowej) do apartamentu (1 200 metrów) pieszo. Spociłem się ciągnąc nasze walizki. W hotelu byliśmy o 11:30,  a doba hotelowa rozpoczynała się o 14:00. I kiepski tego dnia mój los, wreszcie się do mnie uśmiechnął. Zameldowali nas po 5 minutach…

Czytaj dalej: Melbourne. Australia

Wyspa Kangurów (Kangaroo Island), Australia

Co zobaczyć na Wyspie Kangurów? Kiedy odwiedzić jedną z największych wysp Australii? Jak kształtuje się pogoda na Kangaroo Island? Sprawdź, zanim pojedziesz!

Wyspa kangurów: pogoda

Mówiąc o pogodzie na Wyspie Kangurów musimy pamiętać o tym, że w Australii pory roku są odwrócone. Zima na Kangaroo Island zaczyna się w czerwcu, a kończy we wrześniu i to na te miesiące przypada większość opadów. Przeciętnie temperatura w tych miesiącach waha się między 13°C a 16°C. Najlepszą porą na zwiedzanie wyspy zapewne jest wiosna i jesień. Latem jest ciepło i sucho, jednak słupek rtęci rzadko przekracza 35°C. Najgorętszym miesiącem w roku jest luty.

Kangaroo Island mapa
Wikipedia

Wyspa Kangurów: co zobaczyć?

Kangaroo Island jest trzecią co do wielkości wyspą, po Tasmanii i wyspie Melville’a, w Australii. Leży około 110 kilometrów od Adelaide. Na wyspie znajduje się kilka rezerwatów przyrody z największym i najbardziej znanym – Flinders Chase National Park. Kangaroo Island jest jedną z najpopularniejszych atrakcji turystycznych południowej Australii, przyciągając ponad setki tysięcy odwiedzających każdego roku.

Najbardziej popularnymi atrakcjami turystycznymi na Wyspie Kangurów są m.in.:

  • Seal Bay – oferująca spacery między lwami morskimi;
  • Flinders Chase National Park, który obejmuje Remarkable Rocks, Admiral’s Arch, latarnie morskie w Cape Borda i Cape du Couedici oraz wiele szlaków turystycznych;
  • Cape Willoughby;
  • Kelly Hill Caves;
  • Little Sahara (ogromne wydmy na południowym wybrzeżu);
  • laguny Murray;
  • Kangaroo Island Wildlife Park.

Smakoszom Wyspa Kangurów oferuje szereg gospodarstw, które sprzedają miód od pszczół. Było więc co zwiedzać, a do mnie jedynie należał wybór „co”, podczas jednodniowego pobytu.

Wyjątkowo kiepsko spaliśmy – chyba jakieś żyły wodne (?) – więc już o 8:30 gotowi byliśmy do wyjazdu, tak, że o 10:15 dojechaliśmy do Flinders Park. Byłem trochę zdezorientowany, gdyż wokoło chodzili wyłącznie ludzie ubrani jak do trekkingu. Patrząc na nich, my wyglądaliśmy jak dwa „stróże w Boże Ciało”, ubrani bez sensu. Sandałki, spodenki i koszulki na ramiączkach. A na planie okolicy w Visitor Center wyraźnie było widać, że do naszych atrakcji jest 15 kilometrów. Wydawało się, że jest „kicha”. Poszedłem do informacji zapytać dokąd – w pobliżu Visitor Centre – możemy iść na spacer i dopiero tam kobieta otworzyła mi oczy na fakt, że te 15 kilometrów mogę po prostu przejechać samochodem.
Więc później cały dzień było cudnie.

Wyspa Kangurów w Australii: atrakcje

W zasadzie na tym powinienem skończyć opis tego dnia, ale naprawdę – wszędzie gdzie pojechaliśmy – było po prostu cudnie. Najpierw Admirals Arch: piękny przylądek ze skałami wychodzącymi w morze, a na skalach wylegujące się lwy morskie. Widoki przepiękne. Na przylądku latarnia morska, której odpuściliśmy ze względu na deszcz, który zaczął padać.
Z przylądka udaliśmy się na Remalkable Rocks – układu gigantycznych skał koloru czerwonego, schodzących z lądu do morza. Tych wrażeń wzrokowych nie da się opisać.
Wróciliśmy do Visitor Centre, a tam na drzewach siedziały sobie trzy misie koala. Na zdjęciach wyglądały jak sztuczne, więc nakręciłem filmik, na którym jeden z „misiów” chyba nawet śpiewa. Jedynym mankamentem tych spacerów były dokuczliwe muchy. Obrzydzały nam piesze wędrówki podczas całego dnia.

Pojechaliśmy do Kelly Hill Caves na Kangaroo Island, ale w końcu nie weszliśmy do jaskiń. Temperatura przekroczyła już 35 stopni, muchy zachowywały się nieobyczajnie, więc i my chyba mieliśmy kryzys. Kolejnym naszym przystankiem była Seal Beach. Za 16 dolców od łba weszliśmy i obejrzeliśmy po raz drugi lwy morskie. Tym razem leżące na plaży. Setki sztuk. Australijczycy są mistrzami w pokazywaniu turystom tego, co mają. A mają niesamowitą przyrodę. Po raz kolejny byłem pod jej wrażeniem.

Kangaroo Island
Wikipedia

Z Seal Bay pojechaliśmy do Kingscote – głównego miasta Wyspy Kangurów. Według Wikipedii żyje tam około 1400 miejscowych. Miasteczko jak z amerykańskiego filmu. Kolorowe, stateczne, senne. Wypiłem piwo, a Małżonka lampkę wina i zrobiliśmy zakupy. Wracając do domu rozglądaliśmy się w poszukiwaniu biegających na wolności kangurów bo wszystko tutaj widzieliśmy, ale kangura na wolności nie. Z piętnaście kilometrów przed domem był!!! Siedział przy drodze i dopiero podczas robienia mu zdjęć wstał i udał się za krzaki. Po chwili pojawiły się kolejne kangury. Tak więc – zrealizowaliśmy nasz plan w 100% – zobaczyliśmy wszystko, co trzeba było widzieć na Kangaroo Island.

Co więcej okazało się, że obok w domku też mieszkali Polacy. Jak my – na urlopie od trzech tygodni, Podobnie jak my, podróżowali – trasą tylko, że od Brisbane do Adelaide. Rodzice z córką i zięciem. Od ojca dowiedziałem się, że muchy są tutaj zjawiskiem wiosennym i ten czas szybko przeminie. Dodatkowo opowiadał mi o lasach deszczowych, co – nie ukrywam – mnie zaciekawiło. Postanowiłem koniecznie sprawdzić tę informację. Gdzie one są? Te lasy deszczowe.

I znowu nie mieliśmy planów na następny dzień, dokąd jechać, gdzie nocować. Tak miało być przez kolejne dni.

Opuszczamy Wyspę Kangurów…

Już o 9:30 gotowi byliśmy do wyjazdu z Boudin Beach – naszej kwatery na Kangaroo Island. A wiec lajtowo, biorąc pod uwagę, że prom zaplanowany był na 11:30. Moja Druga Połowa po drodze znowu zobaczyła dwa kangury, więc zawróciliśmy, ale kangury uciekły w krzaki. Przeczekały  niebezpieczeństwo, czyli nas, i pewnie potem wyszły.

W Penneshaw (miejsce gdzie znajdowała się przystań promowa) zatankowałem trochę paliwa do samochodu i dalej na prom w nadziei, ze załapiemy się na wcześniejszy niż ten, na który mieliśmy wykupiony bilet. Nic z tego. Popłynęliśmy więc planowo, a czas wykorzystaliśmy na zarezerwowanie noclegu w Kingston SE, które położone jest około 370 kilometrów od Cape Jervis. Czyli określiliśmy swój cel do osiągnięcia w ciągu nadchodzącego dnia.

Fajnie tak płynąć sobie promem w kolejne nieznane. Do Cape Jervis mieliśmy niespełna 15 km przez Ocean Południowy. Ale to brzmi. O c e a n   P o ł u d n i o w y. Kiedyś w ogóle nie wiedziałem, że jest taki ocean. Niezbadane są wyroki Najwyższego. Z Cape Jervis ruszyliśmy w kierunku Melbourne przez Victor Harbor. W Victor Harbor – jak już pisałem – podobno można spotkać pingwiny. Prognoza pogody nas nie rozpieszczała. Zapowiadała pod koniec dnia deszcz w Kingston. Kolejnego dnia, w drodze do Warrnambool,  raczej też  i kolejnego, w drodze do Melbourne, podobnie. Ale jak to będzie, jak już się niejednokrotnie przekonaliśmy, miało się okazać później.

Victor Harbor: wyspa pingwinów

Po zjechaniu z promu, na początek przejechaliśmy 60 km do Victor Harbor. Parotysięczna, fajnie wyglądająca miejscowość. Jak to jest, że w Australii wszystkie podobne do Victor Harbor wielkości miejscowości wyglądają jakby były zbudowane z gotowych zestawów możliwych do kupienia w Ikei? Wszystko jest jakby poukładane. I jeżeli jest chociażby skrawek czegokolwiek, co mogłoby być wykorzystane jako atrakcja turystyczna, to się zrobi. Tak jest w Victor Harbor.

Wyspa oddalona o paręset metrów została połączona drewnianym mostem z lądem. Na moście kursujący tramwaj konny. Wyspa przystosowana do pieszej wycieczki, trasa około 1500 metrów. Urozmaicona dodatkowo czymś co „robi” tutaj za eksponat sztuki (za szereg eksponatów). Nic przy tym z „klimatów” Disneylandu i wyjątkowo wszystko – poza tramwajem – za darmo. O ile dobrze dostrzegłem –  nieopodal wyspy jakiś – umocowany na morzu sztuczny twór, który „robi” za restaurację. Spędziliśmy sympatyczne około dwóch godzin, popatrzyliśmy na pingwiny i dalej w drogę do Kingston.

Dalej, w drogę!

Nie licząc – niespodziewanej dla nas – przeprawy promem przez rzekę Murray, po około 150 kilometrach dotarliśmy do Meningie, w którym zrobiliśmy zakupy i zjedliśmy spóźniony lunch. W miasteczku wszystko wyglądało podobnie jak w innych, do tej pory mijanych. Przejechaliśmy kolejne 150 kilometrów i Kingston SE. Przy wjeździe olbrzymi pomnik homara – w Australii takie twory to norma.

Nie byłem zdziwiony, że na ostatnim etapie naszej podróży nie wyprzedził nas nikt, a minęło nas z naprzeciwka może 20 – 30 samochodów. Przyzwyczajałem się, że największym wyzwaniem podczas jazdy w Australii są chyba zwierzęta. Podczas jazdy mały ptak wpadł mi na przednią szybę – aż strach pomyśleć co by było, gdyby to był większy…. Bez problemu znaleźliśmy zamówiony nocleg. Za 115 AUD, mający 120 – 140 metrów luksusowy apartament. Przesympatyczni gospodarze i niespełna 50 metrów (przez wydmę) do morza. Życie jest piękne!

Kolejnego dnia nie mieliśmy zbyt ambitnych planów. Dojechać do Warrnambool o takim czasie, aby następnego dnia od razu ruszyć na Great Ocean Road. Wyjechaliśmy o 10:00, więc wydawało się, że o 13:30 będziemy na miejscu. Ale poszło nie tak jak myśleliśmy, bo około 12:00 zatrzymaliśmy się na kawę w Mount Gambler i zeszła godzinka. Potem zdziwiony zauważyłem, że czas przyspieszył, a to na granicy Victorii czas „przeskoczył” o pół strefy czasowej.

W ogóle warto odnotować, że dotarliśmy w Australii do kolejnego, czwartego stanu. Byliśmy kolejno w Nowej Południowej Walii,  potem w Australii Zachodniej, Południowej, no i Wiktoria. Jechaliśmy to w strugach deszczu, to w słońcu. Chwilami było 12 stopni ciepła, a po chwili już 18. Szalony kraj. Olbrzymie przestrzenie, w ogóle olbrzymie wszystko. Jak stado krów to dziesiątki, jak owiec to setki. Winnice obejmujące setki, może tysiące hektarów. Majestatyczne pola z samojezdnymi podlewaczkami o ramionach chyba 50 metrowych, co w sumie potrafi dać 200  – 300 metrów szerokości podlewania.

Będąc w Mont Gambler, zarezerwowaliśmy motel usytuowany na początku Ocean Road, czyli w Allansford. Warunki motelowe niezłe przy rozsądnej cenie, co stwierdziliśmy po przybyciu. Ale byłem zmęczony. Zmęczeni, poczekaliśmy na otwarcie baru, aby coś zjeść. Kuchnie w barze otwierali dopiero o 18:00, więc od razu po kolacji postanowiliśmy iść spać (oczywiście przedtem miałem do przygotowania plan podróży na następny dzień).

Czytaj dalej: Podróż Great Ocean Road

Adelaide. Australia

Co zobaczyć w Adelaide? Jak korzystać z transportu w mieście i dokąd udać się po wyjechaniu z niego? Sprawdź!

Adelaide w Australii

Adelaide (wym. [ˈædəleɪd], Adelajda), nasz kolejny cel podróży, to stolica stanu Australia Południowa. Jest położona nad Oceanem Indyjskim u ujścia rzeki Torrens. Nazwa miasta Adelaide pochodzi od – ciekawostka – imienia żony Wilhelma IV Hanowerskiego królowej Adelajdy. Piąte co do wielkości miasto w Australii z liczbą ludności wynoszącą 1,35 mln mieszkańców leży w strefie klimatu subtropikalnego typu śródziemnomorskiego.

Pierwsi mieszkańcy terenów na których później powstała Adelaide to byli oczywiście Aborygeni, którzy nazywali ten region „Tandanya” (krainą czerwonych kangurów). Brytyjscy osadnicy utworzyli prowincję pod nazwą Australia Południowa w 1836 roku. Adelaide została zaplanowana jako miejsce nowo powstającej kolonii dla wolnych emigrantów z Europy (a nie jak w przypadku pozostałych stanów Australii dla zesłańców z Anglii). Gwarantowano przyszłym osadnikom wolności religijne i obywatelskie. Z tych powodów w Południowej Australii osiedliło się wówczas wielu uchodźców z Niemiec (przypadkowym zbiegiem okoliczności słowo „adelaide” oznacza w języku niemieckim „szlachetne oblicze”).

Miasto wygląda jak wielkie country town. Stosunkowo niewielkie city otoczone jest dzielnicami parterowych, a czasem jednopiętrowych domów z ogrodami. Jedyna, obok city, dzielnica z wysokimi budynkami to Glenelg (hotele, apartamentowce). W Adelaide i jej okolicach mieszka obecnie około 20 tysięcy osób polskiego pochodzenia.

Co zobaczyć w Adelaide?

Atrakcje Adelaide są dość ograniczone. W Centrum Adelajdy warto przejść się deptakiem Rundle Mall z licznymi sklepami, kafejkami i restauracjami, odwiedzić Ogród Botaniczny z tropikalnym pawilonem (Queenslandzka dżungla odtworzona w wielkiej cieplarni), małe ale ciekawe Chinatown (fajne restauracje i chińskie sklepy), Central Market – ogromne targowisko w wielkiej hali z niesamowitą atmosferą gdzie można kupić tropikalne owoce jak i polskie barszcze, dżemy, śledzie i kiełbasy o nazwie „krakowska”, „toruńska” itp. Podobno warto odwiedzić Muzeum Narodowe z ciekawymi wystawami o Aborygenach i Australii.

W okolicach miasta ze szczytu Mount Lofty – na który niestety nie mieliśmy okazji pojechać – rozciąga się spektakularna panorama miasta. Jedną z największych atrakcji Adelaide jest park przyrodniczy Cleland Wildlife Park, gdzie można zawrzeć znajomość z oswojonymi kangurami, koalami, strusiami emu i zobaczyć inne australijskie zwierzaki jak wombaty, diabły tasmańskie, dingo i wiele innych.

Adelaide: Dzień pierwszy

Obudziłem się, trochę zdezorientowany zmianą czasu, o 9:00. Zapomniałem o tej różnicy czasu pomiędzy Perth i Adelaide (wynoszącej 3 godziny). W pułapkę czasu w Adelaide wpadła również moja żona. Była przekonana, że jest dopiero 7:00 rano – Jej zegarek w telefonie się nie przestawił.

Po wyjściu z hotelu od razu pierwsze fajne estetyczne wrażenie dotyczące lotniska w Adelaide i otoczenia. Plac przed terminalem podobny do tego przed warszawską Arkadią, z jednej strony zamknięty budynkiem terminala połączonego z naszym hotelem, z pozostałych ograniczony parkingiem i łącznikiem pomiędzy terminalem a parkingiem. Nie widać było spieszących się ludzi. Jak napisałem wyżej, plac bardziej przypominał otoczenie centrum handlowego w niedzielne przedpołudnie niż lotnisko.

Jako doświadczeni australijscy turyści, w sklepie kupiliśmy dwie karty na autobus (plastikowe, po 25 AUD sztuka) i pojechaliśmy do miasta. Zjedliśmy śniadanko, prawie w centrum, za 30 dolców (w hotelu chcieli 28 za jedna osobę) i poszliśmy zwiedzać! Opisywane wyżej: Central Market (koncepcyjnie zbliżony do marketów z Barcelony czy Madrytu, Rundle Street – klimatyczna ulica i cała okolica), Ogród Botaniczny i Katedra Świętego Franciszka, o której jeszcze nie wspominałem. Miedzy nami – dwoma turystami  – wyniknął spór, który ogród botaniczny jest ładniejszy, czy ten w Sydney czy w Adelaide? Spór świadczył o poziomie, na jakim utrzymane są każde z nich. Na marginesie dodam, że nigdy nie przypuszczałem, że będę zachwycał się kiedykolwiek jakimś ogrodem botanicznym.

Ciekawe, że w odróżnieniu od Perth nie ma w Adelaide much. Na początku pobytu w Perth byłem ich ilością wręcz przerażony, ale na szczęście – podczas naszego pobytu – nie były takim problemem jakiego się obawialiśmy. Postanowiliśmy, że zwiedzanie ZOO w Adelaide  zostawimy sobie na następny dzień, natomiast pojechaliśmy jeszcze nad morze.

Wsiedliśmy w tramwaj (bo w autobusie przegapiłem przystanek na którym trzeba wysiąść) i pojechaliśmy do Glenelg. „Śmieszny” tramwaj. W mieście traktowany w infrastrukturze komunikacyjnej jak tramwaj, a na obrzeżach jak pociąg ze wszystkimi dodatkami (zapory, światła, szlabany). Dojechaliśmy do kolejnego australijskiego Sopotu. Trudno byłoby te obejrzane dotąd „Sopoty” zliczyć, a przecież to nie jest koniec naszej australijskiej przygody. Ładnie tutaj. Wiem – powtarzam się.

Zjedliśmy całkiem dobry obiadek tuz przy plaży, ukryci przed porywistym wiatrem. Z tego co zauważyliśmy (już o tym wspominałem) lokalizacja typowej restauracji (nie wiem jak jest w hotelach) nie ma wpływu na cenę posiłku. Nie zauważyłem, żeby ktokolwiek zostawiał kelnerom lub przy barze napiwki. Podobnie nie widziałem (w zasadzie to widziałem dziś pierwszy raz jednego) pijanych. Bezdomni, owszem, zdarzają się. Pijani nie. Palący jak „wyjęci spod prawa” – wszędzie są zakazy palenia i człowiek z papierosem jest widokiem mało powszechnym.

Zrobiliśmy w Glenelg zakupy i ruszyliśmy z powrotem do hotelu. Tak naprawdę to nie za bardzo potrafię opisać co się później wydarzyło. Na przystanek podjechał autobus, którego kierowca twierdził, że nie jedzie w stronę lotniska (dokąd chcieliśmy jechać), ale po chwili kazał nam wsiadać. Według mnie, porozumiał się z kolegą, który nieopodal czekał na przystanku i miał odjeżdżać w kierunku lotniska, więc „nasz” kierowca (ten, który nam kazał wsiadać do autobusu) zrobił z nami kółko po mieście, żeby podwieźć nas do czekającego autobusu (tego drugiego) i po wysadzeniu nas na przystanku, pokazaniu palcem w jaki autobus mamy wsiąść, pojechał tam, dokąd miał wcześniej jechać. A jego kumpel zabrał nas w kierunku lotniska. Dziwny kraj…..

Adelaide: Dzień drugi

Rano, mimo, że obudziliśmy się dość późno, pojechaliśmy do kościoła na 11:30 (mi się wcześniej wydawało, że msza będzie o 11:15). Z powodu naszego pośpiechu, siedzieliśmy przed kościołem już o 10:50 obserwując żałobników z pogrzebu, który – jak się okazało – był celebrowany parę chwil wcześniej. Siedząc w porannym słonku na ławce rozmyślałem, że kiedyś w najskrytszych marzeniach nie wyobrażałem sobie chwili, którą właśnie przeżywaliśmy. Podczas studiów w latach osiemdziesiątych, odlotowym wydarzeniem było pojechać do Bułgarii, Rumunii, NRD. Australia była wtedy dla mnie w tej samej strefie geograficznej i czasowej co Księżyc i Wenus…

Lubię uczestniczyć w mszach celebrowanych w obcych krajach. Nieznajomość bądź gorsza znajomość języka powoduje, że człowiek więcej skupia się na gestach niż na słowach. Dla nas w Adelaide nieznanym dotąd był chociażby udział wiernego – jednego z uczestniczących we mszy – w celebracji komunii. Każdorazowo po wręczeniu przez księdza podczas komunii opłatka, dawał do picia – przyjmującemu komunię – wino z kielicha. Sporo ludzi brało – biorąc pod uwagą porę dnia i dzień tygodnia ( sobota) – udział we mszy.

Po mszy poszliśmy do Central Marketu. Należy przyznać – był imponujący. Sądzę, że większy zarówno od tego w Barcelonie przy Rambli, a już na pewno od tego w Madrycie. Co do polskich akcentów, znaleźliśmy na straganie nawet kiełbasę toruńską. W knajpce w markecie zjedliśmy śniadanie / lunch i pojechaliśmy do zoo.

W porównaniu z warszawskim, zoo w Adelaide było niewielkie, ale miało swój klimat. No i generalnie w zoo były zwierzęta w większości żyjące wyłącznie na Antypodach (dla nas ciekawe, bo niektóre widziałem pierwszy raz w życiu). Poznałem się z koalą, pandą (chińska), pogłaskałem kangura i w ogóle było miło. Fajne klimaty. Byliśmy w zoo świadkami udzielanego ślubu (dla nas, środkowo europejskich parweniuszy, było to wydarzeniem).

Potem, podobnie jak poprzedniego dnia, pojechaliśmy do Glenelg. Była piękna, bezwietrzna pogoda, więc mogliśmy wreszcie pójść na molo i porobić fotki. A potem poszliśmy na jedzonko do baru po przeciwnej stronie ulicy, przy której była knajpka gdzie jedliśmy poprzednim razem. Mieliśmy tym razem miejsce z widokiem na plażę. Zamówiłem burgera z kangura. Mięso trochę słodkie, ja nie jestem fanem słodkich mięs. Ale znowu udowodniłem w ten sposób – gdyby zapytała – naszej córce, że jestem otwarty ma inne kuchnie świata! Zdecydowanie jednak kangury wolę oglądać niż jeść!

Transport w Adelaide

Sympatyczna kelnerka porobiła nam sporo zdjęć i wyrwaliśmy do autobusu. Ponieważ następnego dnia rano mieliśmy stąd (z Adelaide) wyjechać, przyszedł więc czas na kolejne podsumowanie. Tym razem o autobusach. W Sydney jeździliśmy metrem (dwa razy autobusem „z” i „na” lotnisko oraz raz na Coogee, więc trudno o nich cokolwiek pisać.

W Perth już jeździliśmy trochę więcej i nie mogę napisać, że wszystko przebiegało gładko. Do momentu przyjazdu do Adelaide nigdzie wewnątrz w autobusie nie spotkaliśmy nawet namiastki informacji, jaki numer ma autobus i dokąd jedzie. W Perth na przystankach albo był podany numer linii i rozkład jazdy albo tylko numer linii albo po prostu nic (numer przystanku). Z pomocą informacji udzielanej przez kierowcę i znajomości numeru, który posiadał każdy przystanek, można było jakoś podróżować. Ale w Adelaide…. nie jestem najgorszy z kojarzenia faktów i definiowania istniejących, nawet nieznanych mi wcześniej reguł, ale w Adelaide się poddałem.

W Glenelg na pętli (myślę, że to była pętla autobusowa) zażartowałem, że kierowca dopiero za chwilę (podczas oczekiwania na moment odjazdu) dowie się dokąd jedzie. W tym samym momencie wyświetlany dotychczasowy numer autobusu 300 zmienił się na J2 i mogliśmy jechać (to była nasza linia). Po prostu ręce opadły. Dwa przystanki po obydwu stronach ulicy o takiej samej nazwie, to żaden wyjątek.  Ale tak, jak wcześniej pisałem, życzę wszystkim mieszkańcom (a w zasadzie wszystkim podróżującym) takiej życzliwości kierowców autobusów jak w Australii.

Kolejnego dnia mam zamiar zdobyć kolejną sprawność – weźmiemy z wypożyczalni samochód i w drogę….. Jakby ktoś zapytał dokąd – jeszcze nie wiemy.

Adelaide: Dzień trzeci

Nadeszła trzecia niedziela podczas naszej podróży po Antypodach, która była o tyle wyjątkową niedzielą, że skończył się nasz precyzyjnie rozpisany plan pobytu, a zaczęła się improwizacja. Był w zasadzie tylko jeden pewnik co do kierunku dalszej podróży – za tydzień w sobotę powinniśmy być w Melbourne. Po przebudzeniu, „o suchym chlebie” (tak naprawdę z żółtym serem) zaczęliśmy się szykować do opuszczenia Adelaide. Przed 11:00 tą byliśmy gotowi. Zjechaliśmy windą na dół i przeszliśmy do terminala gdzie znajdowało się biuro wypożyczalni samochodów. Jak się okazało, niepotrzebnie „zwiedzaliśmy” lotnisko gdyż właściwe biuro znajdowało się na parkingu obok hotelu.

Odebranie auta przebiegło bardzo sprawnie i o 11:15 wyjechaliśmy z lotniska. Miałem mały stres związany z ruchem lewostronnym. Ale jakoś udało mi się wyjechać z Adelaide. Nadal nie wiedziałem dokąd jedziemy.

Wiedziałem, że wokół Adelaide znajdują się trzy wielkie rejony winnic: Barossa Valley, McLarren Vale i Clare Valley z setkami pięknych winnic, z których pochodzą znane też i w Polsce wina. Kusiły – według przewodników – pięknymi widokami, możliwością degustacji wina. Mogliśmy też udać się w kierunku Półwyspu Yorke – „zagłębia” pszennego Południowej Australii z licznymi malowniczymi miasteczkami, ruinami starych kopalni, pięknymi plażami niezliczonymi spichlerzami zbożowymi. Burra – stare historyczne miasteczko z ruinami starych osad, więzienia i kompleksem kopalni – kusiła również.

Kolejnymi ciekawymi miejscami wokół Adelajdy były: Victor Harbour z piękną Granitową wyspą (pingwiny, foki) na którą, po długim moście, jeździ tramwaj konny; Port Elliott – ze śliczną zatoką Horseshoe Bay. Czytałem, że warto przejść około 6 kilometrów plażą pomiędzy tymi miejscowościami – można podczas spaceru zobaczyć majestatyczne wieloryby (ale chyba nie o tej porze roku, podczas której podróżowaliśmy), a także foki i delfiny.

Ruch więc był lewostronny, stres z nim związany niemały, a mi dodatkowo po głowie błądziły nazwy miejscowości Victot Harbor, Cape Jervis. W końcu zdecydowałem się pojechać do Cape Jervis, sprawdzić kiedy promy odpływają na Kangaroo Island, ale widziałem, że moja Druga Połowa miała rozterki czy wydać kasę na prom, czy tez być w Rzymie i Papieża nie widzieć.

Widoki podczas jazdy z Adelaide do Cape Jervis były chwilami bajeczne. Dojechaliśmy do przystani promowej, gdzie samodzielnie, samorządnie podjąłem decyzję i kupiłem powrotny (we wtorek z powrotem) bilet na Kangaroo Island…

Nie załapaliśmy się na pierwszy prom, który przybył do przystani, ale na ten właściwy (ten na który mieliśmy bilet) już tak. Zdobyłem kolejną sprawność w Australii pod nazwą: „przeprawa promem samochodowym”. Ze szczególnym uwzględnieniem nabrania umiejętności wjeżdżania w jakieś dziury na promie, by zaparkować autem z kierownicą z prawej strony. Gdyby załoga promu wiedziała jak ona bardzo ryzykuje…

Widoki z promu znowu bajeczne. Po prostu cudnie, a to że zdrowo buja uatrakcyjniało podróż. Trwała 50 minut. Kolejna zdobyta sprawność, tym razem dotycząca zjeżdżania z promu w Penneshaw. Następnie zakupy w pobliskim sklepie i pojechaliśmy do „naszego domku” wynajętego na booking.com podczas oczekiwania na prom w przystani.

Dojechaliśmy do jakichś śmiesznych bungalowów, około 10 kilometrów od przystani, a tam na drzwiach jednego z nich napis „Welcome Peter”. Wpakowaliśmy się więc do środka, po czym pojechaliśmy wykorzystać ostatnie chwile dnia, na pobieżne chociaż obejrzenie naszych najbliższych okolic na wyspie. Po jakiś 50 minutach zadzwonił mój telefon, ale nic nie rozumiałem z tego, co do mnie mówią – po pierwsze, a po drugie dzwonili za grubą kasę na numer polski. Zasada, że jak kocha, to się dodzwoni, sprawdziła się. Gospodarz bungalowu napisał SMSa, że zajęliśmy nie swój domek. Nawet mnie to nie zestresowało specjalnie, co najwyżej rozśmieszyło jak w kolejnym SMSie napisał, że nie jestem Peter tylko Piotr. Doprawdy?

Wróciliśmy do domku (i tak należało to zrobić bo się ściemniało) gdzie okazało się, że zostaliśmy już przeprowadzeni do właściwego domku. Tym lepiej. Przeprosiliśmy gości, którym zajęliśmy domek, ale gospodarza jeszcze nie widzieliśmy.

Musiałem przyznać, że na powitanie, wyspa zaprezentowała się nam bardzo ciekawie. Niedobre wrażenie robiły leżące na poboczach dróg rozjechane przez samochody kangury. Widzieliśmy już rezerwat pelikanów i plażę oddaloną z 50 metrów od naszego bungalowu. Będąc na plaży, widzieliśmy w oddali dziwne zjawisko. Albo to były nisko wiszące chmury albo daleko wysunięty półwysep pocięty był zbiornikami wodnymi. Przede mną edukacja w dziedzinie geografii i atrakcji wyspy Kangaroo.

Czytaj dalej: Wyspa Kangurów w Australii

Perth. Australia

Perth w Australii

Perth to miasto w Australii będące stolicą stanu Australia Zachodnia. Położone jest przy ujściu rzeki Swan (Łabędziej) do Oceanu Indyjskiego, u podnóża gór Darling. Centrum miasta i większość przedmieść położone są na piaszczystym i stosunkowo płaskim terenie. Cała aglomeracja rozciąga się na długości ok. 125 km wzdłuż wybrzeża oraz do ok. 50 km w głąb lądu. Perth jest najbardziej odosobnioną metropolią świata. Od najbliższego dużego miasta – Adelaide – dzieli je 2845 km. Do Sydney jest stąd dalej, niż choćby do Dżakarty. Jest czwartym miastem Australii pod względem populacji, zamieszkuje je ponad 2 mln mieszkańców. Perth założone zostało w 1829 r (w 1856 królowa Wiktoria nadała Perth prawa miejskie). Zostało tak nazwane przez Jamesa Stirlinga na cześć miasta w Szkocji o tej samej nazwie.

W drodze do Perth…

Więc rozpoczynaliśmy podróż na kraniec Australii! 5:45 pobudka! Chyba nikt nie lubi przeprowadzek. My na pewno. Powoli mogliśmy zacząć przywykać. O 7:24 autobus linii 400 zabrał nas na lotnisko. Po pierwsze nie byliśmy pewni, z którego terminala lecimy – w Sydney jest oddzielny terminal dla lotów krajowych i oddzielny dla międzynarodowych i są one znacznie oddalone od siebie. Po drugie absolutnie nie mieliśmy pojęcia jak wygląda odprawa na lotnisku, po trzecie mieliśmy na pewno nadbagaż. No i po raz kolejny okazało się, że wyobraźni nie należy nadużywać. Dopłata 50 AUD spowodowała, że cała odprawa trwała 3 minuty. A kontrola bagażu w porównaniu z Polską wyglądała naprawdę „lajtowo”.

Lecąc samolotem miałem świadomość, że minął 8 dzień od naszego wylotu z Polski i 7 dzień  pobytu w Australii, więc mogłem pokusić się o jakieś pierwsze spostrzeżenia.

Miasta w Australii? Uderza porządek, brak bałaganu. Jak coś jest rozkopane to znaczy, że coś budują lub remontują. Jak droga zamknięta to znaczy, że coś będzie remontowane. Nie jest brudno. Nie ma walających się na ulicach śmieci, stert gruzu, rupieci. Schludnie. Duże miasta przypominają oglądane w Kanadzie (piszę to wszystko po pobycie w Sydney), zwarte wysokie City i niskie przedmieścia. Małe miasta w Australii? Byłem po wrażeniem Leury w Górach Błękitnych. Miasteczko wyglądało jak z pocztówki.

Transport w Australii? Bez efektu „wow”. Poprawnie. Autobusy punktualne, ale w porównaniu z Warszawą trudno określić dokąd naprawdę jadą, zwłaszcza jak się jest wewnątrz. Pociągi z zewnątrz sprawiają mało estetyczne wrażenie, ale w środku czysto. I wszystko punktualnie. Za to konia z rzędem temu, kto wie ile kosztuje konkretna podróż autobusem (karta opal skądinąd fajna ma nieznany mi system rabatowy).

Podobnie jak u nas, mnóstwo marketów. Na tym polu możemy konkurować z Sydney. Markety na poziomie takim jak u nas. Czyli wysokim. Jedzenie w Australii? Najchętniej bym nic nie pisał. Pewnie w hotelu dostałbym przysłowiowego schabowego z kością, ale na ulicach – dających przecież informacje o tym, co tak naprawdę jedzą miejscowi – burgery, chipsy, parówki i chińszczyzna (plus sushi), które nie działają nadzwyczajnie na nasze kubki smakowe. Wybór generalnie jest niezależny od pory dnia. Ciekawostka: ceny jedzenia w Australii są wszędzie podobne (nie zależą zbytnio od lokalizacji). Jedliśmy w barach o podobnym do siebie standardzie, to nie wiem czy ceny zależą od standardu.

Fajnie byłoby móc odpowiedzieć jacy są Australijczycy. Ale którzy? Anglosasi, czy może Azjaci. Aborygeni, czy może Indonezyjczycy? Na pewno wszyscy są uprzejmi. Nie nadskakujący, ale uprzejmi. Gdy pytaliśmy o cokolwiek, to pomagali, ale nie spotkaliśmy się – w odróżnieniu od Londynu czy Chicago – żeby Australijczyk sam z siebie podszedł i zapytał czy może pomóc. Generalnie widać pewien podział – nazwijmy to „klasowy”. W sklepach pracują przede wszystkim Azjaci (ja nie odróżniam dobrze ras, więc się nie mądrze z jakich krajów). W restauracjach różnie. Na lotniskach, w miejscach publicznych przede wszystkim Anglosasi. Co się rzuca w oczy? Wszyscy bez przerwy korzystają z telefonów komórkowych; według moich obserwacji w środkach komunikacji, w przestrzeni publicznej, ok. 70% albo i więcej gapi się w telefon lub gada przez telefon nic sobie nie robiąc z obecności otoczenia. Nierzadko gadając przez zestaw głośnomówiący. Moja Małżonka zwróciła uwagę na fakt, że Australijczycy generalnie nie są wysocy, przynajmniej na razie ci w Sydney. Wiec i ja tutaj w Australii wyglądam na pewno trochę inaczej. Jestem kawał przystojnego mężczyzny.

Sydney będę wspominał z zadowoleniem, bo bez zbytniego pospiechu i wysiłku zobaczyliśmy chyba wszystko, co wymagało zwiedzenia (poza Sydney Tower Eye) i nasze wrażenia są super. A teraz przygód ciąg dalszy. Po starcie do Perth zrobiłem kilka zdjęć Sydney, bo wyglądało fajnie, potem już tylko koncentrowałem się jak tu przetrwać pozostałe 4 godziny lotu.

Lotnisko w Perth

Loty samolotem nie robią już na mnie wielkiego wrażenia, ale pilot podchodząc do lądowania w Perth przesadził. Zmniejszenie prędkości z jednoczesnym ostrym skrętem w lewo sprawiło wrażenie „przeciągnięcia” tak, że Boening 737 jakby zawisł, by za chwilę spaść. Uczucie…. jak na kolejce górskiej, gdy znajduje się na górze by za chwilę runąć w dół.

Na razie zdobyliśmy doświadczenia, że w Australii na lotnisku wszystko dzieje się błyskawicznie. Po 30 minutach od lądowania byliśmy na przystanku autobusowym. Teoretycznie wyglądająca na skomplikowaną podróż (2 przesiadki) do naszego apartamentu, przebiegła super sprawnie. Stało się to, przede wszystkim, dzięki kierowcy autobusu, który najpierw zapytał dokąd finalnie jedziemy, zadzwonił do centrali, sprzedał nam bilet na całą trasę i wytłumaczył jak, po wyjściu z jego autobusu, dalej jechać. Bez problemu dotarliśmy więc na oddalone o 28 km od lotniska miejsce naszego pobytu w Perth.

Apartament znowu był bez zastrzeżeń, mimo że nie udało mi się ustawić internetu i TV. Do morza (tak naprawdę jest to Ocean Indyjski) mieliśmy ze 300 – 400 metrów. Wszystko wyglądało bajkowo. Poszliśmy na spacer do sklepu (gospodyni chciała nas podwieźć) i na własne oczy mogliśmy zobaczyć taką nasza Rewę w wydaniu australijskim… Wszystko na mocną piątkę (choć lokalne centrum handlowe mogłoby być okazalsze). Dociera do mnie ze Australia jest chyba bogatym krajem… Zrobiliśmy zakupy, wróciliśmy do domu i dosłownie padłem. Znowu ścięło mnie ze zmęczenia z nóg….. usypiając nie miałem siły odebrać dzwoniącego telefonu.

Czas w Perth. Która godzina?

Czas w Perth różni się o 7 godzin od czasu w Polsce. Warto wiedzieć, że nie ma tu zmiany czasu z letniego na zimowy. W moim przypadku różnica czasu pomiędzy Sydney i Perth, która wynosi trzy godziny, w pierwszego dnia po przylocie do miasta była bezcenna. Tylko dzięki temu zregenerowałem się jako tako i około 10:30 mogliśmy wyjść z domu. WiFi nadal nie działało, internet „zdechł”, więc pojechaliśmy w ciemno (bez żadnych planów) do miasta.

Perth: Dzień pierwszy

Najpierw łaziliśmy po – wyludnionym – City, potem poszliśmy spacer w stronę rzeki. Przeraźliwy wiatr nie pozwolił nam w pełni rozkoszować się pięknymi widokami. Parki w Australii są piękne. W ogóle – bez nadmiernego koloryzowania – kraj ten z każdym dniem zyskiwał w naszych oczach. Widać wprawdzie nielicznych bezdomnych na ulicach ale raczej tu jest dość bogato. I wszędzie – jak już chyba pisałem – porządek. Z wieży The Bell Tower mogliśmy podziwiać panoramę Perth. Spacerkiem w stronę stacji, zahaczyliśmy o bar, gdzie zamiast kotleta z kurczaka moja Druga Połowa dostała hamburgera z kurczaka. Powoli wracaliśmy do miejsca naszego zamieszkania kupując po drodze bułki. Drogę ze sklepu do apartamentu pokonaliśmy promenadą nadmorską. Gospodyni próbowała pomóc ustawić mi internet i włączyła telewizor. Sympatyczna kobieta. Szkoda tylko, że nie rozumiem wszystkiego co do mnie mówi.

Próba włączenia internetu jednak się nie powiodła, więc ponowię ją kiedy indziej. Potrzeba snu nie dająca odciągnąć czasu pójścia do łóżka, stała się w Australii normalnym stanem naszych organizmów każdego wieczora. Znowu dzień spędziliśmy chyba dość intensywnie.

Perth: Dzień drugi

Rano pojechaliśmy do Fremantle. Jet to dzielnica (miasto) i port wchodzący w skład aglomeracji Perth. Fremantle położone jest przy ujściu Rzeki Łabędziej do Oceanu Indyjskiego. Uznawane jest jako centrum gastronomiczne w okolicy Perth i obfituje licznymi kawiarniami i restauracjami. To jest niby oddzielna dzielnica, ale tak naprawdę wygląda jakby była innym miastem niż Perth.

Port we Fremantle

Fremantle zostało założone w maju 1829 roku przez Charlesa FreMantle’a, początkowo jako Kolonia Rzeki Łabędziej. W 1886 otwarte zostało więzienie w Fremantle. Port we Fremantle został otwarty w 1897 r. Oddalone było od City Perth – bardziej niż myślałem – ale już pierwsze wrażenie było dobre. Pomijam fakt, że ze względu na portowy charakter miasta (największy australijski port nad Oceanem Indyjskim), mijaliśmy urządzenia portowe i rozładowywane statki. Te operacje jak startujące samoloty mogę zawsze obserwować godzinami. Zabudowa miejscami przypominająca (widziałem w TV) zabudowę Nowego Orleanu. Słowem miejsce to ma własny charakter i klimat. Łaziliśmy chyba do 14:00, po czym poszliśmy coś zjeść do – równie jak miasto – klimatycznej restauracji. Zabytków jak wszędzie w Australii mało, więc prawdziwą perłą był budynek z 1831 roku zwany okrągłym domem. Wróciliśmy do Perth tak, jak przyjechaliśmy czyli pociągiem, ale tym razem wysiedliśmy na wcześniejszej stacji od tej, na której niż wsiedliśmy jadąc do Fremantle. A to dlatego że chcieliśmy zobaczyć miejscowy ogród botaniczny King’s Park.

Po ponad kilometrowym męczącym spacerze od stacji pociągu, do parku – męczącym ze względu na pogodę w Perth, gdyż było ciepło – zostaliśmy totalnie zaskoczeni faktem, że zamiast pięknie przystrzyżonej trawy i wspaniałych drzew, gąszcz jak w buszu. I tak właśnie wyglądało pierwsze 1,5 km w ogrodzie. Gdy doszliśmy do cywilizowanego otoczenia byliśmy – delikatne mówiąc – zmęczeni. Mi się marzyła już tylko kanapa w domu, ale w moją Żonę wstąpiła nowa energia. Zapragnęła obejrzeć baobaba (dodatkowo co najmniej 2 km), który gdzieś tam rósł. Dotarliśmy bowiem po drodze do pomnika weteranów wojen gdzie poprzedniego dnia odbywały się uroczystości z okazji zakończenia Wielkiej Wojny czyli I wojny światowej. Przepięknie. Przepiękna okolica, wspaniały park no i ten baobab. Warto było!

Trudno mi było jednak wyobrazić sobie jak z parku – z góry (co najmniej duże wzniesienie) – dotrzemy pieszo na stację kolejową. Wydawało się komunikacyjnie – pieszo – mało możliwe. Pod autostradami, obok autostrad, przebiliśmy się do stacji metra, na którym zdobyłem nową sprawność w Perth – doładowanie karty Tranperth (to taka karta „Opal” w Perth). Byłem prawdziwym zuchem!

Perth: Dzień trzeci

Czy dziś jest wtorek? Znak zapytania po przebudzeniu nie był postawiony w mojej głowie bez przyczyny, gdyż zacząłem mieć problem z ustaleniem jaki mamy dzień tygodnia. Wstawanie rano zaczęło być zabawne, gdyż podobnie jak ofiara wypadku samochodowego próbowałem
zlokalizować źródła bólu i przypomnieć sobie co się poprzedniego dnia stało. Miałem ciało obolałe w sposób ogólny, który to stan trwa mniej więcej do 45 minut po przebudzeniu.. Zapomniałbym dodać, że obudziliśmy się już (sic!) o 8:20, co świadczy niewątpliwie o – trwającym dość intensywnie – wypoczynku. A mowa tu przecież o facecie (o mnie), który jeszcze niedawno brał środki na sen i o kobiecie (moja Żona), która nie mogła spać po nocach. Po śniadaniu ruszyliśmy do Armadale.

Na podstawie przeczytanych w internecie informacji, że jest to jedna z malowniczych miejscowości u podnóża wzgórz dokoła Perth, ze znajdującymi się nieopodal jeziorami, ogrodem botanicznym itp., postanowiliśmy zwiedzić okolice Armadale. Przejechaliśmy pociągiem przez półtorej godziny chyba z 50 km i… porażka. Brak jakiejkolwiek możliwości dojechania z Armadale dokądkolwiek. Mimo, że nieopodal parki Wungong Regional Park czy Banyowla Regional Park. Wypiliśmy kawę i zjedliśmy ciastko w miejscowym MacDonaldzie i postanowiliśmy wracać w kierunku naszego domu.

Postanowienie, a wykonanie dzieli wielka różnica, gdyż po drodze zauważyłem gdzieś w przewodniku, że na planowaną wycieczkę na Rottnest Island zamiast z Fremantle możemy popłynąć z – oddalonego od naszego apartamentu o 6 km – Hillarys Boat Harbour Beach (czy jakoś podobnie) – postanowiliśmy udać się właśnie tam. A sama wyprawa do Armadale też nie była do końca bez sensu, gdyż mieliśmy okazję zobaczyć biedniejsze rejony Perth. Jak to słusznie zauważyła moja Druga Połowa widać było skromniejsze ubrania, bardziej ogorzałe twarze….. ech życie.

Do Harbour Hillarys, czy jak to się nazywa, dotarliśmy dość szybko. Bardzo fajne miejsce. Kupiliśmy bilety na wycieczkę na Rottnest Island na następny dzień. Stwierdziliśmy, że wracamy do domu na piechotę. Dobrze, tym bardziej że akurat rozpoczęła się operacja naszej córci w Warszawie (podobno nic poważnego, ale…) więc lepiej iść i myśleć, niż siedzieć i myśleć. Jak doszliśmy do naszego sklepu (nieopodal domu) to nasza druga latorośl zameldowała, że wszystko w porządku. Bogu dzięki. Nie powiem, końcówka wycieczki dla naszych nóg nie była porywająca. Trzeba jednak płacić cenę za możliwość wypoczynku. W końcu po dojściu do apartamentu Małżonka zrobiła pyszny obiad z australijskich produktów (naprawdę nie najgorszy). Ja zaś potem zastanawiałem się, czy chciałbym się żywić w Australii. Oj – nadal chyba nie.

Zobacz też:

Ostatni dzień w Perth…

Znowu wyruszyliśmy w podróż. Ale wyjątkowo, przed wyruszeniem na lotnisko, po wstępnym spakowaniu poszliśmy na spacer nad morze. Po raz ostatni stwierdziliśmy, że naprawdę było tu ładnie. Mimo tego, że był środek tygodnia i mimo tego, że to dopiero australijska wiosna, na deptaku, w barach znajdowało się mnóstwo ludzi. Na ścieżkach, na rowerach, z psami, na plaży. Mnóstwo. Jakby nikt nic nie miał do roboty. Zrobiliśmy sobie krótki – niespełna 3 kilometrowy – spacerek, posiedzieliśmy w kawiarni nad morzem i wróciliśmy do naszego apartamentu.

Nasza gospodyni przyszła się pożegnać. Zawsze w takich sytuacjach zastanawiam się na ile ludzie są spontaniczni, a na ile mają wyuczone cechy u naszych rodaków z resztą rzadko znane. Pewnie nigdy się nie dowiem. To jest po prostu inny krąg kulturowy. Pożegnanie było naprawdę miłe. Ale w Perth poniosłem sromotna osobistą porażkę. Nie nauczyłem się obsługiwać u nas w apartamencie telewizora. W tym przypadku technika mnie pokonała. Za to zrobiłem pierwsze zdjęcie tablicy rejestracyjnej pojazdu w Australii. Tutaj – podobnie do Ameryki Północnej – każdy stan ma swoje „motto” które w Perth brzmi „Western Australia”.

Zabraliśmy nasz dobytek i ruszyliśmy. Podobnie jak do apartamentu po naszym przyjeździe, tak i teraz podróż na lotnisko odbyła się bez jakichkolwiek komplikacji. Kolejne nadanie bagażu z zapłaceniem za nadbagaż i mogliśmy spokojnie zjeść część kanapek przygotowanych na drogę. Do odlotu do Adelaide pozostało 45 minut, a ja mogłem spisywać naszą australijską historię dla wiedzy potomnych.

W samolocie nadszedł czas na kolejne podsumowanie. Skończył się drugi etap naszej wyprawy na Antypody. Najpierw sprostowanie poprzedniego podsumowania. Australijczycy nie są niscy (w Sydney chyba nie ma statystycznej próbki i Małżonka wprowadziła mnie w błąd). Bardzo żałuję, bo w Sydney musiałem być dla Żony przystojniejszy.

A na poważnie: dobrze że zabłądziliśmy do Armadale. Inaczej do chwili obecnej bylibyśmy przeświadczeni, że cała Australia jest krajem bogatych ludzi. A tak zobaczyliśmy pierwsze rysy w wizerunku kraju, który chcieliśmy sobie wyobrazić….. Należy więc dalej obserwować. Symptomatyczna była wypowiedź naszej gospodyni Keiry, że w centrum Perth ludzie są inni….. tacy brrr……. Skąd ja znam stawianie takich ocen ludziom? Jej oceny nie wytrzymują na razie – w naszej opinii – w konfrontacji z rzeczywistością.

Parę godzin temu, facet (pasażer) wyszedł z autobusu, żeby pomóc mi wnieść walizkę. Na trzy mijane grupki z psami, idąc od apartamentu na plażę, aż dwa razy usłyszeliśmy dzień dobry. Nawet jeśli to jest wyuczone, to było miłe. Naprawdę dziwny kraj…. Kraj ludzi, którzy zdają się ubierać chyba wedle zasady „założę to, na co mam ochotę”, ani nie będzie to ładne, ani wygodnie. I wcale nie budzi już mojego zdziwienia fecet w pociągu z rowerkiem, ubrany cały na błękitnie – niebiesko (łącznie z leginsami) z zaplecioną brodą do klatki piersiowej, z kolczykami w uszach, z niebieską czapeczką. Po chwili jadący na swoim niebieskim rowerku (tylna opona szeroka niczym nasza od terenowego Audi). Wyszedł po prostu z metra, wsiadł na rower i pomknął.

I mnóstwo uwagi poświęca się niepełnosprawnym. Kraj przyjazny dla „innych” co by to nie miało oznaczać. Czekamy co będzie dalej…

Dolecieliśmy z opóźnieniem. Ale za to dalsza cześć przebiegła ekspresowo. Od wyjścia z samolotu do wyjścia z lotniska nie upłynęło 20 minut. Hotel zamiast 800 m od lotniska był po prostu obok – można było wejść z holu lotniska. Po chwili więc byliśmy zameldowani w bardzo przyzwoitym pokoju…

Czytaj dalej: Adelaide w Australii