Tasmania, Australia

Co zobaczyć będąc na Tasmanii, a co można sobie darować? Czym zachwyca wyspa? Sprawdź, zanim odwiedzisz Tasmanię w Australii!

Tasmania

Tasmania to wyspa u  południowo-wschodnich wybrzeży kontynentu australijskiego, a zarazem najmniejszy stan Australii. W skład stanu Tasmania wchodzą też mniejsze wyspy w Cieśninie Bassa oraz wyspa Macquarie – pow. 128 km² (w południowej części Oceanu Spokojnego). Wyspa Tasmania, położona jest około 300 km na południe od wybrzeża Australii. Tasman w najśmielszych marzeniach nie przypuszczał, że odkryta przez niego wyspa będzie nosiła jego imię. Nazwał ją imieniem gubernatora Batawii, czyli Ziemia Van Diemena. Dopiero później została ona nazwana Tasmanią.

Wyspa ma urozmaiconą linię brzegową, gęstą sieć rzek i liczne jeziora polodowcowe. Znaczna jej część nadal pozostaje niemal bezludna. Na powierzchni pięciokrotnie mniejszej od Polski zamieszkuje zaledwie pół miliona osób.  Przyczyną są niedostępne góry, trudne do pokonania lasy, bystre rzeki w głębokich dolinach, które na początku utrudniały kolonizację. Obecnie tereny Tasmanii należą do największych na świecie parków narodowych, przez które prowadzą piękne widokowo trasy trekkingowe. Dzika przyroda zajmuje ok. ¼ powierzchni wyspy. Największe skupiska ludności znajdują się na wybrzeżach północnym i wschodnim oraz w stolicy prowincji Hobart.

Hobart: stolica Tasmanii

Hobart, stolica wyspy, to drugie po Sydney najstarsze miasto Australii, położone malowniczo przy ujściu rzeki Derwent i jest jednym z najlepiej zachowanych zabytków architektury kolonialnej Australii. Kilkadziesiąt budowli historycznych, Salamanca Place – dawna dzielnica handlowa będąca perłą architektury kolonialnej, Battery Point, liczne gregoriańskie pałacyki patrycjuszowskie przekształcone w muzea i galerie oraz australijskie koszary pochodzące z 1811 r., użytkowane do dziś przez wojsko, ale podobno udostępnione dla zwiedzających.

Lot z Melbourne do Hobart

My już chyba trochę wypoczęliśmy na tych wczasach, bo przed wyruszeniem do Tasmanii wstaliśmy skoro świt. Czynności związane ze zmianą miejsca pobytu nauczyliśmy się dokonywać nadzwyczaj sprawnie tak, że w zasadzie o 9:00 mogliśmy jechać na lotnisko. Ale jak już wcześniej pisałem, mieliśmy w bonusie z City Bus bezpłatny transfer. Byłem ciekaw jak to jest zorganizowane. No i przecież zawsze jest dreszczyk emocji, co będzie jak bus nie przyjedzie. Wymeldowaliśmy się z hotelu o 9:40. Podczas check-out’u okazało się, że recepcjonista pochodzi z Białorusi, w Australii był od 2 lat, a przedtem żył w Nowej Zelandii. Jak ciekawie toczą się losy ludzkie. Każdy musi znaleźć swoje miejsce na ziemi, a ludzie, których spotykamy w Australii są tego żywym przykładem. My we dwóch mogliśmy spotkać się gdzieś na wschodzie Polski, w Białowieży, w Warszawie, a spotkaliśmy się 16 tys. kilometrów od kraju.

Na lotnisku w Melbourne niespodzianka: nie ma w ogóle innego sposobu odprawy niż automatyczny. Nawet nie próbowałem sam, tylko od razu poprosiłem o pomoc, która ku mojemu zdziwieniu nie spytała o nadbagaż czy inne rzeczy związane z ewidentnym przekroczeniem wagi bagażu. Słusznie przewidywałem, że tak łatwo nie pójdzie bo podczas składania walizek na taśmę, kolejny automat wyświetlił na ekranie, że moja walizka ma znacznie więcej niż określone w bilecie 20 kg i mam prosić obsługę. Finał był taki jak zawsze – 60 dolców dopłaty. Mogłem spokojnie usiąść przed bramką nr 44 w oczekiwaniu na boarding, zastanawiać się, co tytułem podsumowania po pobycie w Melbourne mógłbym napisać.

Melbourne jest – moim zdaniem – zupełnie innym miastem, niż dotychczas oglądane w Australii Sydney, Perth i Adelaide. Wielorakość przenikających się, żyjących w nim ras ludzi czyni z Melbourne (patrzę przede wszystkim przez pryzmat City ale w mniejszym stopniu to dotyczy wszystkich dzielnic) miastem trochę kosmopolitycznym i liberalnym. Podobnie jak w  Kanadzie, opowieści o Montrealu, że jest takie europejskie – pasują do Melbourne. Ilość sklepów z alkoholem w Melbourne –  które widzieliśmy – była większa niż dotąd widziana we wszystkich poprzednio odwiedzanych miastach razem. Tłumy na ulicach zupełnie nie spotykane wcześniej w wyglądających dla mnie na opustoszałe Perth czy Adelaide. Przechodząc poprzedniego dnia przez City około godziny 17-tej oglądaliśmy obrazki podobne do tych z filmów, w których pokazują Nowy Jork. Tłumy, tłumy, tłumy. W samym centrum można znaleźć bez trudu zaułki, które – gdybyśmy takie widzieli w Polsce – omijalibyśmy z daleka widząc zabite sklejką witryny sklepowe i murale na ścianach. Tutaj poczucie pełnego bezpieczeństwa.

Melbourne było pierwszym miastem, gdzie nie korzystaliśmy z komunikacji miejskiej, więc nawet nie wiem jak wygląda metro. Komunikacja autobusowa, sądząc po przystankach, funkcjonuje nieco lepiej niż w poprzednio odwiedzanych miastach. Komunikacja tramwajowa? W ogóle tramwaje w City snują się bardzo wolno tak, że śmiałem się, że szybciej można dojść pieszo.  Nie zobaczyliśmy w Melbourne przede wszystkim dwóch miejsc: dzielnicy żydowskiej (podobno największe na świecie skupisko ortodoksyjnych żydów) i wzgórza Dandenong. No cóż – może to i dobrze – zawsze jest dobrze mieć po co wrócić. Mogliśmy więc powiedzieć do widzenia Melbourne, witaj Hobart.

Lot trwał krótko,  niewiele ponad godzinę.  Lotnisko jak w naszym Modlinie. W oddali było widać góry. Walizki, samochód i w drogę na poszukiwanie naszej kwatery. Tym razem będąc prawie pod domem gdzie mieliśmy mieszkać, od razu poddałem się. Skorzystałem z uprzejmości Australijczyka, który razem ze mną obszedł pobliskie posesje i znaleźliśmy w podwórzu 4/39 Queen Street.

Około godziny 19 wyszliśmy na spacer. Piękne widoki. Przeszliśmy brzegiem zatoki i obrzeżem miasta blisko 5 000 kroków, podziwiając kolory i cienie kładące się w zetknięciu gór z wodami zatoki. Naprawdę wyglądało to obiecująco.

Tasmania: Port Arthur

Australia jest krajem, którego podwaliny kładli więźniowie wysyłani tutaj z Wysp Brytyjskich. Najbardziej ponurą sławą wśród tasmańskich więzień cieszyło się więzienie Port Arthur. Jego ruiny nie mają sobie równych w całej Australii. Było to całe osiedle skazańców. Przyjmowano tu pensjonariuszy uznanych za szczególnie groźnych.

Pojechaliśmy więc w kierunku Port Arthur. Leży on na półwyspie Tasmana ponad 100 kilometrów od naszego domu. Wcale nie byłem przekonany, że – mimo „przewodnikowych” zachęt – chcę zwiedzać stare więzienie tym bardziej, że  po pierwsze średnio to lubię, a po drugie trochę śmieszą mnie „szykowane” na siłę zabytki. Moja wyobraźnia podpowiadała mi, że samo miasteczko będzie podobne do Kingscote na Kangaroo Island i tutaj był pierwszy „zonk”. Nie znaleźliśmy żadnego miasteczka! Ale za to po drodze mieliśmy możliwość posmakowania próbki widoków na Tasmanii.

Po nieudanej próbie znalezienia Port Arthur – jak niepyszny poddałem się i skręciłem do  Historical Site – to znaczy do więzienia. Oczywiście jak wszędzie – Visitor Centre, bilety po 39 AUD, brak możliwości zjedzenia czegoś rozsądnego (nawet nie piszę o cenie). Zakręciliśmy się chwilę, obejrzałem przez szyby Visitor Centre fragmenty wyszykowanego do zwiedzania więzienia i nawet nie pijąc kawy ruszyliśmy w drogę do Narodowego Parku Tasmańskiego.

Narodowy Park Tasmański

No i pierwsze zaskoczenie. Droga, ostatnie 10 km jak na outbacku. Jechaliśmy, a ja się zastanawiałem, co na nasz wyjazd powiedzieliby w  wypożyczalni samochodów. Dojechaliśmy do kempingu położonego nad przepiękną zatoką – co to był za widok. Ale najpierw naszą uwagę przykuły dwa kagury, matka z dzieckiem pakującym się do jej torby. Na wyciągnięcie ręki od nas.

Mieliśmy też okazje popatrzeć na Australijczyków przebywających akurat na kempingu. Część z nich w przyczepach nie pierwszej nowości, część wędrujących z plecakami (nie wiem gdzie i jak nocują) albo – jak pewne starsze małżeństwo – busik z wnętrzem dostosowanym do turystycznych eskapad. Ludzie schodzili ze szlaku na polanę, a mnie aż korciło żeby pójść w las. Trochę byłoby to nieroztropne, bo nie znam ani flory ani fauny Tasmanii, do tego – trzeba to jasno powiedzieć – już nie mamy po 25 lat. Trochę mi szkoda, ale na pocieszenie pozostają wspaniałe widoki i zdjęcia.

Wracamy. Mimo, że jesteśmy głodni, zbaczam do Koonya, bo bardzo jestem ciekaw jak wygląda taka mała miejscowość na Półwyspie Tasmańskim. Podobna porażka jak z Port Arthur, czyli nie ma żadnej miejscowości rozumianej według naszych standardów. Ale za to  znowu wspaniale widoki. Ciekawie rozwiązanie dat i godzin celebracji nabożeństw w kaplicy pełniącej obowiązki katolickiej i anglikańskiej.

Tuż przed wjazdem na Eaglehawk Neck (jest to grobla oddzielająca półwysep Tasmański od wyspy) zobaczyliśmy – po prawej stronie drogi na drogowskazie – dwa widelce i skręciliśmy w prawo. Nawet nie zarejestrowałem, że na drogowskazie było napisane coś jeszcze. Po dwóch kilometrach ujrzeliśmy bar, i miałem wrażenie, że byliśmy pierwszymi klientami w tym dniu. Już z okien baru widok na Pirates Bay zapierał nam dech w piersiach ale to, co zobaczyliśmy dojeżdżając do Tasman Arch  i Devils Kitchen po prostu nas powaliło. Stawiam tezę, że na Tasmanii już pierwszego dnia zobaczyliśmy widoki, z którymi te kontynentalne na maja szans.

Klify stromo opadające do morza, łuk parokrotnie większy od tego na Kangaroo Island. Naprawdę cudowne. Zamiast więc wracać, pojechaliśmy jeszcze dalej i zobaczyliśmy skąpane w zatoce odbite szczyty wzniesień, przez które przenikały promienie słoneczne. Parędziesiąt metrów i zobaczyliśmy zupełnie inną perspektywę brzegu oglądanego z okolic Devils Kitchen. Cudnie! Cudnie! Cudnie! Wreszcie postanowiliśmy wracać, ale jak nie zatrzymać się tuż za Eaglehawk na punkcie widokowym, z którego widok to kolejna pocztówka, a 3 kilometry dalej mozaikowa plaża – https://think-tasmania.com/tessellated-pavement, która  – nie chce mi się wierzyć – jest dziełem wyłącznie przyrody.

Rozpoczęliśmy powrót do oddalonego o blisko 100 km apartamentu. Chociaż korciło mnie co rusz, żeby znowu się zatrzymać. perspektywa wracania po zmroku przez ląd z kangurami rozpłaszczonymi dokoła przy drodze nie pozwalała na kolejne postoje. Dopiero w Sorell, około 25 km od Hobart, zatrzymaliśmy się zrobić zakupy. W domku byliśmy dobrze po 19:00. Dzień był super! Nigdy chyba w tak krótkim czasie nie widziałem tylu wspaniałych widoków. Tak naprawdę to każdy kolejny był lepszy od poprzedniego.

Tasmanian Devil Park i inne atrakcje Tasmanii

Google zapowiadały marną pogodę i była to prawda. Rano ruszyliśmy na górę Wellington. Chłodno, chmurno, nie turystycznie. Wjeżdżając samochodem na sam szczyt, co najmniej dwa razy przejeżdżaliśmy przez chmury. Było jak w mleku. Wiedzieliśmy, że dotarliśmy do celu, wyobraźnia (ponieważ było zachmurzone nie było nic widać) powodowała że nogi były ciut niestabilne. Na szczycie ledwie 8 stopni. Ale dzielni Australijczycy – jak wszędzie w przypadku atrakcji turystycznych – zadbali o bezpieczne udostępnienie szczytu i porządne zaplecze sanitarne. Po kwadransie (ze względu na brak widoczności) mogliśmy wracać.

Najbardziej odludnym miejscem Tasmanii, do dziś nieomal pierwotnym, jest wybrzeże zachodnie. W Tasmanian Devil Park można zobaczyć diabła tasmańskiego. Czarny drapieżnik, podobny do małego dzika, jest niezwykle wojowniczy. W World Tiger Snake Centre hoduje się około tysiąca żmij tygrysich. To jedne z najbardziej jadowitych węży świata. Ich jad zabija człowieka w ciągu kilkunastu minut. Można natrafić na dziewiczy las deszczowy. W Tarraleagh „napotkamy” polskiego orła – pomnik upamiętnia 40tą rocznicę przybycia na Tasmanię naszych rodaków.

Leżące – według naszych standardów – na odludziu Queenstown i Zeehan w końcu XIX w. były ważnymi ośrodkami górniczymi, gdzie wydobywano złoto, srebro, ołów i miedź. Znajdował się tutaj największy – o dziwo – wówczas teatr Australii, w którym śpiewał wielki Caruso. Mimo wszystko jest to jednak kraniec świata. W odległym od Hobart Strahan – porcie rybackim, a zarazem miejscu turystycznym, położonym w głębokim fiordzie – można udać się na całodzienny rejs luksusowym katamaranem. Pewnie jest to niezapomnianym przeżyciem ukazującym – jak to jest zwykle w Australii – zaledwie drobny fragment tutejszych cudów przyrody. Do tego parki narodowe pokryte dziewiczym lasem deszczowym. – South West oraz Franklin i Cradle Mountain.

My ze względu na oczywiste ograniczenia, czyli czas i odległości, wybraliśmy do obejrzenia południowe okolice Hobart. Po pełnym wrażeń, poprzednim dniu, niewiele było w stanie zrobić na nas wrażenie. Nadal uważałem, że znaleźliśmy się w jednym z najpiękniejszych krajobrazowo zakątków świata. Z góry Wellington najpierw udaliśmy się drogą w kierunku Huonville. Piękne doliny z rosnącą winoroślą lub drzewami, których poza tym, że są owocowe, inaczej nie potrafiliśmy nazwać. Nowość dla szaraczków z Polski – sady zabezpieczone ze wszystkich stron siatką. Tysiące metrów siatki rozciągniętej nad drzewami. Nigdzie czegoś takiego dotąd nie widziałem.

Zrobiliśmy sobie krótki postój w Cygnet. Urocza, pewnie 2 – 3 tysięczna, mieścina. Jak z filmu. Moja Żona zauważyła fajną dziewczynę ubraną– klimaty lata 50 te – w rozkloszowaną kieckę, w wysokich butach i toczkiem na głowie zupełnie nie pasującą do otoczenia. Żywcem jakby wyjęta z planu filmowego. Ja po chwili zauważyłem inną, całkiem nie brzydką dziewczynę z synkiem. Wyglądali jakby dopiero co wyszli z warsztatu samochodowego, gdzie obydwoje naprawiali samochód. Też jakby żywcem wyjęci z planu filmowego.

Pojechaliśmy dalej. Garden Island Creek, Verona Sands, Middleton… Zatrzymywaliśmy się, albo i nie, aby podziwiać widoki. Trochę kropiło i nie kropiło…. W końcu w Woodbridge, zatrzymaliśmy się przy stojącej w szczerym polu – według naszych polskich standardów  – restauracji.

W końcu dojechaliśmy do plaży w Oyster Cove i mimo kropiącego deszczu wyszliśmy połazić. Rozpadało się. Ciekawe spostrzeżenia: kobieta w samym kostiumie (padało, temperatura 14 stopni) skończyła spokojnie plażowanie, wsiadła do samochodu i sobie pojechała; na trawniku (padało, temperatura 14 stopni) rodzina wypoczywająca na czymś przypominającym koc i rozmawiająca jak gdyby nigdy nic.

Mimo wczesnej godziny postanowiliśmy wracać do domu. Ależ w Hobart były korki! Mam wrażenie, że tutaj – W Australii – decydenci korki mają w nosie. Po prostu jak się komuś nie podoba, to niech nie jeździ. Do apartamentu dotarliśmy przed 17:00. Trochę za wcześnie żeby zakończyć dzień, więc udaliśmy się na spacer nad zatokę, a potem szukać kościoła na niedzielną mszę.

Tasmania: Franklin – George Park

Z postanowieniem, że pojedziemy do Franklin – George Park, o którym wczoraj przeczytałem w internecie, ruszamy po 9:00. Nie szkodzi, że trzeba przejechać 200 km  w jedną stronę. Jak byk w goglach stało zdjęcie wspanialej zapory. Przyznam, że te 200 kilometrów były poznawczo cudowne. Najpierw jechaliśmy wzdłuż którejś z zatok, gdzie ku jej wodom opadały zbocza pobliskich wzgórzy i gór. Pogoda cudowna. Krajobraz przybrzeżny został zastąpiony do podobnego Bieszczadom, tylko zdecydowanie bardziej dzikim i bardziej kolorowym. W końcu nie wiedziałem, czy to co rosło na polach zasadzał człowiek, czy robiła to matka natura.

Po około 100 kilometrach pojawił się drogowskaz, że do parku jest w jakieś 18  kilometrów. Ale ja przecież miałem google pokazujące coś innego. W końcu zgodnie z planem (i z mapą google) dojechaliśmy przed 12tą do miejsca, gdzie powinna być zapora. No i podobnie jak z Portem Arthur. Miejsce okazało się tylko miejscem na mapie. Przejechaliśmy jeszcze ze 25 kilometrów i postanowiliśmy wracać. W międzyczasie znalazłem na mapie, że zapora jest od nas o 3 godziny z okładem i gdybym skręcił, tak jak mi podpowiadał pierwszy drogowskaz do Parku, to byłoby akurat.

Wracając, musieliśmy wyminąć kilkudziesięciu kolarzy, którzy w asyście policjantów zmierzali do jakiejś mety. Ponieważ nie wiedziałem jak wymija się w Australii kolumny eskortowane przez policję, postanowiłem poczekać na pierwszy samochód jadący za nami, żeby się do niego „przykleić” i jakoś wyminąć razem z nim poszarpaną, kilkukilometrową kolumnę kolarzy. Czekałem i czekałem i nic. W końcu pomyślałem, że „raz kozie śmierć” i do przodu… Dojechałem do końca pierwszej krótkiej kolumny, przed którą na motorze jechał policjant. W dogodnej chwili wyprzedziłem wszystkich, ale zobaczyłem jak policjant na motocyklu na sygnale świetlnym pędzi za mną. Wyprzedził mnie i w chwili, kiedy coś pokazał ręką, zrozumiałem, że nie zamierza mnie zatrzymać tylko będzie mi pomagał. Z jego pomocą (cały czas jechał przede mną i pokazywał, kiedy mogę wyprzedzać) wyprzedziłem całą kolumnę… Tak wygląda pomoc policji w Australii.

Następnie już niespiesznie, wracaliśmy zatrzymując się we wszystkich pominiętych wcześniej uroczych miejscach. Nad urokliwą laguną Bronte, nad jeziorem Blake. Prawdziwą ciekawostkę zobaczyliśmy w Tarralelah gdzie poukładane były dziwne rury olbrzymiej średnicy (orła polskiego nie zauważyłem). Żeby ciągnęły się tylko do góry i w dół to powiedziałbym, że to elektrownia szczytowo pompowa. Ponieważ leżały również poziomo, to nie wiem, po co tam były. Myśleliśmy, żeby gdzieś się zatrzymać i cos zjeść, a ogóle kombinowałem, by zdążyć na zaporę. W ten sposób dojechaliśmy do Russell Falls.

Wodospad Russell Falls cudny. Tu jest wszystko cudne. Góry, doliny, lasy, przecinki, jeziora, rzeki i wodospady. Mam wrażenie, że gdy to ktoś czyta, to myśli o mnie, że jestem zmanierowany facet. Ale jak jest cudnie, to jak to inaczej nazwać? Było po 17:00, gdy postanowiliśmy wracać do domu. Głodni jak wszyscy diabli. Ale ponieważ pogoda sprzyjała, widać było szczyt Wellington (na następny dzień zapowiadali deszcz) podjęliśmy błyskawiczną decyzję – jedziemy. W sam czas. Akurat zaczynało zanosić się na deszcz, a widok z Wellington na Hobart, wybrzeże i okolice……. upssss nie powiem znowu tego co zawsze …….. taki !!!!!!!!!!.

Myślę że szczęściem jest w życiu oglądać widoki podobne do tego z Wellington. Tym razem naprawdę głodni zjechaliśmy z góry i w otwartym jeszcze sklepie  Coles kupiliśmy chlebek i ciasteczka, a w „seafish” dwa razy fish and chips i take away – do domu. Jak miejscowi. Jakość dań nas (zwłaszcza mnie gdyż wiem jak niesmaczne bywa fish and chips) zaskoczyła. Smakowało jak normalna ryba z frytkami.

Konkluzja dnia: „wypoczywając w ten sposób (przejechałem ponad 500 km bez jedzenia) to my się wykończymy”.

Ostatni dzień na Tasmanii

Ostatni dzień na Tasmanii zaczęliśmy od wizyty na mszy w pobliskim kościele co nie byłoby pewnie warte osobnego wspomnienia gdybym nie wysypał kasy z tacy……. ups. Posypała się kasa na podłogę podczas przekazywania koszyka i wszyscy dokoła zaangażowali się w jej zbieranie. Po mszy, ponieważ pogoda na Tasmanii nie była najgorsza, postanowiliśmy pojechać do oddalonego o ponad 110 kilometrów Swansea. Nazwa miasta kojarzy mi się z poprzednim klubie Premier League, w  którym bronił Łukasz Fabiański.

Najpierw piękna droga pomiędzy górami, wzdłuż rzeki Prosser do Orford, a potem przez półwysep i już samym brzegiem morza do Swansea. Prawie się nie zatrzymywaliśmy – postoje zostawiliśmy sobie na drogę powrotną, a Małżonka wypatrywała diabłów tasmańskich. Poza krowami i owcami udało nam się wypatrzyć pięknego ptaka (nie zdążyłem mu zrobić zdjęcia) o nieznanej nazwie. W Swansea spacer po uroczym miasteczku nad morzem i droga powrotna samochodem do Hobart. I tutaj powinienem wstawić całą linijkę wykrzykników żeby opisać to, co widzieliśmy. Jak zawsze widoki niezapomniane. Chwilami podobne do widzianych na Great Ocean Road.

Nie wróciliśmy od razu do domu tylko pojechaliśmy do Hobart, gdzie tak naprawdę jeszcze nie byliśmy. Zmobilizowały mnie – przeczytane poprzedniego dnia – wpisy w internecie. Wpisujący zachwycają się atmosferą, architekturą,  itp. Nie powiem, Salamanca Square klimatyczna, ale przejażdżka samochodem po centrum raczej mi się nie podobała, gdyż widziałem – moim zdaniem nie do zaakceptowania – olbrzymi bałagan architektoniczny powodujący, że obok prawdziwych perełek pobudowano budynki potwory. Za  to zjedliśmy dobre Tiramisu w knajpce przy Salamaca Street i …. zgubiliśmy samochód. Gdy od niego odchodziliśmy skonstatowałem fakt, że nie zarejestrowałem początku naszej drogi. Na koniec, w drodze powrotnej, udało mi się jeszcze znaleźć miejsce do zrobienia mi fotografii na tle imponującego mostu w Hobart. Most jest super. Zamiast diabla wysłałem wszystkim do Polski zdjęcie krowy i próbowałem wmówić, że dorosły diabeł to czarna krowa. Ale nie chcieli mi – nie wiem dlaczego – uwierzyć.

Na  koniec – już po powrocie do apartamentu – „uciekłem” posiedzieć na ławce przy plaży oddalonego o 100 metrów brzeg oceanu po to, by w spokoju spisać doznania mijającego dnia. Zaczęło znowu mocno wiać, ale ja tak jak mewy, które traktowały mnie po kilkunastu minutach jak swojego i łaziły dokoła, nic sobie z wiatru nie robiłem

Lot z Hobart do Brisbane

Wyruszyliśmy do Brisbane. Po raz pierwszy udało nam się nie płacić za nadbagaż. No i na lotnisku podjąłem próbę odprawienia się samodzielnie. Ale w Hobart odprawa wygląda inaczej niż w Melbourne. Owszem, można sobie w kiosku wydrukować bilety, ale nie ma automatycznej taśmy więc i tak trzeba podejść do check in’u gdzie siedzi „żywy” człowiek.

Na marginesie. Doszliśmy z moją Drugą Połową do wniosku, ze Australijczycy traktują samoloty tak jak my traktujemy autobusy. Nie potrzeba absolutnie nic oprócz numeru rezerwacji, aby odebrać bilet, nadać bagaż, polecieć samolotem. Oznacza to prawdopodobnie, że weryfikacja – jeżeli w ogóle następuje – dokonywana jest w momencie zakupu biletu. Świadczyć o tym może moja przygoda z rejestracją karty telefonicznej w Australii. Skoro miałem wydaną wizę na dane z błędnym imieniem, to ciągnęło się to za mną do końca wyjazdu. Na lotnisku ceny – w przypadku artykułów codziennej potrzeby – takie same lub podobne jak w sklepie za rogiem, a nie 3 – 5 większe jak to bywa u nas.

Nowość na lotniku w Hobart – przy sprawdzaniu bagażu na bramkach wyciągnęli mi kosmetyki i sprawdzili je. Po raz pierwszy podczas naszego podróżowania. Za to cola w butelce po wodzie nikogo nie zainteresowała.

Wyspa Tasmania

Ponieważ opuszczaliśmy wyspę, zwyczajowo czas więc na podsumowanie Tasmanii.

To na Tasmanii chyba było dotąd najładniej. Tyle już opisałem ochów i achów, że w tym miejscu napisze tylko, że brak Tasmanii w naszym programie zdecydowanie zubożył by nasz pobyt w Australii. Czego nie widzieliśmy i mi szkoda? Takie podróże wymagają pewnej równowagi pomiędzy tym, co warto zobaczyć, co trzeba zobaczyć i co się na pewno zobaczy. Bardzo łatwo zamienić taki pobyt w wyścig pod tytułem „co udało nam się zaliczyć” (na marginesie – podczas pisania tych słów mocno  bujało w samolocie). Ani to fajne ani budujące i czasami warto usiąść i popatrzeć na krajobrazy i odpuścić sobie kolejne ciekawe miejsca tym bardziej, że wystarczająco dużo można poczytać w internecie, traktując te informacje jako uzupełnienie eskapady. Trochę mi szkoda ze nie zobaczyliśmy zapory Gordona i diabła tasmańskiego na żywo ale… Jak to zawsze mówimy? Dobrze mieć dokąd i po co wrócić.

Spostrzeżenia o ludziach w Australii. Ale nie o tym jacy są, tylko jak wyglądają. Czyli subiektywne plotki na temat ubioru i urody. W kościele – podczas niedzielnej mszy w Hobart – obok mnie siedział facet około 35 a 40 lat, wzrost około 180 centymetrów, waga około 150 kilogramów. Ubrany w takie nasze polo (nie pierwszej świeżości) i krótkie spodenki które mu spadały z tyłu pupy, gdy się podnosił. Na lotnisku w Hobart para. On około 25 lat (buty traperki, walizka stylizowana na lata 90, spodnie długie zawinięte na łydkach, jakiś sweter, czarny paltocik – taki jesienny), ona podobnego wieku niebrzydka (jej cera wskazywała na to, ze nigdy nie używała kosmetyków), ubrana podobnie – jej spodnie wyglądały tak, jakby właśnie wyszła na podwórko farmy. Niektóre dziewczyny w Australii starają się być oryginalne, ale jest to wyłącznie w zakresie piercingu i tatuażu. Brak jakichkolwiek reguł, czy w ten sposób postępują ładne czy nieładne, grube czy chude. Obrazek dziewczyny podobnej do kelnerki w Swansea – rudo czerwone włosy, odważny makijaż, czerwone szminkowane usta, zwracająca wyglądem (raczej pozytywnie wyzywającym) na siebie uwagę – według mnie to rzadkość. Standard ubrania to: po pierwsze wygodnie, po drugie prosto i minimalistycznie, po trzecie dziwacznie (mam na myśli połączenia rożnych ciuchów). Jeśli do tego dodamy – w przypadku kobiet – co najmniej inne niż w Polsce wzorce urody i zadbania, bardzo często otyłość, to nasze panie są super. Nie jest to próba opisu świata przez seksistę, lecz ogląd tego świata z daleko idącym staraniem, aby tego seksizmu nie było. Rodziny na spacerze często powodowały u nas dość zaskakujące wizualne doznanie, że po ślubie to dopiero (w zakresie ubioru) wszyscy mają wszystko w nosie. Rozmemłane dresy, rozciągnięte spodnie i bluzki w połączeniu (znów o tym pisze, ale to się rzuca w oczy) z powszechną otyłością nie robi najlepszego estetycznego wrażenia.

Na koniec muszę stwierdzić, ze w Tasmanii kierowcy jeżdżą trochę inaczej niż w Australii kontynentalnej. Bardziej dynamicznie. Przejawia się to może nie większymi prędkościami (w tym zakresie Australijczycy są wszędzie akuratni), ale chociażby odważniejszym wyprzedzaniem, czy włączaniem się do ruchu z dróg podporządkowanych. Tym razem nikt na mnie nie trąbił mimo, że przejechałem prawie 1300 km. Mam już 3000 lewostronnych kilometrów na liczniku.

Melbourne, Australia: Najlepsze miasto do życia na świecie!

Co zobaczyć w Melbourne? Jaka pogoda i klimat panują na tym obszarze Australii? Sprawdź fakty i ciekawostki o Melbourne!

Melbourne: ciekawostki i fakty

Melbourne obecnie jest największym miastem stanu Wiktoria oraz drugim pod względem wielkości w Australii (po Sydney), z liczbą ludności wynoszącą 4,8 mln mieszkańców. Uznawane za „Najlepsze miasto do życia na świecie” w latach 2011–2017. W Melbourne – obok Sydney – znajduje się największe skupisko polonijne w Australii.

Melbourne zostało założone w 1835 r.  przez grupę wolnych osadników, w przeciwieństwie do innych stolic stanów Australii, które były z początku koloniami karnymi (wyjątkiem są również Adelaide i Perth). Odkrycie złota w środkowej Wiktorii w latach 50. XIX wieku zapoczątkowało gorączkę złota i Melbourne szybko rosło jako największe miasto portowe w regionie. W latach 80. XIX wieku Melbourne było drugim pod względem wielkości miastem Imperium Brytyjskiego i było znane jako Marvellous Melbourne (Wspaniałe Melbourne). Melbourne zostało pierwszą stolicą Federacji Australii 1 stycznia 1901 roku i pozostało siedzibą rządu i stolicą do 9 maja 1927 roku, kiedy otwarto parlament w nowo wybudowanej stolicy Canberra. Melbourne było gospodarzem letnich igrzysk olimpijskich w 1956 roku. Były to pierwsze w historii igrzyska przeprowadzone na południowej półkuli. Dzisiaj Melbourne posiada największą liczbę budowli epoki wiktoriańskiej na świecie po Londynie.

Co zobaczyć w Melbourne?

Melbourne jest doskonałym miastem dla spacerujących bez specjalnie określonego celu. Spacerując od  Flinders Street Station, ulicą Degraves, można napotkać na swojej drodze ulice pełne budynków z epoki wiktoriańskiej, natknąć się za każdym rogiem na elementy sztuki ulicznej, liczne kawiarnie, azjatyckie knajpki i bary. Collins Street, Little Bourke Street to tylko nieliczne z dziesiątek gwarnych i kolorowych miejsc. Miasto pełne sklepów, które sprzedają wszystko od lokalnych produktów do rzemiosła do najmodniejszych ubrań. Co jeszcze warto zobaczyć w Melbourne?

  • Queen Victoria Market – podobno największy targ na świeżym powietrzu na półkuli południowej,
  • National Gallery of Victoria (NGV) – najstarsza australijska Galeria (założona w 1861 roku),
  • australijskie centrum ruchomego obrazu (ACMI), świat filmu, telewizji i kultury cyfrowej,
  • muzeum sztuki nowoczesnej.

Melbourne: pogoda i klimat

W Melbourne klimat określa się mianem przejściowego morskiego. Zimą temperatury w Melbourne są najniższe spośród stolic stanów kontynentalnej Australii. Najniższe zanotowane wskazanie słupka rtęci to -2,8°C, czyli temperatura jak na Australię dość niestandardowa. I choć zimą mieszkańcy Melbourne muszą się zmierzyć z dużą ilością opadów, śnieg zdarza się wyjątkowo rzadko. Przypadające na styczeń i luty lato, w Melbourne jest wyjątkowo suche i upalne. Najwyższa zanotowana temperatura wynosiła 46,4°C. Wiosna i jesień to czas znacznych różnic temperatur pomiędzy dniem i nocą. Nadchodzące od strony morza fronty atmosferyczne przynoszą ze sobą burze, wichury oraz intensywne deszcze. Zazwyczaj są one krótkotrwałe, a po ulewie ponownie wychodzi słońce.

Melbourne: Dzień pierwszy

Targ Queen Victoria Market znajdował się nie więcej niż 200 metrów od naszego apartamentu.  Olbrzymi. Coś na kształt połączonego bazaru Różyckiego z Halą Mirowską, Banacha, Polną i wszystkimi innymi halami w Warszawie. Niesamowity koloryt, zwłaszcza jak patrzy się na budynek bazaru pod słońce, za którym znajdują się „hiper-wielkie” wieżowce. Super. Kakofonia potraw, twarzy, języków. Bardzo pogodnie. Zaułki z zabitymi deskami oknami i malowidłami na ścianach nie budzące cienia zagrożenia, strachu czy niepewności. Pierwsze moje wrażenie – Melbourne jest cudowne. Inne niż wszystkie dotąd widziane australijskie miasta.

Okazało się więc, że mieszkamy w ścisłym centrum, czyli City, o czym świadczył widok z okna naszego apartamentowca. Po powrocie z zakupów udaliśmy się na spacer. Tym razem w przeciwną niż bazar stronę. Zatrzymaliśmy się w Melbourne Central i przyznam, że do tej pory czegoś podobnego nie widziałem. Kompleks odrębnych, budowanych w różnych okresach architektonicznych budynków, specjalnie adaptowanych do celów handlowych, połączonych ze sobą estakadami, przejściami, rozciągającymi się pod i nad ulicami. Setki sklepów. Na mnie wrażenie zrobiła przede wszystkim olbrzymia ceglana wieża pod kopułą, w głównym budynku oraz food courty – bary i restauracje wszelkiego rodzaju. Dziesiątki miejsc do jedzenia czyniące wrażenie, że cały market służy wyłącznie jako miejsce do spożywania posiłków.  I znowu kolory, twarze, języki wszystkich stron świata. Sklep Pandory. Jest to chyba jedyny sklep z rzeczami niepotrzebnymi, którego istnienie akceptuję bez wahania. A ten w Melbourne jak mi się wydało, był najlepiej zaopatrzonym z tych, które do tej pory widziałem. A przecież już parę ich było (na całym świecie). Dalej spacer w stronę rzeki do Flinders Street, ale byliśmy już trochę zmęczeni. Ponieważ istniało prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że moja żona z powodu zmęczenia niechybnie zrobi mi awanturkę, to po 17 tej wróciliśmy już do apartamentu, w którym mogłem się wykąpać i przebrać w czyste rzeczy, bo wreszcie mieliśmy pralkę.

Na koniec zdobywałem tego dnia najtrudniejszą w Australii do tej pory sprawność –  fryzjera – próbując ufarbować mojej żonie odrosty.  Czas do momentu, gdy miałem zobaczyć wyniki swojej pracy fryzjera dłużył się niemiłosiernie, bo przecież powszechnie wiadomo co Księżniczki robią z tymi, którzy źle wykonają swoją pracę – ścięcie Ja jestem jednak dobrej myśli. Jeśli jednak dziennik zakończy się w tym miejscu to znaczy, że się myliłem i było to ostanie w moim życiu farbowanie Żonie włosów.

Melbourne: Dzień drugi

Już o 8:30 udało mi się wstać z łóżka. Moja Wspaniała Żona, moja Życiowa Podpora straszy mnie, że w moim wieku, jak będę tyle spał to mogę się kiedyś nie obudzić. Obraziłem się więc. Poszliśmy spacerkiem do kościoła Saint Francis’ Church na msze o godzinie 11:00. Przeżyliśmy niemały szok. Mnóstwo ludzi.  Do tej pory poza Polską widziałem pełen kościół chyba tylko raz – w Santiago w Hiszpanii. Tutaj, moją uwagę przykuła – od razu – obecność w kościele przy ołtarzu parudziesięciu chórzystów i orkiestry. Wprawdzie poprzedniego dnia czytałem, że o 11:00 w niedziele planowana jest msza z chórem, ale to, co się wydarzyło później przekroczyło wszystkie moje wyobrażenia. Uroczyste wejście księdza – a raczej trzech – przy dźwiękach pięknej pieśni śpiewanej przez chór. Orkiestra to też nie był jakiś tam kwartet, lecz duża część pełnej obsady symfonicznej z sekcją bębnów. Chór i orkiestra stanowili główny element celebrowanej mszy. Ksiądz właściwie tylko statystował. Wyglądało to wszystko razem jak jedno wielkie przedstawienie i to do tego z naszym udziałem. W pewnej chwili, podczas śpiewania psalmów pomiędzy czytaniami, odniosłem wrażenie że uczestniczę w najprawdziwszym musicalu, w Upiorze w Operze, może w Nędznikach……

Dawno nie miałem takiego duchowego i estetycznego, nie było to może do końca tylko religijne, przeżycia…. wyszliśmy ze mszy zszokowani i zdumieni. W kilka chwil po wyjściu doczytałem w programie, że we mszy brała udział orkiestra symfoniczna Melbourne wspomagana zawodowymi wokalistami i chórem kościelnym. To był totalny odjazd. Całe szczęście – dla naszych wrodzonych polskich kompleksów – że była to uroczystość Chrystusa Króla, a nie zwyczajna msza, bo umarłbym chyba zazdroszcząc Australijczykom.

Melbourne: Dzień trzeci

Powoli spacerkiem, w nabierającym wczesnopołudniowego słońca Melbourne, z przystankiem na kawę, doszliśmy do autobusu Hop On – Hop Off. Kupiliśmy bilety na 48 godzin. Gdyby tak nie wiało – zmarzliśmy (a zwłaszcza moja Druga Połowa) na kość – wycieczka byłaby super. Nigdy nie zobaczylibyśmy tylu rzeczy w Melbourne, ile obejrzeliśmy podczas dwugodzinnej jazdy. Dzięki temu dowiedzieliśmy się dokąd należy pójść na spacer. Drugą część podróży (drugą linią autobusową) zaplanowaliśmy na kolejny dzień. Wracaliśmy przez centrum handlowe, o którym już wspominałem. Byłem chyba pod jeszcze większym jego wrażeniem, niż poprzednio. Setki metrów przechodziliśmy z budynku do budynku pod i nad ziemią. Setki sklepów, nie widziane w Europie marki, zapachy perfum….

Ponad godzinę łaziliśmy w poszukiwaniu jakiegoś jedzenia, ale w Melbourne – mimo mnogości barów i restauracji – nie mogliśmy dobrać satysfakcjonującego nas menu. W zasadzie są albo restauracje sieciowe albo azjatyckie. Wybór jedzenia to w przypadku nas dwojga, jest okazją do nielicznych sprzeczek. Tak było i tym razem, po czym poszliśmy do czegoś chyba tajlandzkiego i w nagrodę zjedliśmy przepysznie – Żona wrapa, a ja kurczaka. Do jutra sprzeczki mamy z głowy.

Na przejściu dla pieszych zaczepiła nas Azjatka (mogła mieć 20,a mogła mieć 35 lat) i najpierw wypytała nas skąd jesteśmy, na jaki czas przyjechaliśmy, a potem opowiadała, że  w Melbourne w ostatnich latach wszystko zmieniło się  na gorsze, a to przez napływ (sic!) Azjatów. Idąc i gadając z nią doszliśmy prawie do naszego apartamentu….. i dzień dobiegał końca. Było nie na tyle późno, abym nie mógł zakończyć procesu kolejnych rezerwacji w Australii związanych z naszym podróżowaniem. Zrobiłem co należało i od tego momentu pozostało mi jedynie zarezerwować wycieczkę na Fraser Island.

Melbourne: Dzień czwarty

Będąc gotowym do wyjścia z hotelu, w oczekiwaniu na zakończenie przez moją Żonę kolejnego rozdziału  książki, wykorzystałem czas ,aby zejść na dół do recepcji i zarezerwować transfer na lotnisko. Okazało się bowiem, że kupując 48 godzinny Hop On – Hop Off, w cenie mamy wliczony również bezpłatny transfer na lotnisko w Melbourne.

Po czym (i po zakończeniu przez Księżniczkę rozdziału) ruszyliśmy na „czarną trasę” autobusu turystycznego. Na 6 przystanku, przy plaży, przy marinie nad morzem postanowiliśmy wysiąść i odbyć dalszą część podróży spacerem. Pierwsze, co zauważyłem w marinie, to łodzie składowane w piętrowych hangarach. Czegoś takiego w Polsce nie widziałem. Po przejściu pewnie z półtora kilometra zatrzymaliśmy się w restauracji na odpoczynek. Przyjemnie było ruszyć dalej tym bardziej, że gdzieś po kolejnym kilometrze znaleźliśmy się na molo pewnie długości tego w Sopocie. S-t Kilda Pier zakończone jest fajnym barem, a w bok od baru odchodzą jeszcze dwa parusetmetrowe: falochron i pomost dla łodzi. Super przyjemnie jest pić kawę, wystawiając jednocześnie twarz do słońca, otoczonym zewsząd wodą bezkresnego oceanu. Ech słońce…

Słońce i pogoda w Melbourne to oddzielny temat. W zasadzie świeciło przez cały dzień. Szkopuł w tym, że jak znajdowaliśmy się chwilę w cieniu, w autobusie na piętrze, na wietrze nad morzem, to wiało jak diabli. Więc zakładaliśmy kurtki, zdejmowaliśmy kurtki, zakładaliśmy i tak cały czas. Kolejnych parę kilometrów spaceru i doszliśmy do kolejnego wniosku, że powinniśmy przejechać kawałek autobusem. Spóźnił się 15 minut, ale do autobusów w Australii zdążyłem się już przyzwyczaić. Wysiedliśmy po dwóch przystankach i mogliśmy znowu podążać pieszo w kierunku hotelu. Poszliśmy jednak w kierunku odwrotnym. Nim wróciliśmy na właściwą drogę, dotarliśmy do apartamentu z ledwością (znaczy się kompletnie zmęczeni). W rejonie, w którym mieszkaliśmy spotykaliśmy na ulicach bardzo dużo Azjatów. Dla mnie to dziwne, bo mieszkamy w ścisłym centrum Melbourne. Chyba po powrocie do Polski należy pogłębić studia o Australii również w powyższym temacie.

Słowo o toaletach w Australii. Może nie wszystkie są ekstra nowoczesne, ale z cała pewnością należy napisać, że są tak czyste jak to tylko możliwe, dostępne bez ograniczeń i jest ich bardzo dużo. Gdybym miał przez pryzmat toalet mierzyć poziom cywilizacyjny, to Australia miała by miejsce pierwsze, a Włochy ostatnie. Polska pośrodku.

Wymyśliłem jeszcze sobie, że w zasadzie to możemy bez pośrednictwa biura podróży jechać do Tokyo. To musi być dziecinnie proste J. Złota ta myśl wpadła mi do głowy po dokonaniu rezerwacji wycieczki na Fraser (wystarczy wejść na https://www.getyourguide.pl/ ).

Melbourne: Dzień piąty

Zgodnie z planem ruszyliśmy rano autobusem City Tour (czerwona linia) do włoskiej dzielnicy Melbourne.  Zawsze mnie w miastach takich jak Melbourne pociągały, o ile istnieją, enklawy etniczne. Oczywiście z takimi podziałami na dzielnice, jakie widziałem w latach 90-tych w Chicago, nigdy potem chyba nie spotkałem się, ale staram się znaleźć części miast naznaczone losami emigrantów tam zamieszkujących. Niestety, w ostatnich latach jedynymi, którzy moim zdaniem wszędzie – gdzie się  pojawią  – odciskają piętno na wyglądzie miasta to Azjaci. Nie będę się wypowiadał z jakich krajów pochodzą – bo dla przeciętnego Europejczyka odróżnienie Chińczyka od Japończyka czy Koreańczyka jest w zasadzie niemożliwe.

W Melbourne niby jest Chinatown, obok naszego apartamentu jest dzielnica wietnamska ale tak naprawdę całe City jest azjatyckie. Śmiem twierdzić, że jeszcze jedno pokolenie i trudno będzie w City znaleźć „nie Azjatę”. Ale wróćmy do wycieczki, która miała na celu pokazać nam włoskie „klimaty”. I nie powiem – trochę ich było. Ale to niewiele w porównaniu z tym, co napisałem wyżej. Jakieś pizzerie, jakieś bary ale to wszystko dalekie od tego, żeby włoskie akcenty zdominowały dzielnicę. Nie powiem, miła okolica i to wszystko. Spacer po niej zajął nam pewnie 15 – 20 minut i znaleźliśmy się z powrotem w City. Ze względu na tempo w jakim zrealizowaliśmy pierwszą część planów, przyspieszyliśmy mając nadzieje, że „załapiemy” się na wcześniejszy autobus do ogrodu botanicznego. Spóźniliśmy się trzy minuty i musieliśmy spędzić godzinę w kawiarni czegoś takiego nowoczesnego – nie wiem  czego (i nie muszę przecież wiedzieć, ale się dowiedziałem, że to było australijskie centrum ruchomego obrazu – ACMI). Posiedzieć godzinę bez celu na wczasach i pogadać to przecież nie jest grzech.

W Australii naprawdę atrakcją nr 1 jest dla mnie przyroda. Tym razem odwiedziliśmy Królewski Ogród Botaniczny, którego zwiedzanie sprawiało nam olbrzymią przyjemność. Nie chce mi się powtarzać i opisywać ogrodu tym razem w Melbourne, ale każdemu polecam jego obejrzenie. Dla mnie to punkt obowiązkowy. „Odfajkowanie” następnego punktu obowiązkowego w Melbourne, czyli przejażdżka po City tramwajem, zresztą zabytkowym. Przejechaliśmy się i? Nie wiem co odpowiedzieć. Chyba tylko to: „tramwaj jak tramwaj”. Polecam zwłaszcza tym, którzy z pieszymi wycieczkami są na bakier. Tramwajem wróciliśmy do naszego mieszkania nastawić kolejne pranie, no i z powrotem do miasta na zakupy. Rano Małżonka upatrzyła sobie we włoskiej dzielnicy kurteczkę, ale nie było jej rozmiaru więc poszliśmy do Central Market (bo w sklepie powiedzieli nam, że będzie odpowiedni rozmiar). W kurteczce wyglądała ładnie, nawet bardzo. No i Pandora, czas na pamiątkę z Australii, a wcześniej widzieliśmy fajne chairmsy. Ale okazało się, że te fajne nie blokują innych na bransoletce więc pomysł upadł. W momencie uśpionej koncentracji „Księżniczki” pojawił się „Mikołaj” i dokonał zakupu pod choinkowego cacka. Jak będzie grzeczna to może dostanie pod choinkę.

Potem już całkiem oficjalnie, sklep Pandory w Melbourne sprezentował Jej Wysokości drobiazgi na rękę. Naprawdę ładne.

Z Central Market do naszego apartamentu nie było daleko, więc w wyjątkowo spokojny dzień zrobiliśmy prawie 17 500 kroków i aż strach pomyśleć co by było, gdybyśmy chcieli na poważnie zwiedzać Melbourne…

Czytaj dalej: Tasmania

Great Ocean Road w Australii

Great Ocean Road to dla wielu turystów główny cel przyjazdu do Australii. Wybierz się tam, by sprawdzić, co potrafią stworzyć żywioły i jak ogromna jest ich siła. W drogę!

Great Ocean Road w Australii

Great Ocean Road (oznaczana jako droga stanowa B100, wcześniej droga stanowa 100) jest malowniczą drogą o długości 243 km, biegnącą wzdłuż południowo-wschodniego wybrzeża Australii, pomiędzy miastami Torquay i Allansford w stanie Wiktoria. Droga, wraz z położonymi przy niej parkami narodowymi (znajduje się tam m.in. Park Narodowy Great Otway) oraz charakterystycznymi obiektami (m.in. Dwunastu Apostołów) jest jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych Australii i znajduje się na liście dziedzictwa Australian National Heritage List.

Podobno każdego roku przybywa tą drogą ok. 6,5 do 7,5 miliona turystów. Wschodni kraniec drogi znajduje się w odległości około 100 km na zachód od Melbourne, a punktem wypadowym do podróży jest miasto Geelong. Great Ocean Road jest największym na świecie pomnikiem ofiar wojny. Droga została zbudowana po I wojnie światowej (w latach 1919 – 1932) przez żołnierzy, którzy wrócili z wojny. Praca została wykonana w hołdzie ich poległym kolegom.

Dla nas Great Ocean Road miała swój początek w mieście Allansford, w pobliżu miasta Warrnamboo, największego znajdującego się przy tej trasie. Nie jest to autostrada, jak myślałem na początku, tylko droga dwukierunkowa jednopasmowa, której dopuszczalna prędkość waha się w wartościach od 50 do 100 km/h.

Znaczna część drogi biegnie wzdłuż wybrzeża, którego odcinek między miastem Torquay, a przylądkiem Otway jest znany jako Surf Coast, natomiast odcinek położony na zachód od przylądka Otway jako Wybrzeże Wraków – w tych miejscach droga zapewnia widoki na Cieśninę Bassa. Droga biegnie również przez obszary porośnięte lasami deszczowymi – których wcześniej szukałem w przewodnikach i na mapie – oraz pokonuje plaże i klify.

Najważniejszymi miejscowościami znajdującymi się na trasie są (patrząc od strony Allansford):

  • Peterborough,
  • Port Campbell,
  • Lavers Hill,
  • Apollo Bay,
  • Kennett River,
  • Wye River,
  • Lorne, Aireys Inlet
  • Anglesea.

Port Campbell jest popularne ze względu na znajdujące się w jego okolicy formacje skalne, składające się z wapnia i piaskowca, m.in. Lock Ard Gorge, The Grotto, London Arch (w przeszłości znane jako London Bridge) oraz Dwunastu Apostołów. Na odcinku w pobliżu miasta Geelong droga wije się wzdłuż wybrzeża oraz wysokich, niemal pionowo ułożonych klifach. Australijskie towarzystwo ubezpieczeń Royal Automobile Club of Victoria w swojej ankiecie Victoria 101 umieściło drogę jako najlepsze turystyczne doznanie.

Great Ocean Road: Bay Of Islands

Ruszyliśmy więc w kierunku Melbourne i pierwszego dnia mieliśmy tyle wrażeń jakby minęło chyba ze 3 dni. Już przed 11-tą dotarliśmy do pierwszej z atrakcji na Great Ocean Road, czyli do Bay Of Islands. Piękny widok. Plaża w zatoce dość szczelnie osłonięta przez piętrzące się klify. Zobaczyliśmy ogrom potęgi oceanu. I wynik jego działania przez miliony lat. Doprawdy, człowiek jest taaaki malutki i przy tym bywa pełen olbrzymiej pychy twierdząc, że może ujarzmić przyrodę.

The Grotto, Great Ocean Road
The Grotto, Great Ocean Road. Źródło: Wikipedia

Great Ocean Road: The Grotto i London Bridge

Kilka kilometrów dalej, natura znowu zabawiła się w rzeźbiarza wykonując misterną rzeźbę łuku The Grotto. Kilka kilometrów dalej, przed Port Campbell kolejne cudo natury – London Bridge, z którym – jak opisują portale internetowe – związana jest historia romansującej pary, która została odcięta od świata, gdy naturalne połączenie półwyspu z lądem runęło do morza, a oni pozostali na powstałej w ten sposób wyspie.  Właśnie takie historie powodują (nie romansu, a zawalenia się istniejącej grobli), że tym bardziej świadom jestem ograniczeń gatunku ludzkiego. Nawet takie budowle przyrody, wskutek niedostrzegalnego zaniku równowagi w przyrodzie, giną w otchłaniach fal.

London Bridge, Źródło: Wikipedia

Podczas przerwy w Port Campbel, w restauracji, jedząc kiełbaski zastanawiałem się nad tym, że póki co,  Great Ocean Road mnie nie powala. Widziałem wyższe klify (Madera), bardziej spektakularnie wijące się drogi (Chorwacja). Ale prawdą jest, że Great Ocean Road ma coś, czego nie widziałem nigdzie indziej. Harmonia doznań. Odczuwałem to zwłaszcza na odcinku drogi po obejrzeniu 12 Apostołów, gdy chwilami wydawało mi się, że jeżdżę po Bieszczadach, by za moment zobaczyć połyskującą w słońcu taflę morza. A potem  rajski widok tuż przed Apollo Bay…

Zatoka wraków, czyli Loch Ard George

Ale po kolei. Następne było Loch Ard George – zatoka wraków oczywiście – jak to w Australii – z własną historią. Tym razem jest to opowieść o dwóch uratowanych rozbitkach w roku bodajże 1872. Okolica robi naprawdę imponujące wrażenie. Przypomniały mi się oglądane kiedyś przeze mnie zdjęcia z morza – chyba południowo chińskiego – gdzie z wody wystają skały jak maczugi, a to wszystko spowite we mgle. Podobnie jest tutaj.

Jeszcze nie otrząsnęliśmy się z krajobrazowego zachwytu i jesteśmy na brzegu nie opodal 12 Apostołów, miejsca – symbolu atrakcji turystycznych w Australii https://en.wikipedia.org/wiki/The_Twelve_Apostles_(Victoria). Zdjęcia – sądzę – są we wszystkich materiałach turystycznych dotyczących Australii. Nie będę się wypowiadał na temat uroku tych naturalnych rzeźb przyrody, które jeszcze przed 50 laty nosiły przyziemne nazwy świnek. Po raz kolejny jestem pełen podziwu – i to nie żart – dla Australijczyków potrafiących eksploatować cokolwiek, co może mieć wartość turystyczną.

Great Ocean Road: 12 Apostołów

Wyobraźmy sobie, że przy skale w Ojcowie (słynna maczuga) postawimy Visitor Centre. Albo przy zamku w Bolkowie. I ludzie będą „walić” drzwiami i oknami, aby to zobaczyć. Jedyne porównanie tłumu jakie mi się nasuwa przy okazji oglądania 12 Apostołów, to widziany przed trzema tygodniami inny tłum na murze chińskim. Ale żeby nie było wątpliwości – naprawdę warto było tutaj przyjechać!

12 Apostołów, Australia
12 Apostołów. Źródło: Wikipedia

W odróżnieniu od Cape Otway, który był kolejnym naszym celem. Mieliśmy nadzieję na piękne widoki, ale gospodarze doszli chyba do wniosku, że jak ktoś specjalnie zboczy o 15 kilometrów z głównej drogi, to bez zmrużenia oka zapłaci 20 dolców za wejście na latarnie. Nie zapłaciliśmy, nie weszliśmy, wróciliśmy na główną drogę.

Mimo zapowiadanego deszczu, nie spadła nawet kropla. Chciałem, aby tak pozostało bo miałem ostatnią niespodziankę na ten dzień  – las deszczowy. To była w zasadzie miniatura lasu deszczowego pozwalająca na 40 minutowy spacer. Ale jaki wspaniały. Jeszcze nigdy nie miałem podobnego wrażenia obcowania w takiej bliskości z roślinnością, która odurzała i zniewalała zarazem. Przez chwilę zastanawiałem się, czy  – co nie było możliwe – nie zbłądziliśmy. Niesamowitość miejsca powodowała, że zdawało się, że nic nie ma poza tym miejscem.

Great Ocean Road: Apollo Bay

Był to piękny akcent podsumowujący dzień, więc pomyślałem ze starczy i może przenocujemy w Apollo Bay. Jest to miejscowość położona nad oceanem rozpostarta niemal jak mityczna Grecja nad Morzem Śródziemnym. Wynajęliśmy domek kempingowy (bardzo porządny) z widokiem na morze. Zaczęło padać. Kolorowe papugi podlatywały do karmika na tarasie naszego domku, pozwalając obserwować rytuał jedzenia. Naprawdę fajnie….. Byliśmy już  jedyne 260 kilometrów od lotniska w Melbourne, gdzie za 36 godzin mieliśmy oddać wypożyczony samochód. 

Następnego dnia rano moja żona kombinowała, jak by tu dalej nie jechać, tylko przedłużyć pobyt do następnego dnia. Nie dziwiłem się, bo lało jak z cebra, wiatr, a w domku cieplutko i cudowny widok na morze. Ale nic z tego. Okazało się, że wszystkie domki były już zarezerwowane. Trzeba się było zbierać.  Trudno. Wyruszyliśmy razem z deszczem o 10:00, by po parunastu minutach jazdy zatrzymać się na poboczu napawając się widokiem wzburzonego morza. Musiałem odwołać wszystko, co myślałem do tej pory niepochlebnego na temat walorów widokowych Great Ocean Road.

Od Apollo Bay wiedzie ona samym brzegiem morza, albo tuż przy plaży, albo wznosi się na parędziesiąt, może nawet paręset metrów nad poziom morza. Wygląda to cudownie. My się raz pięliśmy drogą w górę, a za chwilę opadaliśmy w dół. Do tego to wzburzone morze. Gdzieniegdzie amatorzy ekstremalnych wrażeń pływali na deskach….

Great Ocean Road: wodospad

Padało również, gdy dojechaliśmy do Lorne. To kolejna urocza, pięknie położona miejscowość. Odbiliśmy drogą w bok o 10 kilometrów, bo wyczytałem, że jest do obejrzenia wodospad. Ponoć najwyższy, bo 30 metrowy, wodospad w Wiktorii. Nigdy dotąd (do przyjazdu do Australii) nie przyszło mi chyba do głowy, żeby aż tak zachwycać się przyrodą. Powietrze nad wodospadem – w lesie przypominającym las deszczowy – doskonałe. I te zapachy. Wodospad Erskine Falls – piękny.

Pojechaliśmy dalej, podczas jazdy to padało, to po chwili po deszczu nie było śladu.  Dojechaliśmy do Aireys Inlet i ruszyliśmy w kierunku latarni morskiej. Na szczęście była zamknięta, więc pewnie oszczędziliśmy ze 40 AUD, ale tak wiało, że mimo pięknych widoków uciekliśmy czym prędzej do samochodu. Trochę żałowałem, że nie zatrzymaliśmy się parę kilometrów wcześniej przy pomniku poświęconym budowniczym drogi – Memorial Arch at Eastern View. Na drodze co parę kilometrów roboty drogowe, ale nam to nie przeszkadzało, bo i tak zatrzymywaliśmy się co jakiś czas podziwiać morze. Deszcz raczej oszczędzał naszą odzież. Padało, gdy byliśmy w samochodzie. Podczas naszych spacerów nie padało.

Już rano zarezerwowałem  motel w Gelong, więc nie mieliśmy żadnego stresu związanego z noclegiem. Pomyliłem dwa razy drogę. Raz – z lenistwa – bo nie chciało mi się włączyć GPSa i zamiast do Gelong pojechałem w kierunku Melbourne. Drugi – dla odmiany znowu z lenistwa, bo nie sprawdziłem jaki adres docelowy wbiłem w do nawigacji. Mimo tych pomyłek  dojechaliśmy parę minut po 14:00 do motelu.

Jazda australijskimi drogami

Po blisko tygodniu jazdy z lewej strony drogi czułem się coraz lepiej. Jeszcze miałem kłopot z cholernymi kierunkowskazami. Popracuje nad tym w Hobart. Za to moje – Polaka w Australii – opinie, co do kierowców Australijskich są nienajlepsze. Nie ruszą z miejsca, jak nie ma 100 % pewności, ze wszystko jest bezpieczne. Oczywiste jest to, że – w związku ze swoim stylem jazdy – poruszają się bezpiecznie, ale w Warszawie (nie mówiąc o Paryżu czy Rzymie) na pewno by zaginęli…….

Za to są nienormalnie (jak na nasze polskie warunki) spokojni. Cierpliwie czekają aż ktoś wyjedzie, aż pieszy przejdzie i w podobnych do tych sytuacjach. Zastanawiałem się dziś, czy widziałem rozmawiającego podniesionym głosem Australijczyka i stwierdzam, że chyba nie. Dziwny kraj. J  Acha, zaczęliśmy czwarty tydzień podroży. Zuchy jesteśmy!!!

Policzyłem, nocleg w Geelong był w ósmym miejscu, podczas naszego pobytu w Australii. Przedtem nocowaliśmy: w Sydney, Perth, Adelaide, Boudin Beach, Kingston SE, Allansford, Apollo Bay. Wstaliśmy wcześnie, aby jak najszybciej dojechać do Melbourne, zdać samochód, zameldować się  w hotelu. Ponieważ nie zapłaciłem za motel poprzedniego dnia, to musiałem to uczynić rano, a pracownicy moteli W Australii niekoniecznie przychodzą do pracy na siódmą rano. W efekcie wyjechaliśmy po 8:30. Na pocieszenie pozostał nam fakt, że w Geelong podjąłem „ważne decyzje logistyczne”, tzn. co będziemy robić po przyjeździe do Brisbane. Otóż zarezerwowałem noclegi 3 i 4 grudnia w Hervey Bay, w apartamencie oddalonym od Brisbane o około 300 km. Oznacza to, że pojedziemy na wycieczkę na wyspę Fraser. Ten kierunek polecała mi bezwzględnie moja znajoma ze Śląska. Będziemy musieli jeszcze tylko wynająć auto w Brisbane i zaplanować noclegi 5, 6, 7 grudnia.

Rankiem niewiele mi się udawało. Próby umycia samochodu po drodze do Melbourne skończyły się niepowodzeniem. Do tej pory nie widziałem w Australii automatycznej myjni przy stacji benzynowej.  A ja mam niechęć do mycia samochodu w myjni ekologicznej (chyba uraz z dzieciństwa, kiedy to codziennie myłem samochód mojego taty). Do tego zaplanowałem, że zatankuje tuż przed zdaniem auta do wypożyczalni, czyli przed lotniskiem, a przez ostatnie 20 kilometrów nie było stacji benzynowej. Objechałem więc za pierwszym razem wjazd na lotnisku do wypożyczalni i pojechałem w poszukiwaniu stacji. Na szczęście stacja benzynowa była nieopodal. Samo zdanie samochodu odbyło się bardzo szybko i zajęło może 3 minuty. Zdobyłem po drodze nowe doświadczenie – po raz pierwszy zostałem obtrąbiony przez kierowcę australijskiego, ale powodem do dumy napawa mnie fakt, że nastąpiło to wskutek ewidentnego, zaplanowanego przeze mnie, wymuszenia. Jest to dowód, że zaczynam w ruchu lewostronnym czuć się normalnie.

Z parkingu wypożyczalni do przystanku autobusowego było kilkadziesiąt metrów ale pomny, że podobno Skybus jest drogi, szukałem tańszego rozwiązania. Nie znalazłem. Podróż do miasta dla jednej osoby to koszt 19:50 AUD. Zgroza. Bardzo drogo. Nie kupowałem tym razem karty na transport (w Melbourne nazywa „myki card”) więc przeszliśmy od końcowego przystanku autobusu (ze stacji kolejowej) do apartamentu (1 200 metrów) pieszo. Spociłem się ciągnąc nasze walizki. W hotelu byliśmy o 11:30,  a doba hotelowa rozpoczynała się o 14:00. I kiepski tego dnia mój los, wreszcie się do mnie uśmiechnął. Zameldowali nas po 5 minutach…

Czytaj dalej: Melbourne. Australia

Wyspa Kangurów (Kangaroo Island), Australia

Co zobaczyć na Wyspie Kangurów? Kiedy odwiedzić jedną z największych wysp Australii? Jak kształtuje się pogoda na Kangaroo Island? Sprawdź, zanim pojedziesz!

Wyspa kangurów: pogoda

Mówiąc o pogodzie na Wyspie Kangurów musimy pamiętać o tym, że w Australii pory roku są odwrócone. Zima na Kangaroo Island zaczyna się w czerwcu, a kończy we wrześniu i to na te miesiące przypada większość opadów. Przeciętnie temperatura w tych miesiącach waha się między 13°C a 16°C. Najlepszą porą na zwiedzanie wyspy zapewne jest wiosna i jesień. Latem jest ciepło i sucho, jednak słupek rtęci rzadko przekracza 35°C. Najgorętszym miesiącem w roku jest luty.

Kangaroo Island mapa
Wikipedia

Wyspa Kangurów: co zobaczyć?

Kangaroo Island jest trzecią co do wielkości wyspą, po Tasmanii i wyspie Melville’a, w Australii. Leży około 110 kilometrów od Adelaide. Na wyspie znajduje się kilka rezerwatów przyrody z największym i najbardziej znanym – Flinders Chase National Park. Kangaroo Island jest jedną z najpopularniejszych atrakcji turystycznych południowej Australii, przyciągając ponad setki tysięcy odwiedzających każdego roku.

Najbardziej popularnymi atrakcjami turystycznymi na Wyspie Kangurów są m.in.:

  • Seal Bay – oferująca spacery między lwami morskimi;
  • Flinders Chase National Park, który obejmuje Remarkable Rocks, Admiral’s Arch, latarnie morskie w Cape Borda i Cape du Couedici oraz wiele szlaków turystycznych;
  • Cape Willoughby;
  • Kelly Hill Caves;
  • Little Sahara (ogromne wydmy na południowym wybrzeżu);
  • laguny Murray;
  • Kangaroo Island Wildlife Park.

Smakoszom Wyspa Kangurów oferuje szereg gospodarstw, które sprzedają miód od pszczół. Było więc co zwiedzać, a do mnie jedynie należał wybór „co”, podczas jednodniowego pobytu.

Wyjątkowo kiepsko spaliśmy – chyba jakieś żyły wodne (?) – więc już o 8:30 gotowi byliśmy do wyjazdu, tak, że o 10:15 dojechaliśmy do Flinders Park. Byłem trochę zdezorientowany, gdyż wokoło chodzili wyłącznie ludzie ubrani jak do trekkingu. Patrząc na nich, my wyglądaliśmy jak dwa „stróże w Boże Ciało”, ubrani bez sensu. Sandałki, spodenki i koszulki na ramiączkach. A na planie okolicy w Visitor Center wyraźnie było widać, że do naszych atrakcji jest 15 kilometrów. Wydawało się, że jest „kicha”. Poszedłem do informacji zapytać dokąd – w pobliżu Visitor Centre – możemy iść na spacer i dopiero tam kobieta otworzyła mi oczy na fakt, że te 15 kilometrów mogę po prostu przejechać samochodem.
Więc później cały dzień było cudnie.

Wyspa Kangurów w Australii: atrakcje

W zasadzie na tym powinienem skończyć opis tego dnia, ale naprawdę – wszędzie gdzie pojechaliśmy – było po prostu cudnie. Najpierw Admirals Arch: piękny przylądek ze skałami wychodzącymi w morze, a na skalach wylegujące się lwy morskie. Widoki przepiękne. Na przylądku latarnia morska, której odpuściliśmy ze względu na deszcz, który zaczął padać.
Z przylądka udaliśmy się na Remalkable Rocks – układu gigantycznych skał koloru czerwonego, schodzących z lądu do morza. Tych wrażeń wzrokowych nie da się opisać.
Wróciliśmy do Visitor Centre, a tam na drzewach siedziały sobie trzy misie koala. Na zdjęciach wyglądały jak sztuczne, więc nakręciłem filmik, na którym jeden z „misiów” chyba nawet śpiewa. Jedynym mankamentem tych spacerów były dokuczliwe muchy. Obrzydzały nam piesze wędrówki podczas całego dnia.

Pojechaliśmy do Kelly Hill Caves na Kangaroo Island, ale w końcu nie weszliśmy do jaskiń. Temperatura przekroczyła już 35 stopni, muchy zachowywały się nieobyczajnie, więc i my chyba mieliśmy kryzys. Kolejnym naszym przystankiem była Seal Beach. Za 16 dolców od łba weszliśmy i obejrzeliśmy po raz drugi lwy morskie. Tym razem leżące na plaży. Setki sztuk. Australijczycy są mistrzami w pokazywaniu turystom tego, co mają. A mają niesamowitą przyrodę. Po raz kolejny byłem pod jej wrażeniem.

Kangaroo Island
Wikipedia

Z Seal Bay pojechaliśmy do Kingscote – głównego miasta Wyspy Kangurów. Według Wikipedii żyje tam około 1400 miejscowych. Miasteczko jak z amerykańskiego filmu. Kolorowe, stateczne, senne. Wypiłem piwo, a Małżonka lampkę wina i zrobiliśmy zakupy. Wracając do domu rozglądaliśmy się w poszukiwaniu biegających na wolności kangurów bo wszystko tutaj widzieliśmy, ale kangura na wolności nie. Z piętnaście kilometrów przed domem był!!! Siedział przy drodze i dopiero podczas robienia mu zdjęć wstał i udał się za krzaki. Po chwili pojawiły się kolejne kangury. Tak więc – zrealizowaliśmy nasz plan w 100% – zobaczyliśmy wszystko, co trzeba było widzieć na Kangaroo Island.

Co więcej okazało się, że obok w domku też mieszkali Polacy. Jak my – na urlopie od trzech tygodni, Podobnie jak my, podróżowali – trasą tylko, że od Brisbane do Adelaide. Rodzice z córką i zięciem. Od ojca dowiedziałem się, że muchy są tutaj zjawiskiem wiosennym i ten czas szybko przeminie. Dodatkowo opowiadał mi o lasach deszczowych, co – nie ukrywam – mnie zaciekawiło. Postanowiłem koniecznie sprawdzić tę informację. Gdzie one są? Te lasy deszczowe.

I znowu nie mieliśmy planów na następny dzień, dokąd jechać, gdzie nocować. Tak miało być przez kolejne dni.

Opuszczamy Wyspę Kangurów…

Już o 9:30 gotowi byliśmy do wyjazdu z Boudin Beach – naszej kwatery na Kangaroo Island. A wiec lajtowo, biorąc pod uwagę, że prom zaplanowany był na 11:30. Moja Druga Połowa po drodze znowu zobaczyła dwa kangury, więc zawróciliśmy, ale kangury uciekły w krzaki. Przeczekały  niebezpieczeństwo, czyli nas, i pewnie potem wyszły.

W Penneshaw (miejsce gdzie znajdowała się przystań promowa) zatankowałem trochę paliwa do samochodu i dalej na prom w nadziei, ze załapiemy się na wcześniejszy niż ten, na który mieliśmy wykupiony bilet. Nic z tego. Popłynęliśmy więc planowo, a czas wykorzystaliśmy na zarezerwowanie noclegu w Kingston SE, które położone jest około 370 kilometrów od Cape Jervis. Czyli określiliśmy swój cel do osiągnięcia w ciągu nadchodzącego dnia.

Fajnie tak płynąć sobie promem w kolejne nieznane. Do Cape Jervis mieliśmy niespełna 15 km przez Ocean Południowy. Ale to brzmi. O c e a n   P o ł u d n i o w y. Kiedyś w ogóle nie wiedziałem, że jest taki ocean. Niezbadane są wyroki Najwyższego. Z Cape Jervis ruszyliśmy w kierunku Melbourne przez Victor Harbor. W Victor Harbor – jak już pisałem – podobno można spotkać pingwiny. Prognoza pogody nas nie rozpieszczała. Zapowiadała pod koniec dnia deszcz w Kingston. Kolejnego dnia, w drodze do Warrnambool,  raczej też  i kolejnego, w drodze do Melbourne, podobnie. Ale jak to będzie, jak już się niejednokrotnie przekonaliśmy, miało się okazać później.

Victor Harbor: wyspa pingwinów

Po zjechaniu z promu, na początek przejechaliśmy 60 km do Victor Harbor. Parotysięczna, fajnie wyglądająca miejscowość. Jak to jest, że w Australii wszystkie podobne do Victor Harbor wielkości miejscowości wyglądają jakby były zbudowane z gotowych zestawów możliwych do kupienia w Ikei? Wszystko jest jakby poukładane. I jeżeli jest chociażby skrawek czegokolwiek, co mogłoby być wykorzystane jako atrakcja turystyczna, to się zrobi. Tak jest w Victor Harbor.

Wyspa oddalona o paręset metrów została połączona drewnianym mostem z lądem. Na moście kursujący tramwaj konny. Wyspa przystosowana do pieszej wycieczki, trasa około 1500 metrów. Urozmaicona dodatkowo czymś co „robi” tutaj za eksponat sztuki (za szereg eksponatów). Nic przy tym z „klimatów” Disneylandu i wyjątkowo wszystko – poza tramwajem – za darmo. O ile dobrze dostrzegłem –  nieopodal wyspy jakiś – umocowany na morzu sztuczny twór, który „robi” za restaurację. Spędziliśmy sympatyczne około dwóch godzin, popatrzyliśmy na pingwiny i dalej w drogę do Kingston.

Dalej, w drogę!

Nie licząc – niespodziewanej dla nas – przeprawy promem przez rzekę Murray, po około 150 kilometrach dotarliśmy do Meningie, w którym zrobiliśmy zakupy i zjedliśmy spóźniony lunch. W miasteczku wszystko wyglądało podobnie jak w innych, do tej pory mijanych. Przejechaliśmy kolejne 150 kilometrów i Kingston SE. Przy wjeździe olbrzymi pomnik homara – w Australii takie twory to norma.

Nie byłem zdziwiony, że na ostatnim etapie naszej podróży nie wyprzedził nas nikt, a minęło nas z naprzeciwka może 20 – 30 samochodów. Przyzwyczajałem się, że największym wyzwaniem podczas jazdy w Australii są chyba zwierzęta. Podczas jazdy mały ptak wpadł mi na przednią szybę – aż strach pomyśleć co by było, gdyby to był większy…. Bez problemu znaleźliśmy zamówiony nocleg. Za 115 AUD, mający 120 – 140 metrów luksusowy apartament. Przesympatyczni gospodarze i niespełna 50 metrów (przez wydmę) do morza. Życie jest piękne!

Kolejnego dnia nie mieliśmy zbyt ambitnych planów. Dojechać do Warrnambool o takim czasie, aby następnego dnia od razu ruszyć na Great Ocean Road. Wyjechaliśmy o 10:00, więc wydawało się, że o 13:30 będziemy na miejscu. Ale poszło nie tak jak myśleliśmy, bo około 12:00 zatrzymaliśmy się na kawę w Mount Gambler i zeszła godzinka. Potem zdziwiony zauważyłem, że czas przyspieszył, a to na granicy Victorii czas „przeskoczył” o pół strefy czasowej.

W ogóle warto odnotować, że dotarliśmy w Australii do kolejnego, czwartego stanu. Byliśmy kolejno w Nowej Południowej Walii,  potem w Australii Zachodniej, Południowej, no i Wiktoria. Jechaliśmy to w strugach deszczu, to w słońcu. Chwilami było 12 stopni ciepła, a po chwili już 18. Szalony kraj. Olbrzymie przestrzenie, w ogóle olbrzymie wszystko. Jak stado krów to dziesiątki, jak owiec to setki. Winnice obejmujące setki, może tysiące hektarów. Majestatyczne pola z samojezdnymi podlewaczkami o ramionach chyba 50 metrowych, co w sumie potrafi dać 200  – 300 metrów szerokości podlewania.

Będąc w Mont Gambler, zarezerwowaliśmy motel usytuowany na początku Ocean Road, czyli w Allansford. Warunki motelowe niezłe przy rozsądnej cenie, co stwierdziliśmy po przybyciu. Ale byłem zmęczony. Zmęczeni, poczekaliśmy na otwarcie baru, aby coś zjeść. Kuchnie w barze otwierali dopiero o 18:00, więc od razu po kolacji postanowiliśmy iść spać (oczywiście przedtem miałem do przygotowania plan podróży na następny dzień).

Czytaj dalej: Podróż Great Ocean Road

Adelaide. Australia

Co zobaczyć w Adelaide? Jak korzystać z transportu w mieście i dokąd udać się po wyjechaniu z niego? Sprawdź!

Adelaide w Australii

Adelaide (wym. [ˈædəleɪd], Adelajda), nasz kolejny cel podróży, to stolica stanu Australia Południowa. Jest położona nad Oceanem Indyjskim u ujścia rzeki Torrens. Nazwa miasta Adelaide pochodzi od – ciekawostka – imienia żony Wilhelma IV Hanowerskiego królowej Adelajdy. Piąte co do wielkości miasto w Australii z liczbą ludności wynoszącą 1,35 mln mieszkańców leży w strefie klimatu subtropikalnego typu śródziemnomorskiego.

Pierwsi mieszkańcy terenów na których później powstała Adelaide to byli oczywiście Aborygeni, którzy nazywali ten region „Tandanya” (krainą czerwonych kangurów). Brytyjscy osadnicy utworzyli prowincję pod nazwą Australia Południowa w 1836 roku. Adelaide została zaplanowana jako miejsce nowo powstającej kolonii dla wolnych emigrantów z Europy (a nie jak w przypadku pozostałych stanów Australii dla zesłańców z Anglii). Gwarantowano przyszłym osadnikom wolności religijne i obywatelskie. Z tych powodów w Południowej Australii osiedliło się wówczas wielu uchodźców z Niemiec (przypadkowym zbiegiem okoliczności słowo „adelaide” oznacza w języku niemieckim „szlachetne oblicze”).

Miasto wygląda jak wielkie country town. Stosunkowo niewielkie city otoczone jest dzielnicami parterowych, a czasem jednopiętrowych domów z ogrodami. Jedyna, obok city, dzielnica z wysokimi budynkami to Glenelg (hotele, apartamentowce). W Adelaide i jej okolicach mieszka obecnie około 20 tysięcy osób polskiego pochodzenia.

Co zobaczyć w Adelaide?

Atrakcje Adelaide są dość ograniczone. W Centrum Adelajdy warto przejść się deptakiem Rundle Mall z licznymi sklepami, kafejkami i restauracjami, odwiedzić Ogród Botaniczny z tropikalnym pawilonem (Queenslandzka dżungla odtworzona w wielkiej cieplarni), małe ale ciekawe Chinatown (fajne restauracje i chińskie sklepy), Central Market – ogromne targowisko w wielkiej hali z niesamowitą atmosferą gdzie można kupić tropikalne owoce jak i polskie barszcze, dżemy, śledzie i kiełbasy o nazwie „krakowska”, „toruńska” itp. Podobno warto odwiedzić Muzeum Narodowe z ciekawymi wystawami o Aborygenach i Australii.

W okolicach miasta ze szczytu Mount Lofty – na który niestety nie mieliśmy okazji pojechać – rozciąga się spektakularna panorama miasta. Jedną z największych atrakcji Adelaide jest park przyrodniczy Cleland Wildlife Park, gdzie można zawrzeć znajomość z oswojonymi kangurami, koalami, strusiami emu i zobaczyć inne australijskie zwierzaki jak wombaty, diabły tasmańskie, dingo i wiele innych.

Adelaide: Dzień pierwszy

Obudziłem się, trochę zdezorientowany zmianą czasu, o 9:00. Zapomniałem o tej różnicy czasu pomiędzy Perth i Adelaide (wynoszącej 3 godziny). W pułapkę czasu w Adelaide wpadła również moja żona. Była przekonana, że jest dopiero 7:00 rano – Jej zegarek w telefonie się nie przestawił.

Po wyjściu z hotelu od razu pierwsze fajne estetyczne wrażenie dotyczące lotniska w Adelaide i otoczenia. Plac przed terminalem podobny do tego przed warszawską Arkadią, z jednej strony zamknięty budynkiem terminala połączonego z naszym hotelem, z pozostałych ograniczony parkingiem i łącznikiem pomiędzy terminalem a parkingiem. Nie widać było spieszących się ludzi. Jak napisałem wyżej, plac bardziej przypominał otoczenie centrum handlowego w niedzielne przedpołudnie niż lotnisko.

Jako doświadczeni australijscy turyści, w sklepie kupiliśmy dwie karty na autobus (plastikowe, po 25 AUD sztuka) i pojechaliśmy do miasta. Zjedliśmy śniadanko, prawie w centrum, za 30 dolców (w hotelu chcieli 28 za jedna osobę) i poszliśmy zwiedzać! Opisywane wyżej: Central Market (koncepcyjnie zbliżony do marketów z Barcelony czy Madrytu, Rundle Street – klimatyczna ulica i cała okolica), Ogród Botaniczny i Katedra Świętego Franciszka, o której jeszcze nie wspominałem. Miedzy nami – dwoma turystami  – wyniknął spór, który ogród botaniczny jest ładniejszy, czy ten w Sydney czy w Adelaide? Spór świadczył o poziomie, na jakim utrzymane są każde z nich. Na marginesie dodam, że nigdy nie przypuszczałem, że będę zachwycał się kiedykolwiek jakimś ogrodem botanicznym.

Ciekawe, że w odróżnieniu od Perth nie ma w Adelaide much. Na początku pobytu w Perth byłem ich ilością wręcz przerażony, ale na szczęście – podczas naszego pobytu – nie były takim problemem jakiego się obawialiśmy. Postanowiliśmy, że zwiedzanie ZOO w Adelaide  zostawimy sobie na następny dzień, natomiast pojechaliśmy jeszcze nad morze.

Wsiedliśmy w tramwaj (bo w autobusie przegapiłem przystanek na którym trzeba wysiąść) i pojechaliśmy do Glenelg. „Śmieszny” tramwaj. W mieście traktowany w infrastrukturze komunikacyjnej jak tramwaj, a na obrzeżach jak pociąg ze wszystkimi dodatkami (zapory, światła, szlabany). Dojechaliśmy do kolejnego australijskiego Sopotu. Trudno byłoby te obejrzane dotąd „Sopoty” zliczyć, a przecież to nie jest koniec naszej australijskiej przygody. Ładnie tutaj. Wiem – powtarzam się.

Zjedliśmy całkiem dobry obiadek tuz przy plaży, ukryci przed porywistym wiatrem. Z tego co zauważyliśmy (już o tym wspominałem) lokalizacja typowej restauracji (nie wiem jak jest w hotelach) nie ma wpływu na cenę posiłku. Nie zauważyłem, żeby ktokolwiek zostawiał kelnerom lub przy barze napiwki. Podobnie nie widziałem (w zasadzie to widziałem dziś pierwszy raz jednego) pijanych. Bezdomni, owszem, zdarzają się. Pijani nie. Palący jak „wyjęci spod prawa” – wszędzie są zakazy palenia i człowiek z papierosem jest widokiem mało powszechnym.

Zrobiliśmy w Glenelg zakupy i ruszyliśmy z powrotem do hotelu. Tak naprawdę to nie za bardzo potrafię opisać co się później wydarzyło. Na przystanek podjechał autobus, którego kierowca twierdził, że nie jedzie w stronę lotniska (dokąd chcieliśmy jechać), ale po chwili kazał nam wsiadać. Według mnie, porozumiał się z kolegą, który nieopodal czekał na przystanku i miał odjeżdżać w kierunku lotniska, więc „nasz” kierowca (ten, który nam kazał wsiadać do autobusu) zrobił z nami kółko po mieście, żeby podwieźć nas do czekającego autobusu (tego drugiego) i po wysadzeniu nas na przystanku, pokazaniu palcem w jaki autobus mamy wsiąść, pojechał tam, dokąd miał wcześniej jechać. A jego kumpel zabrał nas w kierunku lotniska. Dziwny kraj…..

Adelaide: Dzień drugi

Rano, mimo, że obudziliśmy się dość późno, pojechaliśmy do kościoła na 11:30 (mi się wcześniej wydawało, że msza będzie o 11:15). Z powodu naszego pośpiechu, siedzieliśmy przed kościołem już o 10:50 obserwując żałobników z pogrzebu, który – jak się okazało – był celebrowany parę chwil wcześniej. Siedząc w porannym słonku na ławce rozmyślałem, że kiedyś w najskrytszych marzeniach nie wyobrażałem sobie chwili, którą właśnie przeżywaliśmy. Podczas studiów w latach osiemdziesiątych, odlotowym wydarzeniem było pojechać do Bułgarii, Rumunii, NRD. Australia była wtedy dla mnie w tej samej strefie geograficznej i czasowej co Księżyc i Wenus…

Lubię uczestniczyć w mszach celebrowanych w obcych krajach. Nieznajomość bądź gorsza znajomość języka powoduje, że człowiek więcej skupia się na gestach niż na słowach. Dla nas w Adelaide nieznanym dotąd był chociażby udział wiernego – jednego z uczestniczących we mszy – w celebracji komunii. Każdorazowo po wręczeniu przez księdza podczas komunii opłatka, dawał do picia – przyjmującemu komunię – wino z kielicha. Sporo ludzi brało – biorąc pod uwagą porę dnia i dzień tygodnia ( sobota) – udział we mszy.

Po mszy poszliśmy do Central Marketu. Należy przyznać – był imponujący. Sądzę, że większy zarówno od tego w Barcelonie przy Rambli, a już na pewno od tego w Madrycie. Co do polskich akcentów, znaleźliśmy na straganie nawet kiełbasę toruńską. W knajpce w markecie zjedliśmy śniadanie / lunch i pojechaliśmy do zoo.

W porównaniu z warszawskim, zoo w Adelaide było niewielkie, ale miało swój klimat. No i generalnie w zoo były zwierzęta w większości żyjące wyłącznie na Antypodach (dla nas ciekawe, bo niektóre widziałem pierwszy raz w życiu). Poznałem się z koalą, pandą (chińska), pogłaskałem kangura i w ogóle było miło. Fajne klimaty. Byliśmy w zoo świadkami udzielanego ślubu (dla nas, środkowo europejskich parweniuszy, było to wydarzeniem).

Potem, podobnie jak poprzedniego dnia, pojechaliśmy do Glenelg. Była piękna, bezwietrzna pogoda, więc mogliśmy wreszcie pójść na molo i porobić fotki. A potem poszliśmy na jedzonko do baru po przeciwnej stronie ulicy, przy której była knajpka gdzie jedliśmy poprzednim razem. Mieliśmy tym razem miejsce z widokiem na plażę. Zamówiłem burgera z kangura. Mięso trochę słodkie, ja nie jestem fanem słodkich mięs. Ale znowu udowodniłem w ten sposób – gdyby zapytała – naszej córce, że jestem otwarty ma inne kuchnie świata! Zdecydowanie jednak kangury wolę oglądać niż jeść!

Transport w Adelaide

Sympatyczna kelnerka porobiła nam sporo zdjęć i wyrwaliśmy do autobusu. Ponieważ następnego dnia rano mieliśmy stąd (z Adelaide) wyjechać, przyszedł więc czas na kolejne podsumowanie. Tym razem o autobusach. W Sydney jeździliśmy metrem (dwa razy autobusem „z” i „na” lotnisko oraz raz na Coogee, więc trudno o nich cokolwiek pisać.

W Perth już jeździliśmy trochę więcej i nie mogę napisać, że wszystko przebiegało gładko. Do momentu przyjazdu do Adelaide nigdzie wewnątrz w autobusie nie spotkaliśmy nawet namiastki informacji, jaki numer ma autobus i dokąd jedzie. W Perth na przystankach albo był podany numer linii i rozkład jazdy albo tylko numer linii albo po prostu nic (numer przystanku). Z pomocą informacji udzielanej przez kierowcę i znajomości numeru, który posiadał każdy przystanek, można było jakoś podróżować. Ale w Adelaide…. nie jestem najgorszy z kojarzenia faktów i definiowania istniejących, nawet nieznanych mi wcześniej reguł, ale w Adelaide się poddałem.

W Glenelg na pętli (myślę, że to była pętla autobusowa) zażartowałem, że kierowca dopiero za chwilę (podczas oczekiwania na moment odjazdu) dowie się dokąd jedzie. W tym samym momencie wyświetlany dotychczasowy numer autobusu 300 zmienił się na J2 i mogliśmy jechać (to była nasza linia). Po prostu ręce opadły. Dwa przystanki po obydwu stronach ulicy o takiej samej nazwie, to żaden wyjątek.  Ale tak, jak wcześniej pisałem, życzę wszystkim mieszkańcom (a w zasadzie wszystkim podróżującym) takiej życzliwości kierowców autobusów jak w Australii.

Kolejnego dnia mam zamiar zdobyć kolejną sprawność – weźmiemy z wypożyczalni samochód i w drogę….. Jakby ktoś zapytał dokąd – jeszcze nie wiemy.

Adelaide: Dzień trzeci

Nadeszła trzecia niedziela podczas naszej podróży po Antypodach, która była o tyle wyjątkową niedzielą, że skończył się nasz precyzyjnie rozpisany plan pobytu, a zaczęła się improwizacja. Był w zasadzie tylko jeden pewnik co do kierunku dalszej podróży – za tydzień w sobotę powinniśmy być w Melbourne. Po przebudzeniu, „o suchym chlebie” (tak naprawdę z żółtym serem) zaczęliśmy się szykować do opuszczenia Adelaide. Przed 11:00 tą byliśmy gotowi. Zjechaliśmy windą na dół i przeszliśmy do terminala gdzie znajdowało się biuro wypożyczalni samochodów. Jak się okazało, niepotrzebnie „zwiedzaliśmy” lotnisko gdyż właściwe biuro znajdowało się na parkingu obok hotelu.

Odebranie auta przebiegło bardzo sprawnie i o 11:15 wyjechaliśmy z lotniska. Miałem mały stres związany z ruchem lewostronnym. Ale jakoś udało mi się wyjechać z Adelaide. Nadal nie wiedziałem dokąd jedziemy.

Wiedziałem, że wokół Adelaide znajdują się trzy wielkie rejony winnic: Barossa Valley, McLarren Vale i Clare Valley z setkami pięknych winnic, z których pochodzą znane też i w Polsce wina. Kusiły – według przewodników – pięknymi widokami, możliwością degustacji wina. Mogliśmy też udać się w kierunku Półwyspu Yorke – „zagłębia” pszennego Południowej Australii z licznymi malowniczymi miasteczkami, ruinami starych kopalni, pięknymi plażami niezliczonymi spichlerzami zbożowymi. Burra – stare historyczne miasteczko z ruinami starych osad, więzienia i kompleksem kopalni – kusiła również.

Kolejnymi ciekawymi miejscami wokół Adelajdy były: Victor Harbour z piękną Granitową wyspą (pingwiny, foki) na którą, po długim moście, jeździ tramwaj konny; Port Elliott – ze śliczną zatoką Horseshoe Bay. Czytałem, że warto przejść około 6 kilometrów plażą pomiędzy tymi miejscowościami – można podczas spaceru zobaczyć majestatyczne wieloryby (ale chyba nie o tej porze roku, podczas której podróżowaliśmy), a także foki i delfiny.

Ruch więc był lewostronny, stres z nim związany niemały, a mi dodatkowo po głowie błądziły nazwy miejscowości Victot Harbor, Cape Jervis. W końcu zdecydowałem się pojechać do Cape Jervis, sprawdzić kiedy promy odpływają na Kangaroo Island, ale widziałem, że moja Druga Połowa miała rozterki czy wydać kasę na prom, czy tez być w Rzymie i Papieża nie widzieć.

Widoki podczas jazdy z Adelaide do Cape Jervis były chwilami bajeczne. Dojechaliśmy do przystani promowej, gdzie samodzielnie, samorządnie podjąłem decyzję i kupiłem powrotny (we wtorek z powrotem) bilet na Kangaroo Island…

Nie załapaliśmy się na pierwszy prom, który przybył do przystani, ale na ten właściwy (ten na który mieliśmy bilet) już tak. Zdobyłem kolejną sprawność w Australii pod nazwą: „przeprawa promem samochodowym”. Ze szczególnym uwzględnieniem nabrania umiejętności wjeżdżania w jakieś dziury na promie, by zaparkować autem z kierownicą z prawej strony. Gdyby załoga promu wiedziała jak ona bardzo ryzykuje…

Widoki z promu znowu bajeczne. Po prostu cudnie, a to że zdrowo buja uatrakcyjniało podróż. Trwała 50 minut. Kolejna zdobyta sprawność, tym razem dotycząca zjeżdżania z promu w Penneshaw. Następnie zakupy w pobliskim sklepie i pojechaliśmy do „naszego domku” wynajętego na booking.com podczas oczekiwania na prom w przystani.

Dojechaliśmy do jakichś śmiesznych bungalowów, około 10 kilometrów od przystani, a tam na drzwiach jednego z nich napis „Welcome Peter”. Wpakowaliśmy się więc do środka, po czym pojechaliśmy wykorzystać ostatnie chwile dnia, na pobieżne chociaż obejrzenie naszych najbliższych okolic na wyspie. Po jakiś 50 minutach zadzwonił mój telefon, ale nic nie rozumiałem z tego, co do mnie mówią – po pierwsze, a po drugie dzwonili za grubą kasę na numer polski. Zasada, że jak kocha, to się dodzwoni, sprawdziła się. Gospodarz bungalowu napisał SMSa, że zajęliśmy nie swój domek. Nawet mnie to nie zestresowało specjalnie, co najwyżej rozśmieszyło jak w kolejnym SMSie napisał, że nie jestem Peter tylko Piotr. Doprawdy?

Wróciliśmy do domku (i tak należało to zrobić bo się ściemniało) gdzie okazało się, że zostaliśmy już przeprowadzeni do właściwego domku. Tym lepiej. Przeprosiliśmy gości, którym zajęliśmy domek, ale gospodarza jeszcze nie widzieliśmy.

Musiałem przyznać, że na powitanie, wyspa zaprezentowała się nam bardzo ciekawie. Niedobre wrażenie robiły leżące na poboczach dróg rozjechane przez samochody kangury. Widzieliśmy już rezerwat pelikanów i plażę oddaloną z 50 metrów od naszego bungalowu. Będąc na plaży, widzieliśmy w oddali dziwne zjawisko. Albo to były nisko wiszące chmury albo daleko wysunięty półwysep pocięty był zbiornikami wodnymi. Przede mną edukacja w dziedzinie geografii i atrakcji wyspy Kangaroo.

Czytaj dalej: Wyspa Kangurów w Australii

Rottnest Island. Australia

Po przebudzeniu zauważyłem, że łatwiej mi – mimo wszystko – zapamiętać dni tygodnia niż konkretną datę. Dotrwałem w łóżku do 7:00. Słońce świeciło w oczy chyba od godziny piątej. Mieliśmy udać się na wycieczkę na Rottnest Island. To wyspa znajdująca się 18 km (11 mil) na zachód od Fremantle.

Rottnest Island w Australii

Wyspa ma 19 kilometrów kwadratowych i jest popularnym miejscem wypoczynku. Stałych mieszkańców ma około 300 osób, za to około 500 000 osób corocznie odwiedza wyspę (do 15 000 odwiedzających jednocześnie w okresach szczytowych). Rottnest jest chyba najbardziej znana z populacji quokkas, małego torbacza. Można tam spotkać również australijskie lwy morskie i uchatki. Szereg rzadkich gatunków ptaków zagnieździło się w pobliżu płytkich, słonych jezior wewnątrz wyspy.

Wyspa była kiedyś miejscem kolonii karnej, instalacji wojskowych i obozów internowania dla cudzoziemców wroga (podczas wojny). O 8:20 w zasadzie byliśmy gotowi (ja przy okazji stwierdziłem, że nie spakowałem na wyjazd do Australii kąpielówek) do wyjścia. Nasza sympatyczna gospodyni postanowiła nas podwieźć do przystani, więc dostaliśmy w ten sposób dodatkowy czas, a ja dodatkowo – po drodze – szlifowałem angielski. Na przystani byliśmy o 9:20, więc jeszcze zdążyliśmy kupić kawę, którą skończyłem pić na statku. I na statek. Podróż z Perth trwała 50 minut.

Zobacz też:

Rottnest Island: transport

Na Rottnest jest bardzo ładnie. Po przypłynięciu – przy herbacie – naradziliśmy się co dalej robimy. Bardzo lubię, gdy w takich sytuacjach – gdy siedzimy w knajpce, w parku – łazi koło nas jakaś „zwierzyna”. Tym razem spokoju nie dawały nam miejscowe „szczury” i mój „kumpel” czyli „gawronowate” stworzenie o charakterystycznym głosie kaczora z kreskówek Disneya.

Rottnest Island

Przed wybraniem się na Rottnest Island warto wiedzieć, że po wyspie nie można poruszać się samochodem. Najpopularniejszym środkiem transportu jest tam rower. My w końcu postanowiliśmy kupić bilety na autobus Hop on – Hop off i to był świetny wybór. Z okazji wsiadania i wysiadania z autobusu skorzystaliśmy cztery razy. Mogliśmy pooglądać przepiękne widoczki w ogóle nie wyobrażalne z perspektywy przeciętnego Europejczyka. Myślę, ze nawet nad morzem śródziemnym nie zobaczy się takich krajobrazów, w takiej ilości.

Dobrze, że – wbrew wcześniejszemu zamiarowi – nie wypożyczyliśmy rowerów bo to by nas niechybnie zabiło. Niby żadne tutaj góry, ale cały czas droga wiedzie dół – góra, dół – góra. A tak było jak w sam raz – wycieczka dla emerytów. Pięknie….. po prostu pięknie (PPPP). Teraz wracamy na kontynent. Wprawdzie na razie tylko australijski ale zawsze to kontynent…… trochę głodni ale bardzo zadowoleni.

Rezerwat przyrody na Rottnest Island

Wyspa Rottnest Island została oddzielona od kontynentu zaledwie 7 tys. lat temu. Wcześniej wyspa była częścią lądu, co zmieniło się przez podnoszący się poziom mórz. Obecnie otoczoną przez rafy koralowe wyspę zmieniono w chętnie odwiedzany przez turystów, surferów i wędkarzy rezerwat przyrody. Wyspa przyciąga też nurków, którzy mogą odkrywać liczne wraki statków spoczywające w wodach okalających Rottnest Island. Ciekawostką jest to, że Rottnest Island jest jedynym miejscem na świecie, w którym występuje kuoka. To gatunek ssaka z rodziny kangurowatych. Ma długość wahającą się od 40 do 54 cm i waży 2,7-4,2 kg. Zwierza prowadzi nocny tryb życia i niechętnie w ciągu dnia rusza się z gęstych zarośli.

Czytaj dalej: Adelaide. Australia

Perth. Australia

Perth w Australii

Perth to miasto w Australii będące stolicą stanu Australia Zachodnia. Położone jest przy ujściu rzeki Swan (Łabędziej) do Oceanu Indyjskiego, u podnóża gór Darling. Centrum miasta i większość przedmieść położone są na piaszczystym i stosunkowo płaskim terenie. Cała aglomeracja rozciąga się na długości ok. 125 km wzdłuż wybrzeża oraz do ok. 50 km w głąb lądu. Perth jest najbardziej odosobnioną metropolią świata. Od najbliższego dużego miasta – Adelaide – dzieli je 2845 km. Do Sydney jest stąd dalej, niż choćby do Dżakarty. Jest czwartym miastem Australii pod względem populacji, zamieszkuje je ponad 2 mln mieszkańców. Perth założone zostało w 1829 r (w 1856 królowa Wiktoria nadała Perth prawa miejskie). Zostało tak nazwane przez Jamesa Stirlinga na cześć miasta w Szkocji o tej samej nazwie.

W drodze do Perth…

Więc rozpoczynaliśmy podróż na kraniec Australii! 5:45 pobudka! Chyba nikt nie lubi przeprowadzek. My na pewno. Powoli mogliśmy zacząć przywykać. O 7:24 autobus linii 400 zabrał nas na lotnisko. Po pierwsze nie byliśmy pewni, z którego terminala lecimy – w Sydney jest oddzielny terminal dla lotów krajowych i oddzielny dla międzynarodowych i są one znacznie oddalone od siebie. Po drugie absolutnie nie mieliśmy pojęcia jak wygląda odprawa na lotnisku, po trzecie mieliśmy na pewno nadbagaż. No i po raz kolejny okazało się, że wyobraźni nie należy nadużywać. Dopłata 50 AUD spowodowała, że cała odprawa trwała 3 minuty. A kontrola bagażu w porównaniu z Polską wyglądała naprawdę „lajtowo”.

Lecąc samolotem miałem świadomość, że minął 8 dzień od naszego wylotu z Polski i 7 dzień  pobytu w Australii, więc mogłem pokusić się o jakieś pierwsze spostrzeżenia.

Miasta w Australii? Uderza porządek, brak bałaganu. Jak coś jest rozkopane to znaczy, że coś budują lub remontują. Jak droga zamknięta to znaczy, że coś będzie remontowane. Nie jest brudno. Nie ma walających się na ulicach śmieci, stert gruzu, rupieci. Schludnie. Duże miasta przypominają oglądane w Kanadzie (piszę to wszystko po pobycie w Sydney), zwarte wysokie City i niskie przedmieścia. Małe miasta w Australii? Byłem po wrażeniem Leury w Górach Błękitnych. Miasteczko wyglądało jak z pocztówki.

Transport w Australii? Bez efektu „wow”. Poprawnie. Autobusy punktualne, ale w porównaniu z Warszawą trudno określić dokąd naprawdę jadą, zwłaszcza jak się jest wewnątrz. Pociągi z zewnątrz sprawiają mało estetyczne wrażenie, ale w środku czysto. I wszystko punktualnie. Za to konia z rzędem temu, kto wie ile kosztuje konkretna podróż autobusem (karta opal skądinąd fajna ma nieznany mi system rabatowy).

Podobnie jak u nas, mnóstwo marketów. Na tym polu możemy konkurować z Sydney. Markety na poziomie takim jak u nas. Czyli wysokim. Jedzenie w Australii? Najchętniej bym nic nie pisał. Pewnie w hotelu dostałbym przysłowiowego schabowego z kością, ale na ulicach – dających przecież informacje o tym, co tak naprawdę jedzą miejscowi – burgery, chipsy, parówki i chińszczyzna (plus sushi), które nie działają nadzwyczajnie na nasze kubki smakowe. Wybór generalnie jest niezależny od pory dnia. Ciekawostka: ceny jedzenia w Australii są wszędzie podobne (nie zależą zbytnio od lokalizacji). Jedliśmy w barach o podobnym do siebie standardzie, to nie wiem czy ceny zależą od standardu.

Fajnie byłoby móc odpowiedzieć jacy są Australijczycy. Ale którzy? Anglosasi, czy może Azjaci. Aborygeni, czy może Indonezyjczycy? Na pewno wszyscy są uprzejmi. Nie nadskakujący, ale uprzejmi. Gdy pytaliśmy o cokolwiek, to pomagali, ale nie spotkaliśmy się – w odróżnieniu od Londynu czy Chicago – żeby Australijczyk sam z siebie podszedł i zapytał czy może pomóc. Generalnie widać pewien podział – nazwijmy to „klasowy”. W sklepach pracują przede wszystkim Azjaci (ja nie odróżniam dobrze ras, więc się nie mądrze z jakich krajów). W restauracjach różnie. Na lotniskach, w miejscach publicznych przede wszystkim Anglosasi. Co się rzuca w oczy? Wszyscy bez przerwy korzystają z telefonów komórkowych; według moich obserwacji w środkach komunikacji, w przestrzeni publicznej, ok. 70% albo i więcej gapi się w telefon lub gada przez telefon nic sobie nie robiąc z obecności otoczenia. Nierzadko gadając przez zestaw głośnomówiący. Moja Małżonka zwróciła uwagę na fakt, że Australijczycy generalnie nie są wysocy, przynajmniej na razie ci w Sydney. Wiec i ja tutaj w Australii wyglądam na pewno trochę inaczej. Jestem kawał przystojnego mężczyzny.

Sydney będę wspominał z zadowoleniem, bo bez zbytniego pospiechu i wysiłku zobaczyliśmy chyba wszystko, co wymagało zwiedzenia (poza Sydney Tower Eye) i nasze wrażenia są super. A teraz przygód ciąg dalszy. Po starcie do Perth zrobiłem kilka zdjęć Sydney, bo wyglądało fajnie, potem już tylko koncentrowałem się jak tu przetrwać pozostałe 4 godziny lotu.

Lotnisko w Perth

Loty samolotem nie robią już na mnie wielkiego wrażenia, ale pilot podchodząc do lądowania w Perth przesadził. Zmniejszenie prędkości z jednoczesnym ostrym skrętem w lewo sprawiło wrażenie „przeciągnięcia” tak, że Boening 737 jakby zawisł, by za chwilę spaść. Uczucie…. jak na kolejce górskiej, gdy znajduje się na górze by za chwilę runąć w dół.

Na razie zdobyliśmy doświadczenia, że w Australii na lotnisku wszystko dzieje się błyskawicznie. Po 30 minutach od lądowania byliśmy na przystanku autobusowym. Teoretycznie wyglądająca na skomplikowaną podróż (2 przesiadki) do naszego apartamentu, przebiegła super sprawnie. Stało się to, przede wszystkim, dzięki kierowcy autobusu, który najpierw zapytał dokąd finalnie jedziemy, zadzwonił do centrali, sprzedał nam bilet na całą trasę i wytłumaczył jak, po wyjściu z jego autobusu, dalej jechać. Bez problemu dotarliśmy więc na oddalone o 28 km od lotniska miejsce naszego pobytu w Perth.

Apartament znowu był bez zastrzeżeń, mimo że nie udało mi się ustawić internetu i TV. Do morza (tak naprawdę jest to Ocean Indyjski) mieliśmy ze 300 – 400 metrów. Wszystko wyglądało bajkowo. Poszliśmy na spacer do sklepu (gospodyni chciała nas podwieźć) i na własne oczy mogliśmy zobaczyć taką nasza Rewę w wydaniu australijskim… Wszystko na mocną piątkę (choć lokalne centrum handlowe mogłoby być okazalsze). Dociera do mnie ze Australia jest chyba bogatym krajem… Zrobiliśmy zakupy, wróciliśmy do domu i dosłownie padłem. Znowu ścięło mnie ze zmęczenia z nóg….. usypiając nie miałem siły odebrać dzwoniącego telefonu.

Czas w Perth. Która godzina?

Czas w Perth różni się o 7 godzin od czasu w Polsce. Warto wiedzieć, że nie ma tu zmiany czasu z letniego na zimowy. W moim przypadku różnica czasu pomiędzy Sydney i Perth, która wynosi trzy godziny, w pierwszego dnia po przylocie do miasta była bezcenna. Tylko dzięki temu zregenerowałem się jako tako i około 10:30 mogliśmy wyjść z domu. WiFi nadal nie działało, internet „zdechł”, więc pojechaliśmy w ciemno (bez żadnych planów) do miasta.

Perth: Dzień pierwszy

Najpierw łaziliśmy po – wyludnionym – City, potem poszliśmy spacer w stronę rzeki. Przeraźliwy wiatr nie pozwolił nam w pełni rozkoszować się pięknymi widokami. Parki w Australii są piękne. W ogóle – bez nadmiernego koloryzowania – kraj ten z każdym dniem zyskiwał w naszych oczach. Widać wprawdzie nielicznych bezdomnych na ulicach ale raczej tu jest dość bogato. I wszędzie – jak już chyba pisałem – porządek. Z wieży The Bell Tower mogliśmy podziwiać panoramę Perth. Spacerkiem w stronę stacji, zahaczyliśmy o bar, gdzie zamiast kotleta z kurczaka moja Druga Połowa dostała hamburgera z kurczaka. Powoli wracaliśmy do miejsca naszego zamieszkania kupując po drodze bułki. Drogę ze sklepu do apartamentu pokonaliśmy promenadą nadmorską. Gospodyni próbowała pomóc ustawić mi internet i włączyła telewizor. Sympatyczna kobieta. Szkoda tylko, że nie rozumiem wszystkiego co do mnie mówi.

Próba włączenia internetu jednak się nie powiodła, więc ponowię ją kiedy indziej. Potrzeba snu nie dająca odciągnąć czasu pójścia do łóżka, stała się w Australii normalnym stanem naszych organizmów każdego wieczora. Znowu dzień spędziliśmy chyba dość intensywnie.

Perth: Dzień drugi

Rano pojechaliśmy do Fremantle. Jet to dzielnica (miasto) i port wchodzący w skład aglomeracji Perth. Fremantle położone jest przy ujściu Rzeki Łabędziej do Oceanu Indyjskiego. Uznawane jest jako centrum gastronomiczne w okolicy Perth i obfituje licznymi kawiarniami i restauracjami. To jest niby oddzielna dzielnica, ale tak naprawdę wygląda jakby była innym miastem niż Perth.

Port we Fremantle

Fremantle zostało założone w maju 1829 roku przez Charlesa FreMantle’a, początkowo jako Kolonia Rzeki Łabędziej. W 1886 otwarte zostało więzienie w Fremantle. Port we Fremantle został otwarty w 1897 r. Oddalone było od City Perth – bardziej niż myślałem – ale już pierwsze wrażenie było dobre. Pomijam fakt, że ze względu na portowy charakter miasta (największy australijski port nad Oceanem Indyjskim), mijaliśmy urządzenia portowe i rozładowywane statki. Te operacje jak startujące samoloty mogę zawsze obserwować godzinami. Zabudowa miejscami przypominająca (widziałem w TV) zabudowę Nowego Orleanu. Słowem miejsce to ma własny charakter i klimat. Łaziliśmy chyba do 14:00, po czym poszliśmy coś zjeść do – równie jak miasto – klimatycznej restauracji. Zabytków jak wszędzie w Australii mało, więc prawdziwą perłą był budynek z 1831 roku zwany okrągłym domem. Wróciliśmy do Perth tak, jak przyjechaliśmy czyli pociągiem, ale tym razem wysiedliśmy na wcześniejszej stacji od tej, na której niż wsiedliśmy jadąc do Fremantle. A to dlatego że chcieliśmy zobaczyć miejscowy ogród botaniczny King’s Park.

Po ponad kilometrowym męczącym spacerze od stacji pociągu, do parku – męczącym ze względu na pogodę w Perth, gdyż było ciepło – zostaliśmy totalnie zaskoczeni faktem, że zamiast pięknie przystrzyżonej trawy i wspaniałych drzew, gąszcz jak w buszu. I tak właśnie wyglądało pierwsze 1,5 km w ogrodzie. Gdy doszliśmy do cywilizowanego otoczenia byliśmy – delikatne mówiąc – zmęczeni. Mi się marzyła już tylko kanapa w domu, ale w moją Żonę wstąpiła nowa energia. Zapragnęła obejrzeć baobaba (dodatkowo co najmniej 2 km), który gdzieś tam rósł. Dotarliśmy bowiem po drodze do pomnika weteranów wojen gdzie poprzedniego dnia odbywały się uroczystości z okazji zakończenia Wielkiej Wojny czyli I wojny światowej. Przepięknie. Przepiękna okolica, wspaniały park no i ten baobab. Warto było!

Trudno mi było jednak wyobrazić sobie jak z parku – z góry (co najmniej duże wzniesienie) – dotrzemy pieszo na stację kolejową. Wydawało się komunikacyjnie – pieszo – mało możliwe. Pod autostradami, obok autostrad, przebiliśmy się do stacji metra, na którym zdobyłem nową sprawność w Perth – doładowanie karty Tranperth (to taka karta „Opal” w Perth). Byłem prawdziwym zuchem!

Perth: Dzień trzeci

Czy dziś jest wtorek? Znak zapytania po przebudzeniu nie był postawiony w mojej głowie bez przyczyny, gdyż zacząłem mieć problem z ustaleniem jaki mamy dzień tygodnia. Wstawanie rano zaczęło być zabawne, gdyż podobnie jak ofiara wypadku samochodowego próbowałem
zlokalizować źródła bólu i przypomnieć sobie co się poprzedniego dnia stało. Miałem ciało obolałe w sposób ogólny, który to stan trwa mniej więcej do 45 minut po przebudzeniu.. Zapomniałbym dodać, że obudziliśmy się już (sic!) o 8:20, co świadczy niewątpliwie o – trwającym dość intensywnie – wypoczynku. A mowa tu przecież o facecie (o mnie), który jeszcze niedawno brał środki na sen i o kobiecie (moja Żona), która nie mogła spać po nocach. Po śniadaniu ruszyliśmy do Armadale.

Na podstawie przeczytanych w internecie informacji, że jest to jedna z malowniczych miejscowości u podnóża wzgórz dokoła Perth, ze znajdującymi się nieopodal jeziorami, ogrodem botanicznym itp., postanowiliśmy zwiedzić okolice Armadale. Przejechaliśmy pociągiem przez półtorej godziny chyba z 50 km i… porażka. Brak jakiejkolwiek możliwości dojechania z Armadale dokądkolwiek. Mimo, że nieopodal parki Wungong Regional Park czy Banyowla Regional Park. Wypiliśmy kawę i zjedliśmy ciastko w miejscowym MacDonaldzie i postanowiliśmy wracać w kierunku naszego domu.

Postanowienie, a wykonanie dzieli wielka różnica, gdyż po drodze zauważyłem gdzieś w przewodniku, że na planowaną wycieczkę na Rottnest Island zamiast z Fremantle możemy popłynąć z – oddalonego od naszego apartamentu o 6 km – Hillarys Boat Harbour Beach (czy jakoś podobnie) – postanowiliśmy udać się właśnie tam. A sama wyprawa do Armadale też nie była do końca bez sensu, gdyż mieliśmy okazję zobaczyć biedniejsze rejony Perth. Jak to słusznie zauważyła moja Druga Połowa widać było skromniejsze ubrania, bardziej ogorzałe twarze….. ech życie.

Do Harbour Hillarys, czy jak to się nazywa, dotarliśmy dość szybko. Bardzo fajne miejsce. Kupiliśmy bilety na wycieczkę na Rottnest Island na następny dzień. Stwierdziliśmy, że wracamy do domu na piechotę. Dobrze, tym bardziej że akurat rozpoczęła się operacja naszej córci w Warszawie (podobno nic poważnego, ale…) więc lepiej iść i myśleć, niż siedzieć i myśleć. Jak doszliśmy do naszego sklepu (nieopodal domu) to nasza druga latorośl zameldowała, że wszystko w porządku. Bogu dzięki. Nie powiem, końcówka wycieczki dla naszych nóg nie była porywająca. Trzeba jednak płacić cenę za możliwość wypoczynku. W końcu po dojściu do apartamentu Małżonka zrobiła pyszny obiad z australijskich produktów (naprawdę nie najgorszy). Ja zaś potem zastanawiałem się, czy chciałbym się żywić w Australii. Oj – nadal chyba nie.

Zobacz też:

Ostatni dzień w Perth…

Znowu wyruszyliśmy w podróż. Ale wyjątkowo, przed wyruszeniem na lotnisko, po wstępnym spakowaniu poszliśmy na spacer nad morze. Po raz ostatni stwierdziliśmy, że naprawdę było tu ładnie. Mimo tego, że był środek tygodnia i mimo tego, że to dopiero australijska wiosna, na deptaku, w barach znajdowało się mnóstwo ludzi. Na ścieżkach, na rowerach, z psami, na plaży. Mnóstwo. Jakby nikt nic nie miał do roboty. Zrobiliśmy sobie krótki – niespełna 3 kilometrowy – spacerek, posiedzieliśmy w kawiarni nad morzem i wróciliśmy do naszego apartamentu.

Nasza gospodyni przyszła się pożegnać. Zawsze w takich sytuacjach zastanawiam się na ile ludzie są spontaniczni, a na ile mają wyuczone cechy u naszych rodaków z resztą rzadko znane. Pewnie nigdy się nie dowiem. To jest po prostu inny krąg kulturowy. Pożegnanie było naprawdę miłe. Ale w Perth poniosłem sromotna osobistą porażkę. Nie nauczyłem się obsługiwać u nas w apartamencie telewizora. W tym przypadku technika mnie pokonała. Za to zrobiłem pierwsze zdjęcie tablicy rejestracyjnej pojazdu w Australii. Tutaj – podobnie do Ameryki Północnej – każdy stan ma swoje „motto” które w Perth brzmi „Western Australia”.

Zabraliśmy nasz dobytek i ruszyliśmy. Podobnie jak do apartamentu po naszym przyjeździe, tak i teraz podróż na lotnisko odbyła się bez jakichkolwiek komplikacji. Kolejne nadanie bagażu z zapłaceniem za nadbagaż i mogliśmy spokojnie zjeść część kanapek przygotowanych na drogę. Do odlotu do Adelaide pozostało 45 minut, a ja mogłem spisywać naszą australijską historię dla wiedzy potomnych.

W samolocie nadszedł czas na kolejne podsumowanie. Skończył się drugi etap naszej wyprawy na Antypody. Najpierw sprostowanie poprzedniego podsumowania. Australijczycy nie są niscy (w Sydney chyba nie ma statystycznej próbki i Małżonka wprowadziła mnie w błąd). Bardzo żałuję, bo w Sydney musiałem być dla Żony przystojniejszy.

A na poważnie: dobrze że zabłądziliśmy do Armadale. Inaczej do chwili obecnej bylibyśmy przeświadczeni, że cała Australia jest krajem bogatych ludzi. A tak zobaczyliśmy pierwsze rysy w wizerunku kraju, który chcieliśmy sobie wyobrazić….. Należy więc dalej obserwować. Symptomatyczna była wypowiedź naszej gospodyni Keiry, że w centrum Perth ludzie są inni….. tacy brrr……. Skąd ja znam stawianie takich ocen ludziom? Jej oceny nie wytrzymują na razie – w naszej opinii – w konfrontacji z rzeczywistością.

Parę godzin temu, facet (pasażer) wyszedł z autobusu, żeby pomóc mi wnieść walizkę. Na trzy mijane grupki z psami, idąc od apartamentu na plażę, aż dwa razy usłyszeliśmy dzień dobry. Nawet jeśli to jest wyuczone, to było miłe. Naprawdę dziwny kraj…. Kraj ludzi, którzy zdają się ubierać chyba wedle zasady „założę to, na co mam ochotę”, ani nie będzie to ładne, ani wygodnie. I wcale nie budzi już mojego zdziwienia fecet w pociągu z rowerkiem, ubrany cały na błękitnie – niebiesko (łącznie z leginsami) z zaplecioną brodą do klatki piersiowej, z kolczykami w uszach, z niebieską czapeczką. Po chwili jadący na swoim niebieskim rowerku (tylna opona szeroka niczym nasza od terenowego Audi). Wyszedł po prostu z metra, wsiadł na rower i pomknął.

I mnóstwo uwagi poświęca się niepełnosprawnym. Kraj przyjazny dla „innych” co by to nie miało oznaczać. Czekamy co będzie dalej…

Dolecieliśmy z opóźnieniem. Ale za to dalsza cześć przebiegła ekspresowo. Od wyjścia z samolotu do wyjścia z lotniska nie upłynęło 20 minut. Hotel zamiast 800 m od lotniska był po prostu obok – można było wejść z holu lotniska. Po chwili więc byliśmy zameldowani w bardzo przyzwoitym pokoju…

Czytaj dalej: Adelaide w Australii

 

Co zobaczyć w Sydney? Ciekawostki i najważniejsze atrakcje

Które atrakcje Sydney warto zobaczyć? Jaka jest pogoda w Sydney i jak zaplanować zwiedzanie miasta? Zobaczcie, jak to wyglądało w naszym przypadku!

Pogoda w Syndey

Kiedy pojechać do Sydney? Cóż, w dużej mierze termin wyjazdu warto uzależnić od pogody. Najlepsze do zwiedzania miasta temperatury w Sydney występują wiosną (początek września – koniec listopada) oraz jesienią (początek marca – koniec maja). Wówczas słupki rtęci wskazują 20-25 stopni. Czasem pada, ale to i tak lepsze od letnich upałów. Od początku grudnia aż do końca lutego temperatury w Sydney wahają się między 25 a 35 stopni. Zazwyczaj jest sucho, choć zdarzają się naprawdę ulewne deszcze. Zima w Sydney jest raczej pogodna, choć zdarzają się nawet kilkudniowe opady deszczu. W ciągu dnia słupki rtęci wskazują około 20 stopni, ale ranem i wieczorem temperatura spada do 10 stopni. Jak na nasze polskie warunki to i tak wymarzona pogoda.

Zobacz też:

Sydney: lotnisko

Przestrzegany przez moją koleżankę, której córka mieszka w Sydney, żeby się pilnować  podczas odprawy i nie popełnić jakiejś gafy zdziwiłem się, że odprawa, kontrola, odbiór bagaży zajmą nam niespełna 40 minut. Zdezorientowany trochę tempem postawienia swoich stóp na australijskiej ziemi, najpierw udałem się do sklepu na lotnisku i kupiłem kartę
Opal. Ponieważ w Sydney w ogóle nie ma biletów na komunikację w formie papierowej, tylko mając tę kartę mogliśmy dalej poruszać się miejską komunikacją. Mając kartę Opal w garści poszliśmy na kawę. Czułem opadający stres no i rosnącą ciekawość jak to będzie.

Zgodnie z rozpiską z map Googla znalazłem przystanek autobusowy, który był pewnie nie więcej niż 50 m od wyjścia z lotniska i wsiedliśmy do autobusu linii 400, który miał nas zawieźć bezpośrednio do Bondi Junction, gdzie mieliśmy mieszkać. Podróż autobusem trwała ponad godzinę. Po raz pierwszy miałem styczność z komunikacją w Sydney więc – mimo, że czytałem o tym – brak oznaczeń w autobusie dotyczących trasy i przystanków był dla mnie niezbyt przyjemną odmianą w stosunku do tego co mamy w Polsce. Mimo to bez żadnych przeszkód dotarliśmy na miejsce i w apartamencie byliśmy przed 19:00.

Sydney: ciekawostki i fakty

Sydney (wym. [ˈsɪdni]) to największe miasto Australii i Oceanii z liczbą ludności wynoszącą ponad 5,1 mln mieszkańców, także stolica stanu Nowa Południowa Walia. Założone w 1788 roku, Sydney jest znaczącym centrum finansowym, handlowym, transportowym, kulturalnym i turystycznym, mając status metropolii o znaczeniu globalnym. Metropolia jest także dużym węzłem komunikacyjnym z największym międzynarodowym lotniskiem w Australii, który obsłużył prawie 42 milionów pasażerów w 2016 roku i rozbudowaną siecią drogową i kolejową.

Położone jest na wschodnim wybrzeżu nad Oceanem Spokojnym. Sydney od lat znajduje się w pierwszej dziesiątce wśród miast na świecie w zakresie jakości życia. To wizytówka Australii. Jest to największe i najstarsze miasto na kontynencie, przez wielu uważane za stolicę kraju (błędnie, gdyż stolica znajduje się w Canberze).

Miasto słynie z przepięknych i niezwykle licznych plaż (jest ich tu ponad 70), z których najbardziej znana jest  Bondi Beach, którą odwiedzają surferzy z całego świata. To właśnie ze względu na znakomite warunki do uprawiania tego sportu Sydney uważane jest za stolicę surfingu.

Opera w Sydney i Harbour Bridge

Najbardziej znanym budynkiem Sydney i chyba całej Australii jest gmach słynnej na całym
świecie Opery, na scenie której występowali tacy artyści jak: Celin Dion, Luciano Pavarotti,
Barbra Streisand czy Helena Vondrackova. Z kolei za symbol miasta uważany jest wznoszący się prawie nad budynkiem opery Harbour Bridge. Ma on rozpiętość 495,6 metrów i jest jednym z największych mostów łukowych na świecie. Podobno Australijczycy przezywają go „wieszak”, ze względu na jego formę. Warto też wspiąć się na szczyt łuku i stamtąd podziwiać panoramę miasta.

Co zobaczyć w Syndey?

Ciekawostki i atrakcje Sydney, które polecają wszystkie – pewnie – przewodniki to:

  • Port Jackson – największa na świecie naturalna zatoka i port – zajmujący powierzchnię aż 55 kilometrów kwadratowych;
  • Sydney Tower – najwyższy budynek Australii o wysokości 305 metrów (na jego szczycie znajduje się taras widokowy);
  • Plaże: Bondi Beach Manly, Coogee;
  • Symbole Sydney: Harbour Bridge, Opera.

Jeśli zaś Turysta jest spragniony sztuki, także to pragnienie Sydney zaspokoi. Do wyboru są najlepsze muzea i galerie sztuki spośród których najważniejsze to Art Gallery of New South Wales, Muzeum Australijskie, National Martime Museum. Do tego dla koneserów Obserwatorium Astronomiczne, Observatory Hill.

Przewodniki polecają spędzić trochę czasu w centrum rozrywkowym „Darling Harbour”, które znajduje się przy porcie. Znajdziemy tam wiele kawiarni, restauracji, pubów, Sega World Park, kino IMAX, chiński ogród, akwarium, małe zoo. To tam znajduje się Entertainment Center – największa w mieście arena koncertów muzyki pop i rocka. Szukający spokoju i relaksu docenią parki miejskie, takie jak The Domain czy Hyde Park z przepiękną Archibad Fountain.

Zwiedzanie Sydney: Pierwszy dzień

Mieliśmy mnóstwo opcji do wyboru jeśli chodzi o wybór formy i miejsca spędzania czasu. Dla nas wszystko nowe, czasami zupełnie inne. Bilety, pociągi, przyzwyczajenia. Bez żadnego trudu dotarliśmy metrem (okazało się, że stacja jest w podziemiach apartamentowca, w którym mieszkaliśmy) do stacji Town Hall. Dalej spacer pieszo; przez Hyde Park, St Mary’s Cathedral (przepiękna, z robiącym na nas wspaniałym wrażeniu współczesnym obrazem Matki Bożej z Jezusem). Potem ogród botaniczny i zza zakrętu wyłania się Opera.

Ogród botaniczny do tej pory w takiej formie i z takim rozmachem przez nas nie widziany. I jak w Kairze w przypadku Piramid, odrobinę zdziwieni, że oprócz Opery – znanej ze zdjęć nam wszystkim – coś jeszcze w Sydney istnieje. Opera, na wszystkich zdjęciach eksponowana jest jakby obok nic nie było (czasami jej tłem jest jeszcze most „wieszak” czyli Harbour Bridge. Mnóstwo ludzi spacerujących wokół Opery nie mówiąc o tych w środku. Zwiedzanie Opery zostawiamy na inny dzień. Przechodzimy obok pirsów promowych (w Sydney to są wharf’y) przechodzimy do The Rocks, czyli tutejszej starówki.

W przystani cumuje Majestic Princess – największy wycieczkowiec jaki widziałem na oczy. W The Rock moja Małżonka zjadła swoje ulubione danie, czyli sałatkę cezara, a ja nie wiadomo co (nie pierwszy i nie ostatni raz w Australii). I dalej spacer trwający pewnie z półtorej godziny, mijając obserwatorium astronomiczne i City. Nogi jak zawsze weszły nam w tylną cześć ciała, ale mobilizowała nas dodatkowo konieczność ustalenia – na Railway
Central, jak dojechać w Góry Błękitne. Okazało się, że znów niezastąpiona będzie się karta Opal, która eliminuje konieczność wcześniejszego zakupu biletów na wycieczkę.

Wykończeni, nie bez trudu znajdując właściwy peron metra, wróciliśmy do Bondi Junction. Po drodze zrobiliśmy zakupy, bo trzeba przecież coś jeść. Najpierw weszliśmy do jakiegoś wypasionego (a’la Piotr i Paweł) marketu, by zaraz z niego wyjść (ograniczony wybór i
nieograniczone ceny). Po drodze do australijskiego „Lidla” przedyskutowaliśmy ewentualną konieczność zakupu plecaka (temat chyba wypłynął ze względu na nasze zmęczenie). W Lidlu pieczywo, wędlina i coś do picia. Po powrocie do apartamentu, wypicie jednego drinka podziałało na mnie w sposób nieadekwatny. Próbowałem najpierw słuchać ze zrozumieniem jakiejś – odtworzonej na You Tubie – audycji Hołowni i Cejrowskiego. Ponieważ w naszym
apartamentowcu był basen i spa walcząc ze znużeniem ruszyłem na poszukiwania basenu. Z trudem go odnalazłem ale gdy pomyślałem, że mógłbym popływać, wydało mi się to tak samo realne jak lot na Księżyc.

Zwiedzanie Sydney: Drugi dzień

Chcieliśmy jak najwcześniej ruszyć oglądać Sydney. Obudziłem się już o 7:30 ale wstałem
– co tam – godzinę później. Przyznam że nie miałem koncepcji, co mamy dokładnie robić ale skierowaliśmy się – jadąc metrem – w stronę opery.

Decyzja o budowie reprezentacyjnego gmachu Opery w Sydney zapadła pod koniec lat 40. XX wieku. Na miejsce inwestycji wybrano półwysep Bennelong Point, na którym istniała nieczynna zajezdnia tramwajowa. W celu sfinansowaniu budowy zorganizowano loterię. Konkurs architektoniczny na projekt Opery wygrał w 1957 roku duński architekt Jørn Utzon. Budowę rozpoczęto w 1959 roku. Koszty budowy przekroczyły wielokrotnie pierwotny kosztorys (występowały liczne trudności spowodowane nietypową formą łupin sklepienia.), a oddanie budynku do użytku przesunięto z 1965 na 1973 rok. Wynikające z tego spory spowodowały, że autor projektu opuścił w 1966 roku Australię. Mimo tego, grupa młodych architektów australijskich doprowadziła projekt do końca. Otwarcie Opery miało miejsce 20 października 1973 i było uświetnione obecnością królowej Elżbiety II.

Opera w Sydney

Niestety dzień był deszczowy, lało, więc po wyjściu ze stacji najpierw poszliśmy na sok i kawę. Z restauracji wziąłem fajne – w formie gazety – menu. Bilety do Opery kupiliśmy na godzinę 14:30, a była dopiero 12:00. Nadal lało, więc nieśmiało skierowaliśmy się w stronę Harbour Bridge. Po założeniu kurtki (wyglądałem jak pracownik miejskich służb – na żółto) po paru chwilach nie wiedziałem czy byłem zmoczony czy też tylko spocony. Minęliśmy Bridge Climbing i wiedziałem, że wystarczającym dla mnie jest tylko przejście po moście bez wdrapywania się na jego szczyt. Nie potrzebowałem mieć dodatkowych wrażeń – podobnych do tych widzianych przy kasach na zdjęciach – chociażby jak Roberta de Niro.

Sydney Harbour Bridge, to nazwa – co rok oglądanego w ostatni dzień roku w telewizji – mostu w Sydney, nad zatoką Port Jackson. Od niepamiętnych lat to on kojarzy się mi (jako miejsce na ziemi, gdzie jako pierwsze pojawiają się noworoczne sztuczne ognie) z Nowym Rokiem. Ukończony w 1932 most ma 1149 m długości (najwyższy punkt znajduje się 134 metry nad poziomem zatoki, szerokość mostu to 49 m, główne przęsło osiąga 503 m rozpiętości, a pylony mają po 89 m wysokości każdy) i ma charakter drogowo-kolejowy. Konstrukcja łukowa, waży łącznie 52,9 tysięcy ton (na każde z przęseł zużyto 6 milionów nitów), a betonowe filary wykończone są granitem. Mieści osiem pasów ruchu, dwa tory oraz chodnik i ścieżkę rowerową. Atrakcją jest możliwość wspinaczki po łuku głównym przęsła, po specjalnie przygotowanych do tego celu schodach.

Sydney Harbour Bridge

W strugach deszczu doszliśmy więc do pylonu. Na górę pylonu wszedłem sam. Fajny widok z pylony, fajne – oglądane – zdjęcia z budowy mostu. Rozpoczęliśmy powrotny spacer do Opery. Doszedłem przemoczony. Zwiedzanie Opery było fajnie ale przewodnik merytorycznie był do kitu. Po zwiedzeniu Opery w Sydney skierowaliśmy się z powrotem do Bondi Junction. Chciałem pójść przez ogród botaniczny i dobrze, że wybraliśmy tę drogę. Kolory, zapachy, możliwość zrobienia super zdjęć, po prostu fajnie. I jeszcze Art Gallery of New South Wales – zupełnie za „free” – dająca możliwość obejrzenia całkiem fajnych obrazów. W galerii można było podziwiać kilka obrazów impresjonistów, dwa obrazy Picasca i szereg innych – również bardzo ciekawych. Zdecydowanie było warto.

Nóg nie czułem więc po powrocie do domu (hi, apartament w Bondi uważam już za dom?) myślałem że się nie ruszę. Źle myślałem. Wyszliśmy jeszcze poszukać obiadu (czegoś do zjedzenia) ale zamiast coś zjeść w restauracji, kupiliśmy gotowy ryż z kurczakiem i zjedliśmy podgrzewając go w apartamencie na mikrofali. Takie jedzenie (z mikrofali) to nie moja bajka. Zaraz potem zaczęły mi się zamykać oczy. A miałem jeszcze poczytać o Tasmanii…

Zwiedzanie Sydney: Trzeci dzień

Być w Sydney i nie zobaczyć najsłynniejszych na świecie plaż? W każdym przewodniku można wyczytać, że przybywając do Sydney w celach turystycznych, trzeba poświęcić chwilę na spacer po jednej z przecudnych plaż. Są ku temu wspaniałe warunki, ponieważ miasto leży nad samym Pacyfikiem, a wypoczynek, relaks wielu ludziom kojarzy się właśnie ze słońcem, wodą i piaskiem, czyli plażą. Nie ma w tym więc nic dziwnego, że są to miejsca gęsto jest dużo ludzi, tętniące życiem. Plaże, które warto zobaczyć w Sydney to m.in.: plaża Bondi Beach, Manly, Coogee Beach.

Bondi Beach uchodzi za najpopularniejszą plażę Sydney. To bardzo modne i nowoczesne miejsce przyciągające tłumy z całego świata. Liczne bary i knajpy zwykle pękają w szwach, a najsłynniejszym przedmiotem, bez którego wielu nie może się obejść jest deska surfingowa. W ciągu roku odbywają się tu liczne koncerty i festiwale. Kolejną atrakcją jest plaża Manly – nie robi aż takiej furory jak ta pierwsza (pewnie ze względu na pewne oddalenie od City), jednak ma swoich wielbicieli – podobno – zarówno wśród stałych mieszkańców jak turystów. Jest to miejsce gdzie dominuje aktywność sportowa (dużo osób grywa w siatkówkę). Coogee Beach za to, poza oczywiście urokami samej plaży, jest wspaniałym punktem startowym (może też i końcowym) do spaceru do (lub „z”) Bondi.

Plaża Bondi w Sydney

Są oczywiście w Sydney inne znane plaże: Palm Beach, Wattomolla Beach, czy Coledale Beach. Ale ponieważ przyjechaliśmy tu na tydzień, a nie na rok, to musieliśmy wybrać. Postanowiliśmy zobaczyć najpierw Coogee i Bondi. Najpierw – z pobliskiego przystanku – uciekł nam autobus do Coogee. Pogoda w Sydney była zwariowana, ale powoli się do tego przyzwyczajaliśmy. Słonecznie ale wiało. Ludzie poubierani dziwacznie. Podkoszulki i krótkie spodenki w przewadze. Mi się robiło zimno na ten widok. Założyliśmy długie spodnie. Żona w kurtce, a ja w kurtce typu „Madera” (nazwa od miejsca naszej podróży, dla którego ją kupiliśmy), którą ciągle zdejmowałem (było za ciepło) i zakładałem (było za zimno).

Plaża Coogee – cudo! Ocean, a ściślej mówiąc Morze Tasmana, i Coogee Bay wraz z plaży Coogee leżą we wschodniej części dzielnicy Coogee. Plaża podobno jest popularna wśród rodzin i słynie z warunków do bezpiecznego pływania. Nareszcie zobaczyliśmy ocean. Wszyscy chętnie opalali twarze. Nie brakowało tych, którzy zdecydowali się na kąpiel. O windsurfingu nie wspomnę. Pocztówkowo. Z Coogee do Bondi jest ścieżka trekkingowa. Plażowy spacer (około 6 km) wybrzeżem przez przedmieścia Sydney: Coogee, Clovelly, Bronte i Bondi wzdłuż plaż, klifów, fal oceanu i spokojnej tafli nadbrzeżnych basenówz jednej strony. Po drodze kawiarnie, bary, puby, restauracje. Przy drodze palmy. Minęliśmy malownicze zatoki: Coogee, Gordons, Covelly, Nelson i Bondi, Rezerwat Dunningham, Park Tamarama i Hunter, a także pięknie położony cmentarz Waverley z widokiem na Pacyfik. Cudnie. Szliśmy powoli, co chwile zaskakiwani pięknymi widokami. Strach było pomyśleć, co się tu dzieje w weekendy, gdy jest wolne i wszyscy mają czas. Przecież podczas naszego spaceru, mimo powszedniego dnia, na niektórych odcinkach trasy mijaliśmy mnóstwo ludzi. Doszliśmy do Bondi i postanowiliśmy wracać do apartamentu, bo wieczorem zaplanowaliśmy pojechać do Sydney, by zobaczyć City „by night”.

Dokonaliśmy złego wyboru formy powrotu do domu. Powinniśmy wracać z Bondi autobusem ale mnie podkusiło pójść na spacer. Słońce (podczas spaceru już nie wiało tylko grzało) wyczerpało nas na tyle, że na koniec o mało nie doszło do rodzinnych waśni. Obiad w centrum handlowym na szczęście uspokoił nieco nastroje.

Sydeny Nocą

Sydney City i okolice Opery nocą prezentują się pięknie. Ruch, gwar, mnóstwo ludzi spacerujących dokoła we wszystkich kierunkach i turyści biesiadujący w barach. Znowu jak na pocztówkach. Warto było pojechać. Wróciliśmy zmęczeni ok. 21:00 i od razu zaczęliśmy szykować się do spania. Wieczorne wycieńczenie zaczęło być standardem.

Zwiedzanie Sydney: Czwarty dzień

Dziś wycieczka na plażę Manly. Po kilku dniach w Sydney nic nie wydaje się dla nas trudne. Metrem do Town Hall, przesiadka do Circular Quay i wyszliśmy na Wharf nr 3 (to numer przystani) skąd właśnie odpłynął prom. Ale następny miał być już za 30 minut. Pogoda w Sydney tego dnia była piękna: słoneczne, ale wietrznie. Idealnie na półgodzinny rejs
statkiem. Mnóstwo ludzi. Zastanawiałem się, czy wszyscy to turyści – sądząc po bagażach chyba większość. Widoki piękne, a ja byłem zachwycony, że cała podróż odbywa się w zasadzie po wodach zatoki. No i wrażenie robiła na mnie duża prędkość, z jaką pływają statki. Nie przypomina ona prędkości naszych statków wycieczkowych (w Sydney pływają ze trzy razy szybciej). Fajnie jest patrząc, gdy wody zatoki przecinają w różnych kierunkach wszelkiego rodzaju łajby, od całkiem małych po olbrzymie „hotele”.

Nie wiem dlaczego, ale cały czas myślałem że dopłyniemy do Manly od strony morza, a dopłynęliśmy od strony zatoki. Już na pierwszy rzut oka było widać, że od przystani w zatoce do morza biegnie szeroka, dość zatłoczona promenada. Ładna. Trochę jak nasz „Monciak”. Promenada kończy się pięknym widokiem na ocean, z plażą rozległą gdzieś na kilometr. Po prawej w oddali, widoczna druga, malutka plaża u podnóża wznoszącego się stromo klifu. Nim zaczęliśmy nasz spacer poszliśmy na lunch.

Zamówiliśmy jakąś sałatkę na ciepło oraz „fish and chips” (żeby mi moja młodsza córcia nie wypominała, że nie jestem otwarty na miejscową kuchnię). Na temat sałatki nie będę się wypowiadał (bo nie jadłem), natomiast „fish and chips” w pełni odpowiadał moim wyobrażeniem. Bez smaku – podobnie jak w  Kanadzie. Sos majonezowy do którego podszedłem z rezerwą, uratował możliwość postrzegania tego jako potrawę. W nagrodę miałem możliwość podziwiania plaży.

Spacer był super. Idąc w stronę klifu, patrzyliśmy na kąpiące się dzieciaki. Dla mnie, ubranego w dres, budziły zdumienie wskazujące obok do wód oceanu – w ubraniach gimnastycznych – siedmio-dziesięcio latki. Potem wybiegały z wody i harcowały po plaży. Od razu nasunęło mi się pytanie „jak zareagowaliby rodzice w Polsce na wieść o tym, że ich dzieci na najbliższej lekcji WF będą poddawani takim torturom”.

Wejście na klif, mimo zmęczenia, wynagrodziło nam fakt, iż nasze nogi były już opuchnięte. Piękne miejsca widokowe ukazujące cały majestat natury. Napis na tablicy w brązie, zamocowanej na klifie, oddający myśl, że wielkie problemy człowieka są niczym w porównaniu z wolą Boga. Zapomniałbym o jaszczurce. Zrobiłem super zdjęcie, które będę sprzedawał jako zdjęcie krokodyla.

Powolny powrót do przystani i powrót do City. Tym razem Sydney cały czas przed naszymi oczami, więc mogłem się napawać widokiem miasta przez całą drogę powrotną. Ostatni (w drodze powrotnej) spacer po przepięknym ogrodzie botanicznym. Był on dla mnie chyba atrakcją numer jeden w Sydney.

Góry Niebieskie w okolicy Sydney: Piąty Dzień

Wstałem o 5:30 i zrobiłem śniadanie. Małżonka wstała o 6:00. Ledwo się wyrobiliśmy na pociąg o 6:59 do Railway Central. Ale tam „wtopa”. Pogubiłem się na dworcu i uciekł nam pociąg o 7:23. Kupiliśmy kawę, poczekaliśmy na pociąg o 8:18.

Do Katoomby jechaliśmy 2 godziny. To był nasz punkt startowy. Sennie. Wiedziałem, że w Katoombie mam kupić bilet do autobusu Hop on – Hop off. Kupiłem za 149 AUD razem z wejściem do Scienic Park, ze zniżką otrzymaną z Bookinga wraz z rezerwacją apartamentu w Sydney. Naszą podróż zaczęliśmy więc od przystanku w Scienic Park.

Góry Błękitne (ang. Blue Mountains) to pasmo górskie w Nowej Południowej Walii (Australia), około 100 km na zachód od Sydney. Najwyższy szczyt gór, One Tree Hill ma wysokość 1111 m n.p.m.. Góry stanowią część Wielkich Gór Wododziałowych. Mają powierzchnię 1 436 km². Park Narodowy Gór Błękitnych znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Góry zawdzięczają swoją nazwę porastającym ich stoki eukaliptusom. Ulatniające się olejki eteryczne które zawarte są w liściach tych drzew powodują, że kiedy góry oglądane są z odległości co najmniej kilkuset metrów, to wyglądają jakby były przykryte lekką, niebieskawą mgłą, poświatą. Ten efekt występuje w wielu rejonach górskich Australii porośniętych eukaliptusami. W okresie australijskiej zimy – najczęściej w lipcu – podobno zdarzają się tu niewielkie opady śniegu, co jest okazją w hotelach i pensjonatach do ubierania choinek i serwowania świątecznych kolacji. Te dni są popularnymi dla odwiedzin gór przez
mieszkańców niedalekiego Sydney.

Blue Mountains Australia

Wielką frajdą dla nas była przejażdżka kolejką szynową w dół z ponad 50% nachyleniem. Ale jazda! Potem spacer po walk way – było super. Trwał chyba z godzinę. Mogliśmy podziwiać Three Sisters – charakterystyczne dla tych Gór Błękitnych skały. Stanowią lokalną atrakcję turystyczną. Three Sisters („Trzy Siostry”) to formacja skalna położona u wlotu do doliny Jamison Valley, składająca się z trzech skał o nazwach: Meehni (922 m n.p.m.), Wimlah (918 m n.p.m.) oraz Gunnedoo (906 m n.p.m.). Bardzo mi się tam podobało! Animacje z dinozaurami (za pewną ilość AUD zrobiliśmy sobie fotomontaż z dinozaurem) również. Kupiliśmy (w naszym przypadku to raczej rzadkość) 4 sztuki zdjęć wykonanych nam gdy byliśmy w parku. I poszliśmy dalej do kolejki linowej. Robiliśmy wszędzie zdjęcia. W sklepie z pamiątkami kupiliśmy małe koale z magnesikami. Przejażdżka kolejką linową (podobno jedzie najwyżej powyżej poziomu gruntu na świecie) i kolejny 45 minutowy spacer zakończony na przystanku autobusowym oznaczonym nr 14.

Przejechaliśmy kolejne dwa przystanki autobusem i znowu ruszyliśmy na spacer. Dla mnie to była najlepsza część tego dnia. Mało ludzi. Po spacerze wsiedliśmy znowu do autobusu (tym razem do Leury nieopodal Katoomby).

Leura to bardzo fajne – robiące dobre wrażenie – miasteczko. Za 60 AUD zjedliśmy obiad. Suty posiłek plus dwa świeże wyciskane soki z pomarańczy. I znów autobus do Katoomby i pociąg do Sydney. W pociągu dosłownie padłem. Spałem w nim prawie 2 godziny. Jak się obudziłem po wyjściu z pociągu, natychmiast wypiłem butelkę kranówy z dworcowego kranu
(swoją drogą to fajny zwyczaj umieszczać na dworcach ogólnodostępne ujęcia pitnej wody).

Było po 20:00 gdy dotarliśmy do naszego apartamentu. Wykończeni… Ledwo żyłem. męczenie zaczęło być normalnym stanem naszych organizmów.

Zaczęliśmy przygotowania do wyjazdu do Perth planowanego na następny dzień…

Czytaj dalej: Australia. Perth

Wielki Mur Chiński. Mutianyu w dystrykcie Huairou

Z centrum Pekinu do Wielkiego Muru Chińskiego jest zaledwie 70 km! Żal byłoby nie wykorzystać przesiadki w Chinach jako okazji do zobaczenia jednego z 7 cudów świata! Mutianyu to jedno z niewielu miejsc udostępnionych turystom. Jak tam dojechać?

Lotnisko w Pekinie a Wielki Mur

Pekin (chiń. 北京, pinyin: Běijīng; [peɪ˨˩ ͡tɕiŋ˥] i) to stolica Chińskiej Republiki Ludowej oraz jedno z czterech miast wydzielonych, podlegające bezpośrednio władzom kraju. Od północy, zachodu i południa graniczy z prowincją Hebei, a od wschodu z miastem wydzielonym Tiencin. Pekin jest drugim, po Szanghaju, miastem Chińskiej Republiki Ludowej pod względem liczby ludności. Miasto wydzielone o powierzchni 16 411 km² liczyło w 2015 roku ok. 21,7 mln mieszkańców. Stąd (z lotniska) jest jedynie 60 kilometrów samochodem do Chińskiego Muru, zwanego w Chinach Wielkim Murem.

Wielki Mur Chiński

Wielki Mur Chiński (chiń. upr. 万里长城; chiń. trad. 萬里長城; pinyin: Wànlǐ Chángchéng) – to zbiorcza nazwa systemów obronnych składających się z zapór naturalnych, sieci fortów i wież obserwacyjnych oraz (w najbardziej strategicznych miejscach) murów obronnych z ubitej ziemi, murowanych lub kamiennych, osłaniających północne Chiny przed najazdami ludów z Wielkiego Stepu. Tradycyjnie przyjmuje się, że Wielki Mur rozciągał się od Shanhaiguan (nad zatoką Liaodong) do Jiayuguan w górach Nan Shan na długości ok. 2400 km. Nazywany jest też „Murem 10 000 Li” (10 000 nie powinno być tutaj traktowane dosłownie i oznacza raczej „nieskończoną długość” muru). W 1987 roku został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a 7 lipca 2007 ogłoszono go jednym z siedmiu nowych cudów świata.

Dostępne informacje, według których łączna długość budowli ma wynosić 8851,8 km i składać się odpowiednio z 6259,6 km – murów wzniesionych ludzką ręką, 2232,5 km – barier naturalnych, takie jak rzeki i wzgórza i 359,7 km rowu, pochodzą najprawdopodobniej z doniesienia China Daily. Należy je uznać za wyniki pomiaru całego systemu fortyfikacji, a nie za pomiar długości „muru”, gdyż ten, w postaci jednolitej konstrukcji nigdy nie istniał. Umocnienia w różnych epokach wznoszono w różnych miejscach, w zależności od bieżącej sytuacji politycznej; warunki naturalne powodowały, że część z nich budowano w tych samych, kluczowych punktach (np. na przełęczach górskich).

Lotnisko w Pekinie

W pierwszej części naszej podróży do Sydney, podczas „przesiadki” w Pekinie, to właśnie Wielki Mur był naszym celem podróży. Nie powiem, miałem odrobinę stresu, jak to nam będzie w Chinach. Wyrobienie wizy na lotnisku i kontrola paszportowa w zasadzie bez problemów. Pierwszą czynnością po przylocie było zeskanowanie odcisków palców (w automacie, który pierwszy raz w życiu widziałem na oczy). Następnie przeszliśmy do kolejki ludzi, prowadzącej do
stanowiska gdzie można było otrzymać 24 godzinną wizę. Stojąc w kolejce, wypełniliśmy „niebieskie karteczki” i „po chwili” (w sumie to trwało pewnie ponad godzinę) otrzymaliśmy wizy. Odprawa paszportowa i znacznie większe kolejki. W sumie po dwóch godzinach na lotnisku jesteśmy w Chinach. W Chinach! Czy to nie brzmi abstrakcyjnie? Chińskie lotnisko, chińska kawa. Mojego samopoczucia nie burzy nawet fakt, że z jakiegoś powodu bankomat nie chce wymienić kasy, a karta Revolut nie obsługuje juanów. Ale od czego są zapasowe USD wzięte na czarną godzinę?

Wielki Mur Chiński: Jak dojechać?

Chwilę pokręciliśmy się po budynku lotniska, oddaliśmy bagaż do przechowalni. Zgodnie z tym, co przeczytałem wcześniej w Polsce w internecie, koło nas pojawił się Gość, który za 900 juanów zaoferował zawiezienie nas na Wielki Mur. Potargowałem i stanęło na 700 juanach. Po drodze kwota – nie wiadomo czemu – urosła do 750 by po końcowym rozliczeniu okazało się, że zapłaciłem 790.

Przez całą drogę pocieszałem się w myślach, że w Chinach jest najmniejsza na świecie przestępczość i nasz przewodnik nas nie zamorduje. Pojechaliśmy w jedno z pięciu miejsc w pobliżu Pekinu komercyjnie udostępnionego turystom. Było to Mutianyu.

Mutianyu to część Wielkiego Muru, którą zaczęto budować w VI wieku n.e., a ostateczny kształt nadano jej w 1569 roku. Ta część muru jest zlokalizowana ok. 70 km od centrum Pekinu, co czyni ją doskonałym miejscem do odwiedzenia podczas przesiadki na lotnisku w Pekinie. Podróż z lotniska trwa zaledwie około 2 godzin. Wysokość muru w tym miejscu waha się pomiędzy 7 a 8,5 metra, zaś szerokość na górze wynosi 4-5 metrów. Chcąc dostać się na górę mamy kilka możliwości. Pierwszą z nich jest pokonanie ponad 4 tys. schodków. Odwiedzający mogą też skorzystać z mniej męczącej drogi, jaką jest wyciąg krzesełkowi i drugi – z gondolami. Chcąc zejść z Wielkiego Muru można skorzystać ze specjalnego toru saneczkowego.

Mimo przewagi elementów wyłącznie komercyjnych, można było sobie wyrobić wyobrażenie o rozmachu i niesamowitości budowli. No i ze zdziwieniem spostrzegliśmy, że większość turystów to Chińczycy, a nie obcokrajowcy. Za krótko byliśmy i za mało widzieliśmy abym mógł formułować jakieś opinie o Chinach. Na pewno widoczny gołym okiem smog w Pekinie

Australia: Jak przygotować się do wyjazdu? (wiza, klimat, bagaż)

Jak przygotować się do wyjazdu do Australii? Komu jest potrzebna wiza do Australii i kiedy zacząć ją załatwiać? Sprawdź, co warto wiedzieć, zanim wejdziesz na pokład samolotu!

Jak przygotować się do wyjazdu do Australii?

Zazwyczaj wyjazd w te rejony planujemy na dłużej niż dwa tygodnie i chcemy zobaczyć w tym czasie jak najwięcej. Nasze przygotowania do 45-dniowego wyjazdu trwały naprawdę długo. Dziś wiemy, że kilka rzeczy należało zrobić inaczej. Jak przygotować się do zwiedzania Australii? Swoje działania warto podzielić na kilka etapów nie zapominając, że każdy rejon kontynentu różni się od siebie nie tylko klimatem.

Australia: klimat

Duża rozciągłość południkowa Australii sprawia, że kraj ten leży w trzech strefach klimatycznych. Na północy występuje klimat podrównikowy, gdzie jedynie północny kraniec półwyspu Jork zalicza się do strefy klimatu równikowego, gdzie pora sucha jest słabo zaznaczona. Na przeważającej części lądu panuje klimat zwrotnikowy, a na południu rozciąga się strefa klimatu podzwrotnikowego. Nad południowym wybrzeżem Tasmanii panuje ciepły klimat umiarkowany.

Duży obszar lądowy i obecność oceanów sprawia, że w Australii występuje kilka stref
klimatycznych.

  • Większość powierzchni kraju odznacza się suchą i miejscami w głębi lądu, w
    strefie pustyń – skrajnie suchą strefą.
  • Wnętrze kraju cechuje dodatkowo klimat kontynentalny.
  • Po wschodniej stronie łańcucha Wielkich Gór Wododziałowych występuje klimat morski.
  • Północno-wschodnie obszary kraju – przede wszystkim Półwysep Jork, to wilgotna odmiana klimatu podrównikowego, gdzie występują: pora sucha i deszczowa.
  • Zjawisko pory deszczowej i suchej jest obecne nad całą północną Australią, tam gdzie panuje klimat podrównikowy i relatywnie wysokie temperatury.
  • Południowo-zachodnia i południowo-wschodnia część Australii odznacza się śródziemnomorską odmianą klimatu.
  • Wyjątek stanowi region nad Wielką Zatoką Australijską, gdzie klimat jest morski.
Klimat w Australii
Wikipedia.pl

Pory roku są w Australii odwrócone w stosunku do tych, które znamy z Europy. To wiedzą
wszyscy. Pierwsi Europejczycy, którzy zasiedlili Australię, próbowali dostosować zastaną
sytuację do swoich brytyjskich przyzwyczajeń i podzielili rok na tradycyjne cztery pory,
upraszczając dodatkowo daty rozpoczęcia pór roku. Tak więc oficjalnie w całej Australii
obowiązuje następujący, bardzo prosty podział:

  • wiosna: wrzesień, październik, listopad
  • lato: grudzień, styczeń, luty
  • jesień: marzec, kwiecień, maj
  • zima: czerwiec, lipiec, sierpień.

Realnie na to patrząc pasuje to do całości kontynentu jak pięść do nosa. Z grubsza sprawdza się to w południowo-wschodniej Australii, przy czym często uznaje się, że jedynym miastem, w którym naprawdę obowiązują tak wyszczególnione pory roku jest Canberra (notabene stolica), gdzie latem jest gorąco, a zimą potrafi spaść śnieg. Już np. w takim Melbourne sprawa nie jest oczywista.

Tutejsza zima przypomina raczej względnie ciepły polski październik i jest sezonem kwitnienia i  wzrostu dla wielu rodzimych gatunków roślin. W innych miastach jest jeszcze inaczej, a w północnej części kontynentu nie ma praktycznie mowy o podziale na 4 pory roku.

Wniosek jest prosty: w Australii nie ma jednolitego klimatu, kraj podzielony jest na różne strefy, a każda ze stolic stanowych ma do zaoferowania inny zestaw pogodowy. Wybierając się więc na wakacje, albo nawet w krótką podróż warto przyjrzeć się temu, co może nas spotkać w różnych częściach kraju.

Planowanie podróży zacząłem więc od wyboru pory roku na naszą wyprawę. Zrobiłem to już
podczas planowania podróży rok temu, gdy po raz pierwszy przymierzaliśmy się do wyprawy.
Wypadło na listopad i grudzień jako najbardziej sprzyjające – wiosenne tam dokąd mieliśmy się udać – miesiące do zwiedzania Australii.

Na ile warto jechać do Australii?

Należało określić długość wyjazdu. Żeby to zrobić trzeba było z grubsza określić dokąd
chcemy dotrzeć. Sydney, Melbourne to oczywiste. Brisbane pewnie też, bo na tym etapie
planowania mój brak wiedzy sprawiał, że myślałem iż tam zaczyna się rafa koralowa. Perth
oczywiście w planach wyjazdu, bo blisko Uluru (formacja skalna w centralnej części Australii, na Terytorium Północnym. Znajduje się w parku narodowym Uluru-Kata Tjuta). A resztę się zobaczy.

Och, jaki ja bylem zabawny z tym planowaniem podróży palcem po mapie Australii, gdzie te
wszystkie miejsca, które zamierzaliśmy zwiedzić, leżały tak blisko siebie. Dopiero później
poznałem prawdę (prawdziwe odległości). Ale w momencie tworzenia planu podróży posiadana wtedy przeze mnie wiedza wystarczyła, żeby zaplanować ponad sześciotygodniowy wyjazd. Żeby było śmieszniej, elementem decydującym o przedłużeniu wyprawy do tych 6 tygodni było to (sic!), że będąc w Australii planowaliśmy wyprawę również do Nowej Zelandii.

Bilety lotnicze do Australii

III etap przygotowań to kupno biletów lotniczych. Musiałem zdecydować kiedy i przez jakie kraje lecimy. Ponieważ biletów zacząłem szukać według kryterium najniższej ceny, wyszło na to, że najlepiej lecieć przez Pekin i do tego z blisko 24 godzinnym – w obydwie strony lotu – oczekiwaniem na przesiadkę. Człowiek jest w stanie zawsze uzasadnić celowość podjętych decyzji, więc nie przeszkadzało mi, że nie polecimy przez Dubaj (a przecież wcześniej koniecznie po drodze chcieliśmy go zwiedzić), nie przeszkadzało mi też 24 godziny przerwy w Pekinie (a przecież w ogóle na początku nie dopuszczałem, że można samemu pętać się po Pekinie). Wow! Przekonany byłem, że dokonałem dobrego wyboru. I tak już 24 stycznia 2018 roku mieliśmy kupione bilety lotnicze na 2 listopada do Sydney z przesiadką w Pekinie.

Wiza do Australii

Etap IV, który powinien być pierwszym – wizy do Australii. Ponieważ w zeszłym roku dostaliśmy wizy bez problemu, to założyłem, że w tym roku również je dostaniemy. Moment złożenia aplikacji był opóźniony z tego względu, że chciałem złożyć ją z kimś bieglejszym w języku angielskim niż ja. Nie było mi z naszymi zięciami (znającymi angielski o niebo lepiej niż ja) po drodze. Albo nie mieliśmy kiedy się spotkać albo jak już się spotkaliśmy to mieliśmy ważniejsze zajęcia. Więc dopiero 24 czerwca złożyliśmy podanie o wizę i mieliśmy wizy do Australii (eVisitor – subclass 651) niespełna 5 miesięcy (sic!) po zakupie biletów lotniczych.

Wyrobienie wizy nie jest wcale skomplikowane, gdy wejdziemy na stronę https://poland.embassy.gov.au i przestudiujemy ją dokładnie. Dlatego naprawdę nie warto zwlekać!

Co spakować do Australii i… jak prać ubrania?

Widzę oczyma wyobraźni uśmiechy czytających, w związku naszym „profesjonalizmem”
związanym z planowaniem podróży. Na tym etapie przygotowań, podczas domowych dyskusji najważniejsze i najczęściej zadawane pytanie brzmiało „jak tam prać brudne ubrania”?. Mieliśmy świadomość, że będziemy cały czas w podróży w kraju, gdzie wprawdzie na pewno są ogólnodostępne pralnie. Jak jednak praktycznie zorganizować pranie, aby można było chodzić w czystych ciuchach ? – oto było pytanie. W zasadzie do czasu rozpoczęcia pobytu w Australii problem ten był dla nas w teorii nierozwiązywalny.

Rezerwacja noclegu w Australii

Żarty się skończyły. Etap V. Pierwsze rezerwacje noclegów.

Przed dokonaniem pierwszych rezerwacji noclegów wykonałem – chyba po raz pierwszy – kawał porządnej roboty z przestudiowaniem, jak w Australii w czasie naszego wyjazdu rozkładają się temperatury w miejscach, które chcemy odwiedzić? Nie chcieliśmy, by pobyt w poszczególnych regionach wypadał podczas upałów, czyli w temperaturach przekraczających 30 stopni.

Na podstawie rozkładu temperatur, który znalazłem w Inernecie, określiłem w jaki sposób najlepiej dobrać kolejność pobytu w poszczególnych miastach i na przykład z tego powodu z planu bezpowrotnie wypadła podróż do Darwin, a pobyt w Perth znalazł się w kolejności od razu po Sydney. Pewnym brakiem konsekwencji wykazałem się planując pobyt w Brisbane na koniec, gdyż w grudniu należało spodziewać się najwyższych – dla tego miasta – temperatur.

Dodatkowo założyłem, ze po przyjeździe należy się zaaklimatyzować i w związku z tym należy spędzić w Sydney więcej czasu. Pomyślałem też, że przed powrotem do Polski na zakończenie wyprawy, dobrze byłoby wypocząć, a na miejsce wypoczynku (6 nocy) wybrałem Gold Coast.

Poza tym uznałem, że żeby zminimalizować możliwość niemiłych niespodzianek związanych
chociażby z odwołaniem lotu z Gold Coast, należy być w Sydney co najmniej dzień przed powrotnym rejsem do kraju. Mogłem więc zaplanować hotel w Sydney, potem w Gold Coast i na końcu znowu w Sydney, oraz przeloty Sydney do Perth, a na zakończenie wyprawy z
Coolangatta do Sydney. Poziom mojej wiedzy o Australii nieustannie rósł (od zera zaznaczę).

Wiedziałem więc, że niedaleko Sydney są – będące obowiązkowym celem turystycznym – Góry Błękitne. W związku z tym sensowne wydawało mi się zarezerwować na lotnisku w Sydney samochód, którym zamierzałem się poruszać po Sydney i okolicy.

A tak na poważnie, to wstyd przyznać jak na tym etapie przygotowań wyglądała ta moja wiedza o Australii. Wiedziałem gdzie Australia jest położona na mapie. A było to niespełna 13 tygodni przed wyjazdem, czyli dość późno.

Przygotowania do wyjazdu – czytanie książek o Australii

W internecie zacząłem szukać informacji i tytułów o Australii, ale oprócz paru przewodników
mieszkającej na stałe w Australii Julii Raczko (można bez problemów znaleźć w internecie jej
blog) oraz strony o Antypodach – http://antypody.info/ – nie znalazłem niczego, co miałoby dla
mnie jakąś wielką wartość dla naszych przygotowań do wyjazdu. Okazało się (na szczęście dla mnie bo nie musiałem szukać), że książki Julii wydał Pascal wiec udałem się do magazynu (dla tych co nie wiedzą, informuję że zajmuję się zawodowo książkami) w poszukiwaniu egzemplarzy do czytania. Znalazłem dwa tytuły i zacząłem lekturę. Jeszcze przed wyjazdem na wakacje do Chorwacji (10 tygodni do dnia „zero”) jedną przeczytałem w całości, a drugiej wybrane fragmenty. Jednak znaleziona w książkach garść informacji, w konfrontacji z innymi znalezionymi w internecie pozwoliły mi zacząć szczegółowo
planować wyprawę.

Jedną z pierwszych podjętych decyzji była rezygnacja z samochodu w Sydney, w zamian za to wynajęcie samochodu w Adelaide (postanowiłem, że dojedziemy stamtąd do Melbourne, może nawet do Canberra, a przynajmniej przejedziemy Great Ocean Road co by to nie miało znaczyć). Zaplanowałem na to 10 dni, rezerwując w odpowiednim (18 listopada) dniu bilet lotniczy z Perth do Adelaide i do tego już bardziej elastyczny (z możliwością zmiany daty lotu) z Melbourne do Hobart (28 listopada). No i z Hobart do Brisbane, gdyż zdecydowałem, że tam zakończymy podróż przed wakacjami w Coolangatta. Wszystkie te rezerwacje były porobione już na 10 tygodni przed wyjazdem (sic!)! Byłem z siebie dumny. Nie zrobiłem żadnych rezerwacji noclegów w Australii począwszy od planowanego wyjazdu z Adelaide (20 listopada) do pobytu w Coolangatta (8 grudnia).

Niezależnie od studiowania materiałów o Australii, zacząłem interesować się co będę robił w Pekinie.

Australia: informacje praktyczne, gotówka, karty kredytowe, internet

Etap VII przygotowań. Jeszcze w sierpniu – nie pamiętam w jaki sposób – dowiedziałem się, że jest taka karta, która nazywa się Revolut i pozwala ona płacić za granica bez nadmiernych spreadów i prowizji w walucie danego kraju (//www.revolut.com/en-PL/) . Zdążyłem jeszcze przed wyjazdem na wczasy w sierpniu do Chorwacji, założyć konto i zaraz po powrocie z wczasów dostałem plastik. Uczyłem się posługiwać kartą Revolut w Polsce, co okazało się łatwe i intuicyjne. Pomyślałem, że karta przyda się w Australii i może w Chinach. Liczyłem na oszczędności rzędu 5 – 8 %).

Na początku października zacząłem w kantorach szukać dolarów australijskich, których na wszelki wypadek kupiłem ponad 2000 oraz chińskich juanów, których – w odróżnieniu od dolarów – nie kupiłem prawie wcale. Brakiem juanów nie martwiłem się jednak zbytnio (bo dowiedziałem się, że w Pekinie działają bankomaty, a w ostateczności można też wymienić w kantorze dolary USD – postanowiłem więc wziąć ok. 1000 USD).

Problemem, nad którego rozwiązaniem zastanawiałem się bardzo poważnie (oprócz prania ciuchów) był dostęp do internetu. Z dotychczasowych moich wyjazdów wiedziałem, że co kraj to obyczaj i z internetem bywa różnie. Od bezproblemowego dostępu praktycznie w każdym publicznym miejscu jak np. w Kanadzie, do niespodziewanie dużych problemów w niektórych krajach Europy. Pomyszkowałem na Allegro i kupiłem 30-dniowa kartę 5 GB za 180 zł, aktywacje której określiłem na dzień 8 listopada (aby mieć dostęp do dnia dotarcia do Coolangatta). Mimo, że zostało jeszcze mnóstwo szczegółów do dogrania, nie
miałem już siły tego wszystkiego ogarniać zakładając, że do dnia przylotu do Adelaide wiem co robić, potem weźmiemy w Adelaide auto i po 10 dniach z Melbourne lecimy na Tasmanię, by 5 grudnia polecieć do Brisbane i stamtąd jakoś dotrzeć do Coolangatty.

Sprawdzałem więc jeszcze jakieś szczegóły np. jak poruszać się komunikacją w Sydney (uwaga – w Sydney nie ma biletów papierowych – więc obowiązkowa jest karta opal, w którą można zaopatrzyć się już na lotnisku w Sydney, a pełne informacje są na stronie /www.opal.com.au/), czy jak dotrzeć w Pekinie na chiński mur. W końcu mnie to jednak znudziło i uznałem, że co ma być, to będzie.

Etap VIII, bardzo istotny, gdyż oprócz pakowania przed podróżą przewidywał wydrukowanie
dokumentacji (poczynionych rezerwacji, biletów tras dojazdów), co kosztowało mnie z pół ryzy papieru. Dodatkowo przygotowałem te same informacje w sposób syntetyczny i też to
wydrukowałem. Ponadto te same dokumenty, które wydrukowałem, umieściłem w pamięci
telefonu i na oddzielnym nośniku (pendrive). Strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Tuż przed wyjazdem do Australii…

Jakieś dwa tygodnie przed, ogarnął mnie lęk. To był odmienny stan od tego miesiąc czy dwa wcześniej, kiedy byłem pełen entuzjazmu. Po prostu strach czy sobie poradzę, czy mój marny angielski wystarczy, czy te wszystkie rezerwacje (zwłaszcza lotów) wypalą i czy nie będziemy się tułać w poszukiwaniu noclegu tysiące kilometrów od domu. Ale cóż – czas jechać.